Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin
ikonka komentarza

Doktorzy

Autor: Parias twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Całe miasto śpi. Wszyscy oddychają miarowo, błądząc umysłami po nieistniejących krainach, a za oknami wałęsa się ciemność. Ta gdzieniegdzie zmuszona jest przepychać się ze światłem ulicznych latarń. Drobne zatargi nie mącą jednak wszechobecnego spokoju, choć i tak panuje on wyłącznie przez krótką chwilę. Wciska się w odcinek czasu, którego początek wyznacza zaśnięcie ostatniego nocnego marka, a koniec – pobudka pierwszego rannego ptaszka.
Właśnie wtedy z cieni wychodzi Doktor. Kroczy szybko brukowanymi alejkami i się rozgląda. Zawiesza oko na każdym z domów, po czym w ułamku sekundy podejmuje decyzję. Wejść albo iść dalej. Od czego zależy, jaka ona będzie, muszę przyznać, że nie wiem. Zarówno biednym oraz bogatym składa swoje wizyty. Dzieciom, starcom, nawet zakonnikom. W każdym razie ostatecznie staje nad śpiącym bądź śpiącą. Przyjmijmy, iż to nastoletnia dziewczyna.
Boi się ona mroku, więc lampka usytuowana na stoliku obok łóżka jest włączona przez całą noc. Dzięki temu zbiegowi okoliczności możemy przypatrzeć się Doktorowi. Przypomina on tych z czasów epidemii dżumy. Szczelnie owinięty w czarną

1




tkaninę, z maską na twarzy, a nad nią – kapelusz. Różni się od nich tylko dziobem. Oni mieli szpiczaste, długie, wypełnione specjalnymi olejkami maskującymi smród rozkładającego się truchła. Jego jest dziurawy, jakby ułamany. Bo i po co miałby być w całości, skoro już trupy publicznie nie śmierdzą.
Również chorzy są inni. O ile w ogóle są chorymi, bowiem obecność Doktora stanowi jedyny objaw ich choroby. Zatem skoro on tam stoi, a nawet przygotowuje się do przeprowadzenia skomplikowanej operacji, najtrafniejsze byłoby użycie wobec nastolatki określenia „pacjentka”. Nie do końca świadoma swojej sytuacji, ale przecież mnóstwo osób w ciężkim stanie nie wie nic o tym, że pochyla się nad nimi chirurg.
Opisawszy sytuację oraz ustaliwszy terminologię, możemy wreszcie przejść do najważniejszego, czyli bacznej obserwacji poczynań Doktora. Wpierw otwiera swoją teczkę z przyrządami (nigdy się z nią nie rozstaje) i wyciąga z niej skalpel. Przez moment ogląda go uważnie, studiuje jego fakturę, ważąc go oraz obracając w palcach, po czym zgina się tak, że gdyby maska nie była dziurawa, możliwe, iż wyłupiłaby oko

2




pacjentki. Uzbrojona w nożyk dłoń powoli sunie ku głowie śpiącej. Aż ostrze wślizguje się w miękkie tkanki. Te instynktownie się spinają, ale już po chwili rozluźniają. Stają się plastyczne, w pełni podległe woli Doktora.
Tutaj następuje najważniejszy etap całego procesu. Trzeba zreorganizować fragmenty mózgu. By to osiągnąć, konieczna jest jego dezintegracja. Rozplątuje się ten gigantyczny supeł toków myślowych, przyzwyczajeń, instynktów, biologicznie zakodowanych cech, wspomnień, emocji, a dalej – tnie się skalpelem poszczególne nitki, tworzy inne połączenia między nimi. W ten sposób plamka na kurtce zostanie niezauważona, a kierunek, z którego rozlega się dźwięk, nieokreślony. Przypadkowe twarze zachowywane w pamięci albo się rozsypią, albo nagle z prochu powstaną. Jeden zamieni się w zero, a zero w jedynkę. I te przeobrażenia, pozornie pozbawione znaczenia oraz niejasne, z czasem wypłyną na powierzchnię, by zatriumfować.
Do tego jeszcze daleko. Dziewczyna póki co śpi, a Doktor przypatruje się supłowi, już splecionemu na nowo. Nie próżnował bowiem, działał w swoim zabójczym tempie, podczas gdy my

3




poświęcaliśmy uwagę tłumaczeniu jeszcze zawiłego, lecz w gruncie rzeczy banalnego procesu. Obiecuję, jeśli ktoś do tej pory nie pojął, że z ostatnim moim słowem wszystko pojmie. Ale teraz odprowadźmy naszego Doktora i sprawdźmy, gdzie się skryje przed nadchodzącym dniem.
Wraca na ulicę. Jeszcze przez moment nią kroczy, choć już nie wodząc wzrokiem po domach. Przechodzi pod latarnią, a ta niespodziewanie gaśnie. Na sekundę, dwie, a Doktora już ani śladu.

      W tym momencie, kiedy następuje luka w akcji, wprowadzę kolejnego bohatera – siebie samego. Jako świadka. Wierzcie mi lub nie, widziałem na własne oczy konstruowanie Doktora. Konstruowanie, ponieważ bliżej mu do maszyny, nakręcanej przez czyjeś ręce, niż do autonomicznego organizmu. Na płaszczyźnie fizycznej, o ile on w ogóle jej podlega, również nie ma mowy o porodzie czy, co komiczniejsze, wykluciu się z jajka lub podziale komórkowym. Pewni ludzie po prostu chwytają odpowiednie części, sklecają je słowami i oto mają coś, o czym marzyli. Różne nadają temu nazwy – my przyjęliśmy „Doktora” , tego się trzymajmy.
Słyszałem na przykład dwójkę młodych ludzi

4




prowadzących ze sobą mniej więcej taki dialog:
– Kurwa, widzisz to?
– No, ręce opadają.
– Zaraz się zrzygam, serio.
– Nasrane w głowie.
I tak kontynuowali, aż nie zaświecił się zielony ludzik, dający pieszym prawo przejścia przez ulicę. Grupki zmierzające w przeciwne strony minęły się i jeszcze tylko ci dwaj młodzieńcy rzucili każdy po wrogim spojrzeniu przez ramię, chyba tylko po to, by nasycić się niesmakiem. Moim celem zaś, w jakim ich tu w ogóle przywołałem, jest ukazanie konstrukcji Doktora. Choć oni stworzyli raczej, przechodząc na ich język – Sracza. Ale stworzyli. Nie całkiem kompletnego, bo jeszcze nie wiadomo, kiedy defekuje on do czyjejś głowy, ale jest i wypełnia tę samą rolę co Szatan.
Szatan to niewątpliwie potężniejsza oraz popularniejsza wersja Doktora. Sprytnie przemyślana, zaszczepiona w umysłach fanatyków. Poznałem ją pośrednio podczas mojej rozmowy z przyjacielem. Siedzieliśmy razem w McDonaldzie. On jadł frytki, ja piłem colę.
– Nie lubię o tym gadać – rzekł nagle – ale ostatnio myślałem, że nie wyrobię ze śmiechu.
– No to opowiadaj.
– Wydaje mi się, że staruchy, pomimo

5




swoich zaćm, czy co tam im się trafia, mają wzrok lepszy niż można by się spodziewać. Albo szósty zmysł.
– Wyczuły cię?
Wzruszył ramionami, próbując nie przywiązywać do tego wagi. Czuło się jednak w jego słowach pewną gorycz.
– Czasem się zdarza. A jak one zobaczą, to od razu krucjata najlepiej. Wiesz, staliśmy na przystanku. Ona tak łypała na mnie, aż wreszcie coś szepnęła do jakiejś innej, z prawie że identycznym beretem.
– I już we dwie łypały?
– No. A po chyba minucie się przemogły i nieco przybliżyły. No to ja im w prosto w oczy, bo widać, że czegoś chcą.
Uśmiechnął się i pogrążył w myślach, jakby przywołując sobie w pamięci tamto wydarzenie. Kilka sekund trwał w zawieszeniu, a ja przez ten czas obserwowałem pewną przemianę dziejącą się na jego twarzy. Żywy uśmiech stwardniał, po czym się zaczął kruszyć i można było dostrzec cały zawarty w nim bolesny fałsz.
– Zapytały mnie, co ja zrobiłam. Rozumiesz? Co ja zrobiłam?
– Tacy się zawsze znajdą, ale na nich nie należy patrzeć. Tak myślę.
– Wiem, wiem. Ale nie mam pojęcia, co bym im odpowiedział, gdyby wtedy zamilkły. Zbytnio

6




mnie zszokowały, nie przygotowywałem się nigdy na pytanie zadane w taki gorzki sposób.
– Więc o czym zaczęły?
– O diable, a o czym.
– Dały ci namiary na egzorcystę?
– Nie no, co ty. Jak już usłyszałem to ich chore gadanie, to się nieco otrząsnąłem. I się odwróciłem i po prostu odszedłem. Chwilę dłużej bym tam postał i stałbym się mordercą. Naprawdę.
Ta rozmowa zagnieździła mi się w głowie o wiele bardziej, niżbym przypuszczał. Na jej podstawie obmyśliłem swoją teorię Doktorów.

      Są oni równie nierzeczywiści co wierzenia niektórych. Trochę przerażające, że według tej części osób Szatan chodzi po nocy, albo nawet za dnia, i grzebie ludziom w głowach. Jakbyśmy wszyscy byli marionetkami, które ktoś nastawia według własnej woli.
– Zastanawiałem się nad tym – odparł Adam, ten mój przyjaciel, kiedy po pewnym czasie wyjawiłem mu swoje poglądy. – Ale nieraz nachodzi mnie gorsza myśl.
Zmarszczyłem brwi i spojrzałem na niego uważnie.
– Bo... Nie wiem, niby to Szatan. Ale jeśli od urodzenia w człowieku siedzi ta niezgodność. I tylko po jakimś czasie się ujawnia, a ludzie przypisują to

7




niewłaściwie diabelskim siłom. Czy czemuś innemu. Ale to od początku tkwi gdzieś w umyśle. Kumasz?
– Zwala się winę na Szatana, a tak naprawdę... Że to przez Boga?
– Tak. Boży błąd.
– Odważne słowa.
– Tylko się zastanawiam.
– Może masz rację.

      Kiedyś Adam zamilknął – nie pisał, nie dzwonił ani nie odbierał, w ogóle zniknął z mediów społecznościowych. A że głównie przez nie się kontaktowaliśmy, zacząłem się niepokoić. Zamiast na zajęcia, pojechałem do niego do mieszkania, bo dziwne przeczucia nie dawały mi spokoju. Naciskałem dzwonek, aż poskutkowało. Po kilku minutach drzwi się otworzyły, a ja jęknąłem:
– O kurwa, człowieku.
Nie potrafiłem przez pierwsze sekundy w ogóle drgnąć, tak mnie przeraziła krew na jego rękach. W dodatku nic nie mówił, po prostu stał, patrząc się na wprost i być może nie zdając sobie sprawy z mojej obecności. W końcu zrozumiałem, że muszę działać. Wszedłem do środka, omiotłem wzrokiem pomieszczenie i prawie zwymiotowałem. Wszędzie walały się ubabrane krwią szmatki. Spojrzałem na Adama, nie dowierzając, że potrafił z siebie tyle tej krwi wydobyć,

8




wciąż przy tym utrzymując się na nogach.
– To tylko tak źle wygląda – mruknął. – Nie martw się, proszę.
Panował spory bałagan. Porozrzucane książki, podarta pościel, zasłonięte rolety. A dochodziła prawie dwunasta.
– Dlaczego? – wyszeptałem.
Usiadł na kanapie i zatopił twarz w pociętych dłoniach. Z niektórych ran sączyły się jeszcze drobinki czerwieni, choć były to raczej wyjątki, bo większość cięć pochodziła sprzed kilku godzin i zdążyła się prowizorycznie zasklepić.
– Coś we mnie przeskoczyło. Po prostu. Przepraszam.
– Chryste – wykrztusiłem z trudem.
Po raz pierwszy naprawdę nie wiedziałem, co robić. Sytuacja mnie przerosła. Stałem pośrodku pokoju, przed kompletnie wyniszczonym człowiekiem.
– Oni chyba mieli rację – odezwał się niespodziewanie Adam, wpatrując się w podłogę.
– Co...?
– Cała ta robota niczego nie rozwiązuje. – Jego szkliste oczy poderwały się nagle ku mnie. – Naprawdę. Wszystko po staremu, a nawet i gorzej. Już się boję patrzeć w lustro. A teraz, z bliznami na łapach, co ludzie powiedzą?
Usiadłem obok niego, ale tak, by go nawet nie dotykać. Chciał

9




mówić, czułem to i miałem wrażenie, że jeden niewłaściwy ruch albo nieprzemyślane słowo może mu zamknąć usta na długie godziny.
– Spójrz. Żyję na utrzymaniu rodziców. Leczę się też na ich koszt. A co im daję w zamian? Co komukolwiek daję w zamian? Nic, bo obiektywnie jestem zerem. A nawet jestem czymś ujemnym, bo moja obecność gdziekolwiek powoduje same straty.
Dopiero zaczynał. A ja słuchałem, myśląc, że każde kilka zdań, które wypowiada, to jedna sznyta na jego ręce. Słowa łączyły się z ranami, te z zakrwawionymi szmatami, całość – ze mną. Niemalże osaczony, bałem się drgnąć, bo w tym częściowo zaciemnionym pomieszczeniu każdy element sprawiał wrażenie fragmentu większej całości. Zwyczajny ruch mógłby zagrozić pozornej i otumaniającej harmonii. Raz już naruszona, przyniosła tragiczne skutki, teraz – z moim przyjściem – zaczęła na nowo ustanawiać swoje panowanie, choć szło jej dość mozolnie. Krucha stabilizacja, zakorzeniająca się w gorzkich słowach oraz w czerwonych plamach. We mnie też, pod postacią dziwnej, kamiennej niewzruszoności.
– Ja już mam dość. I tyle. Nic więcej, naprawdę.

10




Nie wiedziałem, że kiedyś zatęsknię za tą ich normalnością, która przez lata popychała mnie ku samobójstwie. Ale wtedy przynajmniej byłam czymś, a teraz?
– Nie byłeś sobą – przełamałem ostrożnie własne milczenie.
– A teraz jestem?
Wstał. Zrobił dwa szybkie, zdecydowane kroki i szarpiąc za sznurki, podciągnął rolety. Wyprostował się w blasku promieni. Patrzył chłodno, oczy mu zdążyły wyschnąć i wyjałowieć. Przeszywał mnie nimi i ani na moment nie przestał, kiedy zaczął palcami błądzić po materiale koszuli, szukając guzików. Rozpinał je po kolei, aż wreszcie odsłonił swoją klatkę piersiową. Pod każdym z jego sutków biegła czerwona pręga pozostała po zabiegu mastektomii.
– Powiedz mi, co widzisz.
Zawahałem się. Chciałem coś odrzec, ale nie zdołałem. Słowa więzły w gardle.
– No i kto miał rację? – kontynuował, lekko drżąc na całym ciele. – Nie ja, to wiem na pewno. Bo inaczej nie bylibyśmy tutaj, w takiej sytuacji. Ale waham się, bo nie wiem, czy mam w sobie jakiegoś diabła, czy Bóg mi coś poprzestawiał, czy winne są wszystkie inne problemy życiowe. Sporo kandydatów, jak widzisz.

11




Myślę, że żadne z nich – wycedziłem. – Przechodzisz po prostu silne, ale chwilowe, załamanie, Adam.
Uśmiechnął się. Po części niezdrowo, a nawet obłąkańczo. Aż przeszły mnie dreszcze i miałem ochotę jak najszybciej opuścić jego mieszkanie. Ale te wszystkie wiązania, spajające każdy element pokoju, wczepiły się w moje ciało i gdyby ono po prostu wyszło, pociągnęłoby za sobą cały ten bałagan, potęgując go. Wtedy już bym pewnie nie odnalazł w nim swojego przyjaciela z rozpiętą koszulą.
– Łatwo ci mówić – syknął z niegasnącym uśmiechem. – Sam namawiałeś, a teraz patrzysz i zdajesz się żałować, że przyczyniłeś się do zniszczenia człowieka. Powiedz, co cię powstrzymuje przed przyznaniem się do tego? Nazwijmy rzeczy po imieniu. Moje leczenie to porażka. Zawsze ludzie spostrzegą fałsz, ja tego nie ukryję, nie da się.
– Tak ci się tylko wydaje. Teraz widzisz wszystko w ciemnych barwach. Wystarczy, że przetrzymasz ten stan. Wszystko wróci do normy.
– Wiesz co? – Odwrócił się nagle do okna. – Chciałbym mieć tę pewność. Ale nie umiem.
– Pomogę ci z nią. Nie martw się.
– Jak?
– Po

12




prostu tu będę.

      I faktycznie byłem. Pomogłem mu posprzątać, starając się jednocześnie, by go w niczym nie wyręczać. Sam schylał się po zakrwawione szmaty, oglądał je i niekiedy zamierał na kilka sekund, nim jakąś wyrzucił do podstawionego przeze mnie kubełka. Chodził wolno, sprawiając wrażenie nieobecnego. Często też zatrzymywał się i rozglądał wokół, jakby czegoś szukał albo oceniał ogólny stan pokoju. Martwiłem się wtedy, że gdy już zabraknie śmieci do wyniesienia i ran do zabandażowania, nagle obaj staniemy, nie wiedząc, co dalej.
W pewnym momencie wyszedłem do kuchni, by znaleźć ścierkę. Wróciwszy, zastałem go klęczącego nad kroplą krwi, która zaschła na podłodze.
– Proszę – powiedziałem, podając mu ścierkę.
Nim ją chwycił, popatrzył przez krótką chwilę na mnie i zadał pytanie:
– Po co w ogóle mi pomagasz?
– Jesteśmy przyjaciółmi. I po części miałeś rację, że odpowiadam za twój los, skoro sam cię namawiałem.
– Gdybym się zabił, okazałoby się, że popełniłeś błąd. Czułbyś się winny?
– Jedynie za to, że cię nie powstrzymałem. Ale nigdy za to, że cię namawiałem do

13




zmiany. Bo to nie był błąd.
– Nawet jeśli zabiłbym się?
– To pokazałoby tylko, że świat się pomylił. Nie my.
Kiwnął głową i zaczął ścierać krew. Ja tymczasem podszedłem do okna i utkwiłem wzrok w błękitnym niebie. Adam mieszkał na ósmym piętrze, więc mogłem z góry obserwować ulice i ludzi. Każdy gdzieś się przemykał. Szybkim krokiem, pod ścianą, czasem łypiąc w głąb mijanej bramy. Samochody jeździły obok, raczej szybko. Nie miały się gdzie skryć, może czuły się na widoku i tylko prędkość pozwalała im na pewne umknięcie przed spojrzeniami innych. Ale kim byli ci inni? Może tymi spoglądającymi z okien. Tacy są na moment wyłączeni z miejskiego pędu i obserwują, samemu się przy tym nie pokazując. Gorsi są chyba tylko ci, co publicznie patrzą, z czujnością w oczach. Zaraz jednak w odpowiedzi spadają na nich gromy. Zbyt się wyróżniają i drzemie w nich tajemnicze niebezpieczeństwo. Lepiej się ich pozbyć.
– Myślałeś o samobójstwie? – spytałem, odwracając się do niego.
– Tak. – Podniósł się z klęczek i wyprostował. – Chyba mógłbym to zrobić, ale jeszcze nie teraz.
– Powiesz o tym

14




psychologowi?
– Po to do niego chodzę.
Jeszcze na moment powróciłem do widoku za oknem. Coś mnie ciągnęło ku tym ulicom i ludziom. Dlatego zaproponowałem:
– Wyjdźmy gdzieś, kiedy skończymy.
Adam się skrzywił. Spojrzał na zabandażowane ręce, jakby nie wiedział, co z nimi zrobić.
– Ubierzesz bluzę z rękawami.
– Nie wiem, najpierw skończmy.

      Nie poszliśmy. Przesiedzieliśmy do wieczora, rozmawiając już w luźniejszej atmosferze, po czym zaproponował, abym został na noc. Zgodziłem się. Dał mi ciuchy do spania, odstąpił łóżko, a sobie przygotował materac. Nie protestowałem, bo i tak postawiłby na swoim, żeby chociaż w ten sposób mi się trochę odwdzięczyć. Albo żebym poszedł na ustępstwo w sprawie nocnej lampki. Nie lubił ciemności, szczególnie gdy go osaczała, a on leżał kompletnie bezbronny, skrępowany pościelą. I może za sprawą tego drobnego światełka, nieustannie drażniącego moje oczy, ciężko mi było zasnąć. Czuwałem przez ponad godzinę, nim wreszcie pogrążyłem się w płytkim śnie.
Wybudził mnie z niego – albo i nie – odgłos czyichś kroków. Rozwarłem powieki, myśląc, że to Adam

15




dokądś idzie, ale on leżał spokojnie na swoim posłaniu. Wciąż słyszałem jego miarowy oddech. Wsparty na łokciach, oderwałem głowę od poduszki i mrużąc oczy, zacząłem się rozglądać. Dziwnie się czułem, jak każdy pewnie, gdy spędza swoją pierwszą noc w nowym miejscu. Potrzeba czasu, by się przyzwyczaić do mrocznego wyglądu pokoju, nieprzypominającego w niczym jego obrazu za dnia.
Panele zaskrzypiały. Wtedy w nikły krąg światła wkroczyła wysoka postać, otulona czarną tkaniną. Maska z oderwanym dziobem, kapelusz. Cały zesztywniałem, nie mając pojęcia, czy trwam we śnie, czy już zwariowałem. Szybko jednak skupiłem się na tym, co mi pozostało – obserwowaniu.
Doktor pochylił się nad Adamem, po czym zamarł. Wpatrywał się w niego, śpiącego i nieświadomego. Bardzo możliwe, że coś oceniał. Pewnie efekty swojej wcześniej interwencji. Skończywszy wstępne oględziny, sięgnął do teczki. Wyjął z niej skalpel, który następnie ostrożnie przyłożył do czoła pacjenta. Ostrze rozstąpiło skórę. Widać było białą, niesplamioną krwią czaszkę. Doktor, wciąż tym samym narzędziem, wyciął niewielkie okienko w kości.

16




Wepchnął w nie po chwili dwa palce. Zmrużył oczy pod maską – a przynajmniej wyobraziłem sobie, jak to robi – grzebiąc delikatnie Adamowi w głowie.
Skończywszy, załatał dziurę fragmentem czaszki, a skórę zszył cieniutkimi nićmi. Jeszcze moment postał nad pacjentem. Wreszcie odwrócił się i odszedł ku ciemnościom.

      Wiele razy się zastanawiałem, czy to naprawdę mi się śniło, czy może sam to sobie później dopowiedziałem. Tak jak wszystko zresztą, co działo się krótko przed i krótko po następnym ranku. Tamten okres w mojej pamięci wydaje się nienaturalny, dziwny, zniekształcony, dlatego do końca mu nie ufam. I radzę podchodzić do niego z pewną dozą sceptycyzmu.
Obudził mnie powiew wiatru. Rześki, ale mocny. Przewróciłem się na drugi bok, próbując się schronić. Bezowocnie. Zdenerwowany otworzyłem oczy. Zacząłem szukać źródła przeciągu i odkryłem, że okno jest szeroko otwarte. I że Adama nie ma na materacu.
– Kurwa – szepnąłem, gramoląc się z łóżka.
Stanąwszy, zacząłem nasłuchiwać. W mieszkaniu panowała dziwna cisza. Mąciły ją wyłącznie odległe hałasy uliczne. Nawet nie krzyknąłem, by

17




sprawdzić, czy Adama faktycznie nie ma. Już wiedziałem.
Powoli zbliżyłem się do okna. Widziałem błękitne niebo. Sunęło po nim kilka białych obłoczków. Ptaki też latały. Zapowiadał się słoneczny dzień. Tylko na dół bałem się spojrzeć. Na ludzi, bo już wiedziałem, że krzątają się wokół niezamkniętych oczu, w których kiedyś tliła się czujność, przenikliwość i chęć zrozumienia.
Cofnąłem się o kilka kroków, pod ścianę. Czułem dziwny spokój wynikający z chłodnej pustki, którą przesiąkło mieszkanie i ja sam. Tak jakby Adam pociągnął za te wszystkie wiązania, pomimo moich starań, by zostały nienaruszone. On je wyrwał jednym ruchem, oddzielając siebie od nich.
Rozległo się pukanie do drzwi. Wziąłem głęboki oddech i starając się przezwyciężyć zawroty głowy, poszedłem spojrzeć przez judasza. Policja. Wylegitymowali mnie, oznajmili, co już i tak wiedziałem, aż wreszcie zaczęli wypytywać o Adama i o to mieszkanie.

      Po tamtym dniu coś się w moim życiu zmieniło. Oczywiście pogrążyłem się w rozpaczy, ale nic w tym nadzwyczajnego. O wiele dziwniejszy okazał się pewien nawyk, który na początku mi

18




jeszcze umykał, bo mieszał się z ogólnymi objawami załamania psychicznego. Lecz gdy reszta symptomów powoli ustępowała, wszystko się mozolnie stabilizowało, to jedno trwało niezmiennie.
Budziłem się w środku nocy. Czasem leżałem wtedy aż do rana, nie potrafiąc zmusić się do snu, ale zazwyczaj cała warta nie trwała dłużej niż kilkadziesiąt minut. Potem posiadałem jedynie mgliste wspomnienie, że coś takiego w ogóle miało miejsce. Nie umiałem nawet określić, czy byłem świadomy i co w ogóle czułem podczas tych czuwań. Wiedziałem wyłącznie o istnieniu tego zjawiska.
Postanowiłem zyskać nad nim kontrolę albo chociaż je zrozumieć. Zdeterminowany zastosowałem wiele technik służących zdobyciu wyjaśnień. W nie się wliczało chociażby prowadzenie dziennika snów. Przeczuwałem, że mogą się w nich kryć istotne wskazówki lub że problem może leżeć w samych snach, a raczej koszmarach na tyle potężnych, by obudzić człowieka i sparaliżować jego zdolność do racjonalnego myślenia. Każdego ranka, chwilę po otwarciu oczu, sięgałem po zeszyt i notowałem w nim mętne, oniryczne sceny, jakich byłem świadkiem. Często

19




przewijał się w nich Adam. Czy to pod postacią mężczyzny, czy jeszcze nastolatki. Rozmawialiśmy o różnych rzeczach, ale na miano naszego ulubionego tematu chyba zasługiwała przyszłość. Co potem? – pytał. A ja mu odpowiadałem, w zależności od etapu jego leczenia. Albo żeby je podjął, albo żeby w nim wytrwał. I że nie ma o co się martwić, damy radę. Chyba nawet nie zdawałem sobie sprawy z własnego kłamstwa. Ten motyw przeplatał się też z moimi bardziej osobistymi doświadczeniami.
Cofałem się do mojego rodzinnego domu na wsi. Jeszcze raz patrzyłem na swoją matkę, siedzącą w kuchni, w kłębach wypluwanego przez siebie dymu. Jej oczy wydawały się przygasłe. Płonęło w nich tylko odbicie jarzącego się papierosa. Nic nie mówiła. Obserwowała mnie niczym intruza, który nie wiadomo po co przyszedł. I przez to sam czułem się obco i miałem ochotę uciekać, albo chociaż nie patrzeć. Ale skoro się nie dało, robiłem, co mogłem, by choć odrobinę coś zmienić. Tak w snach, jak i w przeszłości. Zawsze chciałem móc podać tej kobiecie dłoń i ją wyciągnąć z tego chłodnego miejsca. Rak płuc okazał się jednak szybszy i

20




mnie poniekąd wyręczył, zostawiając niedosyt, gryzące uczucie.
Tę gmatwaninę przeszłości i fikcji którejś nocy rozciął nagły strach. Natychmiast powróciłem do prawdziwego świata, otworzyłem oczy i rozejrzałem się wokół. Wtedy nawyk rozkazał mi chwycić zeszyt. I poczuwszy jego znajomą fakturę, odzyskałem świadomość. Siedziałem na łóżku, trzęsąc się, spocony, z dziennikiem w ręku. I o mało bym się nie pogrążył z powrotem w dziwnym otępieniu, kiedy nagle naszło mnie pragnienie obserwacji własnych myśli. Zadania sobie pytania – o co właściwie chodzi, czego się boję? Złapałem się na tym, że machinalnie spoglądałem w mrok, doszukując się w nim kogoś. Doktora.

      Jakimś sposobem w mojej podświadomości utwierdziło się dziecinne przekonanie, że Doktor faktycznie przychodzi w nocy, kiedy wszyscy śpią. Dlatego muszę wtedy czuwać, czy tego chcę, czy nie. Choć może uda mi się z tego nawyku wyleczyć. Może. Póki co widzę ludzi konstruujących własnych Doktorów. I nie wytrzymuję. A ich przybywa, tworzy się Doktorów przeciwko innym ludziom – wpierw niewinne myślenie na skróty. Potem już publiczna pogarda. Aż

21




wreszcie Doktor przeprowadza operację. Udaną, bo pacjent już nie żyje.

22




Wyrazy: Znaki: