Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin
ikonka komentarza

Czterokomorowy plecak serca

Autor: Mała Margo twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Jako obserwatorzy świata łączącego w sobie wiele wymiarów powoli przybliżamy się do ludzkiej sylwetki wyrastającej z krajobrazu niczym kwiat z pęknięcia w rozgrzanym asfalcie; po jej kształcie jesteśmy w stanie stwierdzić, że to kobieta. Promienie słońca padają na jej jasną skórę, zostawiając po sobie drżące drobinki blasku. Dostrzeżona przez nas postać idzie szeroką, piaszczystą drogą, a jej sandały wydają cichy, skrzypiący dźwięk – zupełnie, jakby drzewo, z którego zostały wykonane, nadal snuło swą pełną mądrości opowieść. Przez chwilę zastanawiamy się nad jej imieniem, lecz gubimy tę myśl w falującym błękicie nieba. Dzień jest bezwietrzny; rosnące wzdłuż drogi krzewy stoją nieruchomo, wyciągając do nas liściaste palce gałęzi. Pełne blasku oczy wędrowniczki chłoną spokój otoczenia, skraplając go w łagodnym łuku uśmiechu. Na niemłodej już twarzy pojawiają się zmarszczki. Z zaciekawieniem przyglądamy się jej miarowym krokom; każdy z nich przybliża ją do celu majaczącego na horyzoncie gęstego lasu umysłu. Zauważamy, że cel – choć można go zamknąć w kilku sztywnych słowach – reaguje na

1




zmiany stanu ducha podróżniczki, a jego ostre krawędzie dają się wygładzić miękkim falom czasu. Przypomina ściskany w dziecięcej dłoni kamyk, który spoczywał niegdyś na dnie oceanu. Kobieta pieczołowicie zbiera odłamki upuszczonego przez Stwórcę kalejdoskopu, przez który można ukradkiem zajrzeć do materii myśli i sedna istnienia: zapomniane przez wiatr ptasie piórko, kapsel po zagranicznym napoju, kruszące się w dłoniach muszelki i kamyki. Ciernista gałązka, na którą nadepnęła, gdy boso spacerowała brzegiem jeziora. Wyblakły sklepowy paragon. Niesie je w szmacianym plecaku z zepsutym zamkiem; zamyka w wystawionym na świat sercu, które poddaje się kołysce kroków i zapomina o pomiętych kartkach rachunków, codziennej duszności czterech ścian i idealnie okrągłej tarczy zegarka. Mimo, iż górska świątynia jeszcze daleko, nie sposób nie dostrzec harmonii oddechu kobiety o skrzypiących butach z przypływem i odpływem fal, z uderzeniami skrzydeł motyla i biciem naszego serca. Pewnie kroczy przed siebie, jakby w jej umyśle istniała tylko ona i wężowy język piaszczystej ścieżki; przyglądamy jej się, dopóki nie kurczy się do

2




rozmiarów muchy i nie znika nam z oczu.

Mężczyzna patrzy przez okno, a jego wzrok potyka się o nieruchomą taflę szyby. Początkowo można jeszcze rozróżnić poszczególne kształty: ceglany budynek stacji kolejowej, tabliczka z nazwą miejscowości, kwitnące pola lawendy, przycupnięty na skraju lasu dom i wysokie kreski słupów elektrycznych. W miarę nabierania przez pociąg prędkości obraz zaczyna przypominać smugę farby na płótnie lub pozbawioną kontekstu wielobarwną wstęgę. Obserwowany przez nas czterdziestolatek (wiek ma wypisany na twarzy) jest sam w szklanej kostce podzielonej na sześć obitych w zamsz siedzeń przedziału. Siedzi nieruchomo, wbity w wąski fotel i szkło szyby oddzielającej go od świata jak taśma izolacyjna. Charakterystyczny szum towarzyszący mknięciu pojazdu przez tory wprawił go w niezwykły stan zawieszenia zazwyczaj obcy podobnym mu osobom, które zawsze i wszędzie mają coś do zrobienia, a każdą przerwę wykorzystują do sprawdzenia kursu franka szwajcarskiego i dokonań wybranej piłkarskiej kadry. Przez jego umysł przebiegają urywki wspomnień: wraca pamięcią do czasów beztroski. Przypomina sobie smak jabłka w

3




lukrze, które kupował zawsze dla siebie i swojej dziewczyny na jarmarku bożonarodzeniowym; lubili obserwować upstrzone światełkami koło karuzeli, siedząc na krawężniku i pałaszując nabite na patyk słodkie owoce, brudząc sobie wyszczerzone w uśmiechu buzie. Po chwili przeskakuje kawałek dalej – jego żołądek ściska się, gdy mężczyzna na nowo przeżywa pierwszy dzień w wymarzonej pracy, którą jest tak zmęczony. Przypomina sobie, że osiągnął to, na co inni mogą tylko liczyć: spełnił swoje pragnienie z dzieciństwa, pragnienie bycia lekarzem. W pokonywanej dziesiątki razy drodze do szpitala zgubił gdzieś jednak swój płomienny zapał. Jakim cudem dał się złapać w sidła rutyny i zaczął traktować pacjentów taśmowo, jak produkty, których indywidualny kod kreskowy należy wklepać do komputera? Myśl ta dotyka go głęboko; głębiej, niż potrafi sięgnąć jakikolwiek skalpel. Mimo to nie poruszył się. Wbrew własnym oczekiwaniom nie potrzebował zdobyć ani jednej góry, by móc zajrzeć w siebie. Dopiero, gdy rumiany kontroler biletów rozsuwa drzwi przedziału, lekarz kardiolog, któremu mogliśmy towarzyszyć przez te kilkanaście

4




minut, wynurza się z mętnej wody przemyśleń, by zaczerpnąć oddech i wydobyć z czarnej walizki starannie złożony wpół bilet.

Tym razem przenosimy się na pogrążony w cieniu hotelowy taras z widokiem na wyjątkowo zadbany ogród. Odziana w pasiastą piżamę dziewczynka o włosach splecionych w dwa długie warkocze siedzi na odsuniętej od stolika ławce; na jej kolanach leży pogrążony w głębokim śnie kot. Jest wcześnie rano; żółtko słońca spływa po nierozgrzanej jeszcze patelni nieba, szykując wspaniały kąsek Drogi Mlecznej. W oddali słychać wesoły świergot pochowanych w koronach drzew ptaków; dziewczynka rozpoznaje wśród nich skowronka. Nie może spać, wyślizgnęła się więc po cichutku w stronę rozstawionych na zewnątrz plastikowych stołów; na jednym z nich leży pusta, ceramiczna popielniczka z logiem popularnej firmy, takim samym, jakie widnieje na ulubionych papierosach jej ojca. Od trzech dni byli w podróży – chcąc dostać się do letniej rezydencji, musieli przemierzyć ponad pół kraju. Pomimo krótkiego odpoczynku dziewczynka czuje się dziwnie wypoczęta; oswaja się z zupełnie nowym dla niej poczuciem odkrywania.

5




Połączone było z egzotyką świadomego przemieszczania się z miejsca na miejsce. Wykorzeniona z rodzinnego domu przypomina niespokojny, wartki strumień, który dopiero co odkrył niestałość tożsamości. Wyglądające jak kłębki waty cukrowej chmury nabierają różowego koloru; właścicielka puchatego kota przygląda się im, machając nogami, które nie sięgają jeszcze szachownicy kafelków. Próbuje znaleźć słowa, dzięki którym mogłaby nazwać targające nią uczucia, lecz wszystkie brzmią zimno i obco; postanawia więc odnaleźć nowy alfabet – na pewno przecież ktoś już wymyślił, jak oswoić w sobie te dzikie zwierzęta! Dziewczynka wierzy, że ludzie wymyślili już wszystko: widziała bowiem w telewizji teleskop, przez który można oglądać złote brzuchy gwiazd, film dokumentalny o bombach atomowych i kobietę, która potrafiła ugotować zupę z ośmiornicy. Nad jej głową w szalonym tańcu wirują dwie wielkie muchy; bezwiednie odgania je ręką, budząc przy tym kota, który przeciąga się niedbale i ziewa, ukazując ostre ząbki. W tym samym momencie na taras wychodzi zgarbiony mężczyzna ubrany w kremowy szlafrok; widzimy go kątem oka.

6




W ustach trzyma papierosa; otumaniony snem, który nie opuścił jeszcze jego ciała, nie zauważa dziewczynki. Wydobywa z kieszeni zapalniczkę; po chwili może już zaciągnąć się gryzącym dymem, drażniąc komórki nerwowe poranną dawką nikotyny. Magiczny to obraz: ojciec i córka, nieświadomi swojej obecności, patrzą, jak dzień wykluwa się ze skorupki nocy i choć podobny spektakl rozgrywa się codziennie za betonowym murem ich mieszkalnego bloku, dopiero teraz – w kropli atramentu na samochodowej mapie – mogą go zobaczyć.

7




Wyrazy: Znaki: