Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin
ikonka komentarza

Obrońca

Autor: Jane Doe twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Zdążyli już zedrzeć z niej ubranie, odsłaniając dziecięce ciało, nieposiadające jeszcze atrybutów kobiecości. Ile mogła mieć lat? Siedem, może osiem? Poczułem wściekłość, nadchodziła powoli, ściskając gardło i przesłaniając wzrok. Wreszcie eksplodowała głośnym wrzaskiem.
Wtedy mnie zauważyli.
Ten, który klęczał między udami dziewczynki, szykując się do wdarcia się w nią, zastygł z dłonią zaciśniętą na wzwiedzionym członku. Z rozpędu kopnąłem go w twarz. Upadł bezwładnie obok swej ofiary, wyjąc z bólu. Nie poświęciłem mu więcej uwagi. Był wyłączony.
Drugi z napastników zdążył w tym czasie podciągnąć spodnie. Szkoda. Pociesznie wyglądałby, leżąc z zamotanymi wokół kostek gaciami i gołym zadkiem na wierzchu. Trudno, trzeba brać to, co dają. Zaskoczyło go, że podszedłem spokojnym krokiem, z uśmiechem na twarzy, i nie zaatakował pierwszy. Jego strata, mój zysk.
– Musimy pogadać. Mam do ciebie sprawę.
Powiedziałem to tak przyjaznym tonem, że do reszty stracił czujność i tylko patrzył zdziwiony, nie próbując nawet przybrać obronnej postawy.
– Znam cię? Jaką sprawę?
Prawie słyszałem szmer

1




przesuwających się w jego głowie trybików, gdy usiłował dopasować rysy mojej twarzy do oblicza kogoś ze znanych mu ludzi. Próżny trud, spotkaliśmy się po raz pierwszy.
– Taką sprawę, że... – Zawiesiłem głos i pochyliwszy głowę, wpatrzyłem się w nieistniejący obiekt u mych stóp.
Bezwiednie pobiegł wzrokiem w to samo miejsce. Skoczyłem do przodu, waląc go głową w pierś. Poleciał do tyłu, machając bezładnie rękami i zwalił się na ziemię. Poprawiłem kopem między nogi i sięgnąłem do kieszeni po mego przyjaciela. Zwalniana sprężyna cichutko szczęknęła, na ostrzu odbiło się światło latarni. Przytknąłem je do gardła leżącego.
– Dotknij jeszcze raz jakiegoś dziecka, a nie doczekasz świtu.
Zwiększyłem nacisk, przebijając skórę. Zawył.
– Zrozumiałeś?
Pokiwał głową, z gardła wydobył mu się szloch. Cofnąłem rękę, schowałem nóż i podszedłem do dziewczynki, próbującej drżącymi palcami zapiąć guziki bluzki. Zdążyła już włożyć spódnicę.
– Znikajmy stąd – powiedziałem łagodnie, chwytając ją za rękę. Zawahała się, więc dodałem szybko. – Musimy odejść, zanim się pozbierają.

2




Chodź, zawiozę cię do domu.
Usłuchała. Pobiegliśmy do samochodu.
Jechaliśmy w milczeniu. Kątem oka obserwowałem małą, siedzącą tak sztywno wyprostowaną, że plecy nie dotykały oparcia. Nie odzywała się i nie płakała, jedynie nieustanny ruch dłoni mnącej nerwowo skraj spódnicy świadczył, że dziewczynki nie opuściła obawa. Potwierdzał to wyraz oczu, taki sam jak u ściganej zwierzyny.
Zostawiliśmy już za sobą światła miasta i po chwili zjechałem w boczną drogę, kierując auto na małą polankę między kępami krzaków. Wyłączyłem silnik i odezwałem się przyjaźnie:
– Nie bój się, jesteś ze mną bezpieczna. Tamtych pobiłem, bo chcieli zabrać to, co moje. Nie mogłem pozwolić, żeby ktoś bezkarnie polował w moim rewirze. Ale ciebie nie mam zamiaru bić.
Z dziecięcej buzi powoli znikał strach, zastępowany nieśmiałym uśmiechem, choć widać było, że nie w pełni zrozumiała moje słowa. Nic nie szkodzi, pomyślałem z lekkim rozbawieniem, bo nie zrozumienia od niej chciałem.
Objąłem ją przyjacielskim gestem, a gdy przytuliła się z ufnością, dotknąłem wargami delikatnego policzka. Moja druga dłoń pogładziła rękę

3




dziewczynki, rozprostowując palce zaciśnięte kurczowo na rąbku spódnicy.
– Nie trzeba się bać, nie zrobię ci nic złego.
Mrucząc te słowa, przesunąłem się odrobinę na siedzeniu. Przy tej okazji moje wargi powędrowały w stronę jej otwartych ze zdziwienia ust, a dłoń wypuściła dziecięce paluszki i zakradła się pod spódnicę, szybko zmierzając do celu. Dziewczynka zaszamotała się rozpaczliwie, więc cofnąłem rękę obejmującą jej plecy, szybkim ruchem rozłożyłem siedzenie i przetoczyłem się na dziecięce ciało. Teraz już nie mogła się oswobodzić.
Była moja, tylko moja, tak samo jak tamte przed nią, które uratowałem z rąk brutalnych gwałcicieli. Byłem obrońcą, wybawicielem. Tamci zwyrodnialcy umieli tylko bić i gwałcić, więc od pewnego czasu patrolowałem dzielnicę i wydzierałem im z rąk niedoszłe ofiary po to, by je ocalić i dać im całą moją miłość.

     Ciemności nocy powoli ustępowały świtowi. Zauważywszy to, z niechęcią oderwałem się od ukochanej i wysiadłem z samochodu. Przeciągnąłem się leniwie, włożyłem ubranie i wróciłem do samochodu, by wyjąć z niego mój skarb.
Była taka leciutka!

4




Niosłem ją bez wysiłku, zwinnie przemykając przez leśną gęstwinę i przystanąłem, dopiero gdy oddaliłem się od polanki o dobre pięćset metrów, a przede mną wyrosła zapora w postaci gęstego świerkowego młodnika. Złożyłem moje brzemię u podnóża wysokiej jodły, wyjąłem z kieszeni sprężynowego przyjaciela i zabrałem się za obcinanie gałązek.
Gdy po jakimś czasie wracałem do samochodu, w głowie ciągle miałem obraz szeroko rozwartych oczu patrzących gdzieś w dal, i dziecięcego ciała przybranego jedliną zasłaniającą nagość. Wiedziałem, że ten obraz wkrótce zblednie, zatrze się w pamięci, ale nie przejmowałem się tym, co nieuchronne. Wsunąłem dłoń do kieszeni i czule pogłaskałem obudowę telefonu – uwieczniona na wielu zdjęciach dziewczynka nie odejdzie w zapomnienie, już zawsze będzie ze mną. Dołączy do kolekcji tych, które kochałem.
A za miesiąc lub dwa, gdy sprawa trochę przyschnie, znowu wyruszę na patrol, by uratować jakąś inną dziewczynkę. Na pewno tak się stanie, tyle jest przecież złych ludzi na świecie!

5




Wyrazy: Znaki: