Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Nie ma tych dobrych stron [ver 1, stara ]ikonka kopiowania

Autor: Fortune twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Edit: Bardzo dziękuję za komentarze i poświęcony czas. : )
Nie będę już zmieniać tej wersji, ale zapraszam do zapoznania się z wersją poprawioną.
http://pioromani.pl/proza.php?proza=606

     *****

     Coś huknęło. Spłoszona para drozdów gwałtownie poderwała się z gałęzi.
Huk, a po nim kolejny i kolejny dochodziły z pobliskiej, schowanej w głębi lasu polany.
Mike rzucił się w bok, w ostatniej chwili uniknął rozpędzonej ognistej kuli. Ta jednak nie zachowała się normalnie, a przynajmniej nie tak jak można by oczekiwać po większości tego rodzaju zaklęć. Zatrzymała się w locie i zawisła w powietrzu niby niewielki płonący balonik. Gdyby miała oczy, teraz zapewne wpatrywałyby się nimi w swojego rywala. Pomimo ich braku nadal można było odnieść wrażenie, że to robi. Prowokowała, rzucała wyzwanie.
Mike nie skorzystał. Skoncentrował się i przygotował na spodziewany atak. Gorejąca kula nie zawiodła, gwałtownie poszybowała w kierunku czarodzieja. Ten wyciągnął przed siebie dwa palce i zamknął powieki, na ułamek sekundy wszystko wydawało się zwolnić, wszystko zamilkło. Powietrze zadrżało, a z dłoni maga wystrzeliła

1




wąska, ale silnie skoncentrowana fala uderzeniowa.
Rozbiła nadlatujący pocisk w tysiące wolno opadających iskierek. Mike uśmiechnął się tryumfalnie.
- Wychodzisz?! - Zawołał zaczepnie - Nie to nie, sam Cię znajdę.
W mgnieniu oka dobył spod czarnego płaszcza rewolwer i wypalił. Lecąca po szerokim łuku kula znaczyła powietrze błękitną, naelektyzowaną smugą. Leciała w kierunku ściany drzew wyznaczającej granicę polany, z trzaskiem rozerwała jeden z pni.
Schowany tuż pod kikutem rozerwanego pnia białowłosy czarodziej odruchowo chwycił się za serce, odetchnął z ulgą. Spojrzał przez ramię na miejscami poprzypalaną polanę, Mike’a już tam nie było. Białowłosy wzdrygnął się, poczuł na skroni zimną lufę rewolweru. Odwrócił głowę, aby spojrzeć na stojącego tuż obok przeciwnika. Uśmiechnął się łagodnie.
Mike zorientował się, że wpadł w pułapkę. Zorientował się, że przegrał. Pociągnął za spust. Kula rozerwała głowę białowłosego jednak w powietrze, zamiast kawałków mózgu i czaszki, rozprysnęły się jedynie grudy błota. Coś świsnęło. Czarny jak noc sztylet przeszył przestrzeń, zatrzymując się

2




tuż przed nosem Mike’a. Trwali tak przez chwilę w bezruchu, mag i nakierowany na niego, oddzielony ledwie o grubość włosa nóż.
Białowłosy pociągnął przyczepioną do sztyletu nić i przywołał broń z powrotem do siebie. Mike z uwagą śledził ruch sztyletu, w końcu dostrzegł charakterystyczną białą pelerynę przebijającą się pomiędzy dwoma brzozami. Westchnął z zawodem. Zaczął zmierzać w jej kierunku, peleryna odpowiedziała tym samym.
- Przez chwilę myślałem, że Cię mam! - Mike wskazał brodą na resztki rozpływającej się w błoto atrapy. - Stała tam od początku?
- Rzeczywiście, było blisko. - Podjął Kreator. - Nie, podmieniłem ją w ostatniej chwili, w momencie kiedy kula huknęła w drzewo. Swoją drogą - Zmarszczył brwi. - takim ładunkiem rozłupałbyś mnie na pół!
- Eee tam, wiedziałem, że nie dasz się tak łatwo! - Roześmiał się Mike. - Ale rzeczywiście, nieźle splotłem czar.
Magowie zawędrowali z powrotem na polanę.
- To było naprawdę sprytne. – Pochwalił ucznia białowłosy. - Naznaczyłeś pociski swoją krwią, aby móc się do nich przeteleportować, czyż nie?
- Tak... - Mike spuścił wzrok. -

3




Wybacz, że Ci nie powiedziałem.
- Nie martw się, to nic. To było naprawdę dobre, a przede wszystkim całkiem zmyślne! Cieszę się, że próbowałeś mnie zaskoczyć. Natomiast martwi mnie co innego...
- Co takiego?
- Mówiłem Ci żebyś ograniczył korzystanie z czarnej magii do minimum. Będzie Cię kusić, zwłaszcza jeśli dostałeś ją... w taki sposób.
- Chyba trochę przesadzasz. - Zbagatelizował uwagę nauczyciela Mike i nonszalancko rozwalił się na derninie. - Mam wszystko pod kontrolą!
Kreator nie odpowiedział. Odwrócił się, zmrużył oczy. Powietrze wypełniła ciepła, przyjemna, niewątpliwie magiczna aura. Murawa zaszumiała. Wypalone miejsca zaczęły się kurczyć, cofać, zostawiając po sobie jedynie zdrową, zielona trawę.
Kreator wypuścił z siebie powietrze, wyczerpany opadł na kolana. Aura rozwiała się, a polana wróciła do nienaruszonego stanu sprzed pojedynku. O ile to możliwe pachniała jeszcze świeżej niż przedtem.
- Przecież tłumaczyłem Ci – Wykładał nie przestając sapać Kreator – jak działa czarna magia. Posługując się białą magią jesteście partnerami...
- Tak, tak wiem. - Przerwał mu Mike żując

4




źdźbło i wpatrując się w biało-błękitne niebo. - A w czarnej magii chodzi o dominację. Nawet jeśli mag dominuję na początku, to z czasem zawsze się to zmienia i bla bla bla takie tam.
- Czarna magia w końcu pochłania każdego, bez wyjątku. - Białowłosy powoli regulował oddech.
- Wiem, nie musisz się o mnie martwić. - Mike wskoczył na pełne nogi. - Daleko jeszcze do tego miasta?
- Dwa, może trzy dni.
- O rany... Aż tyle? Jesteś pewny, że to dobry pomysł? Na Atlantydzie pieczętują już pewnie drugą sferę, na pewno przydałaby im się moja pomoc...
- Nie sądzę. - Odparował beznamiętnie Kreator, powoli się podnosząc. Otrzepał swoją śnieżnobiałą szatę z trawy. Na dole miała powyszywane płomienie. - Z tego co pamiętam Tant mówił, że zabezpieczenie wszystkich trzech sfer zajmie im spokojnie dwa miesiące. Jak nie dłużej. Niespecjalnie przydasz im się w tym czasie. No... - Rzucił uczniowi ironiczne spojrzenie. - chyba, że podniosły się Twoje umiejętności z pieczęci.
Ten zrozumiał aluzję, wykrzywił usta w marudny grymas.
- Jesteś pewny, że...
- Tak. - Teraz to białowłosy nie pozwolił mu dokończyć. - Poza tym z

5




tego co pamiętam Tant był dość przychylny temu żebym go na jakiś czas od Ciebie uwolnił. Dobrze wie, że bardziej im się przydasz kiedy ukończysz trening.
- Ehh...
- Co znowu?
- Nic, tak tylko sobie marudzę pod nosem...
- Przez najbliższe dwa dni podszkolisz się jeszcze w kontroli, a jak dojedziemy do miasta załatwię co mam do załatwienia, no i przede wszystkim może uda nam się coś zarobić. Nie wiem jak Ty, ale ja mam już dziczyzny po dziurki w nosie.
- Nadal nie rozumiem czemu to taki problem wyczarować trochę pieniędzy.
- Bogowie... - Kreator w geście bezsilności schował głowę w dłoniach. - Na wszystkich Bogów i Ty masz kończyć szkolenie...
- No bo zobacz... I tak nikt się nie dowie. Do tego skoro magowie i tak tego nie robią, to jeden raz by nie zaszkodził. A założę się, że w tym mieście jest mnóstwo sposobów jak moglibyśmy spożytkować taką gotówkę, oczywiście w granicach rozsądku i jedynie na niezbędne czynności... Grałeś kiedyś w karty?
Kreator poruszył delikatnie palcem, tuż przed twarzą Mike’a nastąpiła mała eksplozja powietrza.
Niespodziewanie, uczeń zdążył odparować nieprzyjemne uderzenie

6




prostą, jednostopniową barierą. Wyraźnie zdziwiony tym faktem nauczyciel spojrzał na swojego adepta z cieniem aprobaty.
Zadowolony z siebie Mike dumnie wyszczerzył zęby, nie trzeba było długo czekać, aby kolejna, dużo mocniejsza powietrzna eksplozja odrzuciła go na kilka metrów do tyłu. Kreator prychnął z nieukrywanym rozbawieniem.
Leżący płasko na ziemi Mike westchnął.
- No tak – Mamrotał pod nosem - powinienem się tego spodziewać...
- Wstawaj, bo w takim tempie nigdy nie dojedziemy na miejsce. O ile w ogóle wrócimy do naszych koni zanim pozdychają z głodu! O, tam! To chyba za tym wzgórzem je zostawiliśmy.
- Dobra... już... wstaję...
- Zapamiętaj, posługiwanie się magią to wielka potęga, ale zarazem wielka odpowiedzialność, nie można...
- Dobra, rozumiem. - Uciął mentorowi Mike. - Równowaga i te sprawy. Opiekowanie się resztą świata i tak dalej, po to są magowie, bla bla, spoko. A nawet jeśli nie rozumiem to zrozumiem z czasem, ok.
Kreator pokręcił bezsilnie głową.
- Jak tylko zbliżymy się do miasta – Podjął zniechęconym tonem. - nie rzucamy się w oczy.
- Przecież zawsze staramy się nie rzucać w oczy...
-

7




Teraz jeszcze bardziej!
- Ok. Jak tam chcesz... - Po chwili dorzucił z przekąsem – Mistrzu.

     ***

      Kreator rozglądał się uważnie, podjechał swoim karym koniem do pobliskiej sosny, pogładził ją po pniu. Wykrzywił usta w subtelnym uśmiechu.
- Już niedaleko.
- To znaczy? - Dociekał Mike.
- Wejdź na drzewo i sam zobacz.
Mike sięgnął do pasa po jeden z niewielkich, specjalnie spreparowanych woreczków.
- Wejdź, a nie teleportuj! - Przerwał mu w pół czynności białowłosy. - Nie wiemy kto może nasłuchiwać albo obserwować aury. Używamy magii tylko w razie ostateczności, pamiętaj!
- Niech będzie. - Zamarudził chłopak i zeskoczył z konia. Po gruntownym przebadaniu rosłego świerku począł się po nim, trzeba mu oddać, że całkiem sprawnie, wspinać. Drzewo zdecydowanie górowało nad sąsiednimi.
Z góry okolica przypominała gęsty, niekończący się trawnik, z tą tylko różnicą, że zbudowany z drzewich koron.
- To tam?! - Rzucił z góry Mike wpatrując się w schowany za mgłą, wyrastający z utkanego przez puszczę dywanu kształt. Kilka żwawych susów później był już na dole.
- Tak. Co myślisz?
- Bo ja wiem, miasto jak

8




miasto. - Ocenił bez ekscytacji. Dosiadł konia.
- Niezupełnie. Mrowiec był miastem neutralnym, jeszcze przed zaborami. Kiedy Jagsończycy zdobywali Terię, dawali takim miastom wybór... Albo właściwie składali propozycję współpracy, taką której nie można było odrzucić.
- To znaczy?
- Tego pokroju miasta musiały ślubować Jagsom posłuszeństwo, stawić się na każde ich zawołanie. W zamian otrzymywały względną niezależność, przynajmniej częściową. Dzięki temu życie mieszkańców mogło pozostać mniej więcej po staremu. Oczywiście nie wspominając o drobnych podatkach i ewentualnej pomocy dla cesarza. W rzeczywistości, takie miasta muszą być na każde jego zawołanie, ale z tego co mi wiadomo cesarz nie miesza się aż tak bardzo do tego co dzieje się wewnątrz.
- To co mówisz to chyba dość korzystna oferta.
- Jeśli weźmiemy pod uwagę, że Jagsończycy to zwykli okupanci to i owszem. Te bydlaki mają w naturze naprawdę paskudne rzeczy, zdecydowanie mogło być gorzej dla Mrowca. Tak czy inaczej, w Terii nadal są miejsca, które pozwalają trzymać Jagsońskie łapska względnie daleko. Ale z drugiej strony, nigdy nie wiesz czego

9




się spodziewać. Wystarczy jeden kaprys cesarza i wszystko się zmienia.
W miarę jak jechali las wydawał się robić coraz mniej spokojny, w jakiś sposób stawał się coraz zimniejszy, coraz mniej zielony, a zarazem coraz bardziej szary. Rzecz jasna nie był to zwykły las, był to las magiczny. Z resztą jak każdy las w Terii. Niewątpliwie musiało mieć to coś wspólnego z tym, że przed wielu laty absolutnie cały kraj porastała gęsta, Pradawna Puszcza.
W miarę napływu ludności puszcza przerzedzała się, wydzielając z siebie nieco mniejsze fragmenty. Ale wszystkie gaiki, grądy i inne lasy, choć każdy na swój własny sposób, pozostawały tak samo zaczarowane. Na temat Teriańskich drzewostanów powstało już wiele zadziwiających bajek i baśni, problem polegał na tym, że nie sposób było odróżnić, które z nich są prawdziwe, a które nie. Bo w Pradawnej Puszczy, naprawdę wiele było możliwe...
A akurat ten jej fragment, Zalesienie Południowo-Wschodnie, nawet jeśli wziąć pod uwagę Teriańskie standardy był wyjątkowo osobliwy. Pomimo, niegdyś nieustannych, prób osadników na stworzenie sobie odrobiny przestrzeni, las za każdym razem, do

10




tego w mgnieniu oka, wyrastał na nowo, czyniąc ich wysiłki bezwartościowymi. Mówi się, że Puszcza w geście dobrej woli zostawiła im skrawek ziemi, na którym osadnicy postawili później swoje miasto zwane Mrowcem. Taki stan rzeczy miał swoje ograniczenia, ale i nieocenione zalety. Mrowiec stał się swojego rodzaju twierdzą. Przez niebezpieczny las prowadziły do niego tylko trzy wąskie drogi, a przecież nie było szans na kolejne. Kreator przypuszczał, że właśnie to mogło powodować tak nieduże zainteresowanie Cesarza owym miejscem.
Czarodzieje umilali sobie podróż gawędą. Mimo, że spędzili w swoim i tylko swoim towarzystwie kilka ostatnich dni i nocy rozmowa nie nudziła im się.
Rozmawiali o starych czasach, o tym jak Mike dopiero zaczynał trening, a był wtedy wybitnie beznadziejny. Wspominali wspólne przygody, takie jak chociażby przygoda w królestwie żywiołaków, niemal wtedy nie stracili życia, chociaż z drugiej strony... Wiele mieli ku temu okazji.
W końcu, wiecznie podróżujący Kreator zaczął opowiadać Mike’owi o innych krainach, o odległym, tajemniczym kontynencie Lesair, który dopiero co się otwiera na wpływy zachodu.

11




Mają go zamieszkiwać głównie orkowie i trolle, hołdujący zupełnie niezrozumiałym dla Anniuńczyków zwyczajom i filozofiom.
Opowiedział mu również o niedawno odkrytym kontynencie nazwanym Agan, ten miał być otoczony wspaniałą, kolorową formacją stworzoną ze szkieletów obumarłych organizmów.
- Może konstrukcja uformowana ze zwłok nie brzmi jakoś specjalnie efektownie – Tłumaczył Wielki Mag - ale podobno jest zjawiskowa, tak przynajmniej twierdzą świadkowie. Nazywają ją Wielką Barierą. Szczerze mówiąc nie wiem czemu, muszę popytać...
Następnie rozmawiali o Honarze, kontynencie, na którym Mike się wychował. Chłopak znał zaledwie jego malutką cząstkę, nieduże miasteczko zewsząd otoczone pustkowiem. Sam Honar jest dużo bardziej różnorodny, poczynając od lasów, gór i rozległych prerii, a kończąc na kamiennych królestwach czy nowoczesnych, opartych na parze metropoliach. Jednak jakoś tak się to wszystko poukładało, że od swojego wyjazdu, a zarazem rozpoczęcia zupełnie nowego rozdziału życia Mike nie miał okazji odwiedzić swoich dawnych okolic. Nie żeby jakoś specjalnie tęsknił...
Oczywiście było coś, albo

12




raczej ktoś kogo chłopakowi bardzo brakowało jednak z tym akurat nie miał już możliwości nic zrobić.
Potem to Mike z ekscytacją opowiadał czego to się podczas nieobecności mistrza nauczył. Wyjaśniał swoje nowe spojrzenia na splatanie zaklęć. Wyliczał kolejne, rezolutne rozwiązania związane z niektórymi czarami i zagadnieniami.
Kreator dość szybko, z dziwną mieszanką dumy i zawodu, zdał sobie sprawę, że nie pozostało już wiele rzeczy w sprawie magii, które mógłby, a tym bardziej chciał przekazać swojemu uczniowi.
Bez wzajemności. Mike nie przestawał gadać, powodowało to w nauczycielu ogromną radość, której oczywiście nie zamierzał pokazać. Od czasu do czasu jedynie odburknął coś z aprobatą tudzież cieniem skrzętnie kontrolowanego uśmiechu.
I tak mijała im droga. Mieszkańcy lasu z jakichś powodów wydawali się skrupulatnie omijać wędrowców. Raz czy dwa napadli ich zbójcy, ale Mike nie musiał nawet prosić mistrza o pomoc. Za każdym razem wyglądało to dość podobnie, bandyci szybko orientowali się, że coś jest nie tak, a dwójka bezbronnych podróżników wcale nie musi być aż taka bezbronna na jaką wygląda.

13




Pełen zachwytu, przyprawionego odrobiną szaleństwa, uśmiech Mike’a tylko ich w tym utwierdzał. Chłopak z niewymowną radością testował nowe zaklęcia, a to, że dostarczono mu do tego obiektów doświadczalnych było wielce szczęśliwym zbiegiem okoliczności.
Kiedy już się znudził wypuszczał bandytów pokrytych pierzem, zupełnie ogolonych, nagich lub wręcz przeciwnie, ubranych w adekwatnie odpowiadające profesji różowe sukienki, czy jeszcze cokolwiek innego co mu akurat nie przyszło do głowy. Odczarować nieszczęśników mógł tylko odpowiedni czarodziej tudzież kapłan. Do czasu znalezienia takowego byli zmuszeni pędzić w owym osobliwym stanie dniami i nocami, a nie należy przecież zapominać co to było za miejsce. Nie wiadomo czy któremuś udało się opuścić las.
Gdzieś, wysoko ponad puszczą rozległ się warkotliwy, zbliżający się hałas. Po chwili coś śmignęło ponad zbudowanym z liści i gałęzi sklepieniem i zniknęło, zabierając owy turkot ze sobą.
- Co to było? - Zainteresował się Mike.
- Wiwerna. - Kreator beznamiętnie wyjaśnił oczywistość. - Nieduża jednostka latająca, zazwyczaj jednoosobowa.
- Wiem czym są

14




wiwerny! Ale nigdy nie słyszałem, żeby jakaś wydawała taki dźwięk... To brzmiało jak jakiś... silnik?
- Zapewne napęd parowy. Widywałem już takie modele. Fakt faktem niewiele, ale świat idzie do przodu, nieprawdaż?
- Montować silnik parowy w czymś takim? Przecież to szaleństwo!
- Tak myślisz? - Nauczyciel położył nacisk na pytający charakter wypowiedzi. - A czy ktokolwiek kto nie przeprowadzał jakiegoś rodzaju rewolucji, poczynając od choćby takiego Karvalanausa, który udowodnił istnienie planów poza naszym, nie był brany na początku za szaleńca? Czy sam pomysł stworzenia maszyny, która oderwie się od ziemi albo będzie unosić na wodzie nie był na początku kompletnym wariactwem? Gwarantuję Ci, kiedyś będziesz się cieszył jeśli ktoś nazwie Cie szaleńcem!
- A to niby dlaczego?
- Ponieważ to właśnie ci, którzy mają odwagę być szaleńcami zmieniają nasz świat.
Gdzieś ponad koronami przeleciała kolejna, podobna do poprzedniej wiwerna.
- Musimy być już blisko. - Ocenił Kreator. Z uwagą wsłuchał się w las. - Słyszysz?
Mike zamknął oczy. Rzeczywiście, było coś słychać, coś jakby szum.
- Strumień?
- Nie. -

15




Nauczyciel roześmiał się. - To mój drogi... jest pomnik szaleństwa i zuchwałości.
Z każdym pokonanym kilometrem szum narastał. Właściwie nie przypominał już nawet szumu, raczej coś na kształt buczenia.
Kreator zatrzymał konia, znaleźli się na wypukłym wzgórzu. Pomiędzy drzewami rozciągał się znakomity widok na okolicę. Mike wstrzymał oddech.
- Co... Co to takiego?
- Nasz pomnik. - Uśmiechnął się nauczyciel i ruszył z wolna do przodu. - Absolutnie nierealny, szalony, wydarty zuchwale z Pradawnej Puszczy. Mrowiec.
Otoczone sięgającą aż po horyzont poduszką zielonych koron wyłoniło się miasto, bardzo niezwykłe miasto. Tak liczne, najstarsze chaty i kamienice stanowiły zaledwie jego najniższą warstwę, to co stanowiło o jego niezwykłości znajdowało się ponad nimi. A ponad nimi piętrzyły się strzeliste, sięgające setek stóp wieże. Do smukłych wież podoklejany były kamienice, place, a nawet całe osiedla. Łączył je skomplikowany system podwieszanych chodników i dróg, po podwieszanych torach sunęły parowe kolejki i tramwaje, a to i tak nie było jeszcze wszystko. Ze skomplikowanego, w jakiś sposób przywodzącego na

16




myśl mrowisko kompleksu, jeszcze wyżej ponad niego wyrastały trzy gigantyczne, kilkudziesięciopiętrowe prostopadłościany.
Mike nawet z takiej odległości był w stanie dostrzec, że niektóre z kolejnych pięter owych molochów znacząco różniły się od poprzednich. Zapewne musiały zostać dobudowane po czasie, podobnie zresztą jak w najzmyślniejsze sposoby podoczepiane do nich mniejsze budyneczki i placyki.
- Miasto jak miasto? - Rzucił Kreator, niespodziewanie wyrywając Mike’a z szoku.
- Skoro tak uważasz. - Odpowiedział z ironicznym uśmiechem chłopak.
- Osadnicy musieli znaleźć rozwiązanie na ograniczoną liczbę miejsca. Postanowili więc budować miasto nie wszerz, a w górę.
- A ten hałas? Na Boga, jak można żyć w czymś takim?! Nie słyszę własnych myśli.
- Można, zwłaszcza jeśli towarzyszy Ci od dziecka. Wieże jak i znaczna część budynków są wypełnione najróżniejszą parową maszynerią zapewniającą miastu sprawne funkcjonowanie. Z resztą, im wyżej się wzbijasz tym mniej doskwiera Ci zarówno zgiełk jak i wszechobecny na najniższych poziomach brud. Właśnie dlatego elity mieszkają na samej górze. Zapewniam Cię,

17




tam panuje absolutna cisza.
- A my dokąd zmierzamy? Bo coś mi mówi, że nie na samą górę.
Uwaga najwyraźniej rozbawiła białowłosego.
- Tak, masz rację! Ale nie będzie aż tak źle. Chcemy się dostać mniej więcej na środek. Mój przyjaciel wysłał mi odpowiednie przepustki.
- Przepustki?

     ***

      Kreator, wspominając wcześniej o brudzie, nie przesadzał. Stare, brukowane ulice ukrywały się pod warstwą niezidentyfikowane szlamu na tyle skutecznie, że niektórzy filozofowie zapewne podważyliby ich metafizyczne istnienie.
- Do czego jest ta kolejka? - Zapytał Mike, wskazując głową na długiego, powywijanego, poustawianego z ludzi węża.
- Do wind.
- Do czego?
- Do wind prowadzących na wyższe poziomy. Nie martw się, my będziemy korzystać z innej.
Zatrzymali się pod jedną z wież. Tuż przy podstawie okalała ją stara, powyginana rudera, która niegdyś mogła być czymś na kształt szopy. Weszli do środka.
- Czego?! - Zatrzymał ich rosły, ogrzy, sądząc po zapachu, ewidentnie nadążający za modą, szykiem i elegancją najniższych poziomów, gwardzista. Miał na sobie brudny, pordzewiały, parowy pancerz. Wyraźnie zdziwiło to

18




Mike’a. Może i pancerz był stary i zniszczony, ale w końcu to zawsze technopancerz...
Wcześniej wiwerna napędzana parą, teraz to... Chłopak zaczął się zastanawiać czy to tylko specyfika tego miejsca, czy może cały świat zmienił się aż tak bardzo podczas jego nieobecności.
- Jedziemy do dzielnicy Łęg. - Odparł bez krzty wahania Kreator i wręczył strażnikowi papiery.
Strażnik staksował go wzrokiem. Mimo iż jego biały płaszcz był ukryty pod peleryną, mag nadal wyglądał co najmniej charakterystycznie. Tatuaż wzdłuż prawej części twarzy nie dziwił w tych okolicach nikogo, ale jasnobiałe włosy już owszem.
Kreator ani drgnął, gwardzista rzucił mu długie, niezadowolone spojrzenie i oddał przepustki.
- Tylko wytrzeć buty! - Rzucił surowo ogr.
Mike zerknął w dół na zalaną gęstym szlamem podłogę. Kilka metrów dalej ze szlamu wystawał pyszczek zastygłego w nim, najpewniej od kilku dni, martwego szczura.
- W zeszłym miesiącu sprzątaliśmy. - Wyjaśnił z dumą strażnik. Odsunął się w bok, odsłaniając wąski korytarzyk prowadzący do okratowanych drzwi windy.
Mike powoli przyzwyczajał się do hałasu. Przez

19




chwilę nawet udało mu się o nim zapomnieć. Teraz jednak, kiedy znowu zwrócił na niego uwagę, prace ogromnych pomp, zgrzytanie trybów i inne, niezrozumiałe, dochodzące zewsząd dźwięki nieprzyjemnie rozpychały jego uszy. Wślizgiwały się do czaszki, dzwoniły i obijały się o jej wnętrze niby małe, kolczaste, zardzewiałe kulki.
Winda, nie bez strojenia fochów i marudzenia, ruszyła.
W wieży, będącej zarazem szybem, znajdowały się malutkie okienka. Młody czarodziej z uwagą obserwował panoramę miasta. Ponad Mrowcem pojawił się wielki, przypominający kształtem wieloryba sterowiec. Wypuścił z siebie kilka balonowych szalup, a po kilku chwilach sam zacumował przy jednym z wielkich bloków.
- Ten Twój przyjaciel, o którym wspominałeś... - Zaczął Mike.
- No... Co z nim?
- Jak mniemam to on dostarczył Ci przepustki?
- To akurat dość oczywiste.
- Jedziemy się z nim teraz zobaczyć?
- Tak.
- Nie sądzisz, że powinienem o nim wiedzieć coś więcej zanim go spotkam?
Kreator spojrzał za mijające ich okna, wpatrywał się w sterowiec.
- Byłeś kiedyś na Nautice? - Zapytał.
- To ten wielki statek krasnoludów? Nie, ale słyszałem o

20




nim.
- Statek... To mało powiedziane. Nautica to olbrzymia, fruwająca stacja, wielkości miasta, zresztą taką funkcję też spełnia. Oczywiście nie ma co jej porównywać z Atlantisem...
- Widziałeś ją?! - Rozgorzał ciekawością Mike.
- Nie. Jak pewnie wiesz, jest właściwie pół-legendarna. Ciężko spotkać kogoś kto tam był, a tym bardziej kogoś kto ośmieli się do tego przyznać. Jeśli Nautica rzeczywiście istnieje, jest największym, niewyobrażalnym osiągnięciem krasnoludzkiej technologii. A dokładniej, technomagii... Jest całkowicie technomagiczna. Nie spotkasz tam żadnych tradycyjnie magicznych rozwiązań. Opowieściom o Nautice towarzyszą inne, równie niewiarygodne. Podobno funkcjonuje tam ośrodek badawczy opracowujący najbardziej niewiarygodne technologie, wliczając w to antymagię.
- I czemu mi o tym mówisz?
- Nie spotkałem nikogo kto by postawił nogę na tej stacji. - Białowłosy zrobił pauzę. - Nikogo, poza jedną osobą.
- I właśnie do niej jedziemy... - Zgadywał Mike.
- Tak. Ale nie wspominaj o tym przy nim. Ani przy nikim innym. Najlepiej w ogóle już o tym nie wspominaj. - Ściszył ton, nabrał powagi. - Bardzo Cię

21




o to proszę.
- Dobrze.
Winda zatrzymała się nagle, wytrącając obu magów z równowagi. Zadzwonił dzwonek sygnalizujące dwudzieste-piąte piętro. Drzwi otworzyły się ujawniając zatłoczony, przypominający rynek plac. Na głównym placu Łęgu panował niepodzielny zgiełk. Jednak, nie było już słychać tych wszystkich maszyn, przynajmniej nie tak bardzo. Z takiej wysokości ich odgłosy przypominały raczej odległy szum spadającej wody. Wszystkie mechanizmy, które z jakichś powodów musiały zostać zainstalowane na wyższych kondygnacjach otrzymywały stosowne wyciszenia. Rzecz jasna im znajdowały się wyżej, tym stosowane wyciszenia musiały być skuteczniejsze.
- No to jesteśmy. - Ocenił Kreator. Rozejrzał się po otaczających plac kamienicach i uliczkach.
Na podwieszanych torach ponad nimi przejechał głośny, turkoczący tramwaj. Kilka pięter wyżej przymocowany był kolejny skwer. Poniżej zresztą tak samo, ten jednak był zdecydowanie mniej zadbany, a i światło nie dochodziło do niego w zawrotnych ilościach.
- Co teraz?
- Teraz musimy tylko znaleźć pub „Strumyk”.
- Nie żebym miał coś przeciwko... - Stwierdził Mike. - Ale

22




brzmi jak jakaś melina.
- Eee tam zaraz melina...
- To melina, prawda?
- Tak. - Wielki Mag zawahał się. - Ale za to przyjemna!

     ***

      Barman polerował kufle. Chociaż właściwszym chyba byłoby stwierdzenie, że rozcierał brud na równomierną warstwę. Lokal był nieduży, zatęchły. Po ścianach, niczym pajęczyna utkana przez mechanicznego, jeszcze nie znającego się na swojej pracy, a tym bardziej na pojęciu symetrii pająka, rozciągała się zawiła sieć wibrujących rur. Przeplatała się z podtrzymującymi strop żelaznymi belkami, przy każdej większej wibracji dygocąc nimi niepokojąco. Mimo to, taki stan rzeczy przetrwał już kilka dziesięcioleci udowadniając tym samym nieoczekiwaną trwałość zapewne tymczasowego rozwiązania.
Jeden z niewielu klientów zamówił szota.
- Spóźnia się już dobrą godzinę. - Zauważył Mike.
Kreator nie przejawiał żadnych oznak nerwowości, ale jego uczeń znał go już wystarczająco dobrze. Czuł, że białowłosy się niepokoi. Wiedział, że coś musiało się stać.

     ***

      Kreator zamknął za nimi drzwi. Milczał. Ważył coś w myślach.
Z hotelowego okna rozciągał się wspaniały widok na puszczę i

23




na niższe dzielnice, a przynajmniej rozciągałby się gdyby wyższe kondygnacje nie blokowały dostępu światła. O tej porze jednak nie miało to większego znaczenia. Wszystkie najniższe ulice zapłonęły gazowymi latarniami, a światło z wnętrz budynków wspierało je jak tylko mogło. Puszcza natomiast pozostawała ciemna, nieprzenikniona. Miała w sobie coś mistycznie pociągającego, jakby za swoją tajemniczością chowała jakieś nigdy niewypowiedziane obietnice.
- Co tam jest? - Zapytał Mike wskazując palcem na odległe, parterowe osiedle, jako jedyne otoczone wysokim, betonowym murem.
- Wychodzę. - Kreator nie zwrócił na pytanie najmniejszej uwagi.
- Co takiego? Zostawiasz mnie tu?
- Nic Ci się nie stanie, niedługo wrócę. Idę się tylko trochę rozejrzeć. Poza tym, i tak niebawem będę musiał Cię zostawić, czyż nie?
Chłopak zmarkotniał.
- To na razie! I pamiętaj, używaj magii tylko w ostateczności. ostatecznej ostateczności! - Rzucił na pożegnanie białowłosy i opuścił pomieszczenie zdecydowanym krokiem.
Mike zwalił się na łóżku, w końcu miał okazję odpocząć po podróży. Minęło trochę czasu od kiedy ostatni raz

24




leżał na materacu. A na miękkim... tego już nawet nie mógł sobie przypomnieć.
Zaczął rozmyślał nad czymś. Nad wieloma rzeczami.
- Postęp... - Mamrotał pod nosem na wspomnienie o parowej wiwernie.
Podwinął prawy rękaw i przyjrzał się swojej ręce. Westchnął z ironią.
Jego ręka, od samego barku, była zastąpiona skomplikowaną, technomagiczną protezą. Uśmiechnął się na wspomnienie tamtych wydarzeń chociaż... Wtedy zdecydowanie nie było mu do śmiechu. Zastanawiał się co w tym momencie robi reszta wyprawy, gdzie może się znajdować. Czy żyje... Ze wszystkich pozostał mu już tylko Kreator. Wydało mu się zabawne jak wiele się zmieniło od tamtego czasu, jak on się zmienił. A może tylko mu się wydawało, może w rzeczywistości nadal jest tą samą pierdołą co kiedyś...
Od łańcucha refleksji i wspomnień oderwało go pukanie do drzwi.
- Kto tam? - Warknął poirytowany.
- Proszę otworzyć. - Odezwał się głos po drugiej stronie.
- Nikogo nie ma!
Ledwie skończył zdanie, a drzwi otworzyły się z hukiem. Do niedużego pokoju wpadła piątka gwardzistów uzbrojonych w pałki i elektromiecze.
- Pójdzie Pan z nami.
Mike

25




był nie lada zdziwione, ledwie jednak przez moment. Teraz tylko wywrócił marudnie oczami. Analizował czy aby to mógł mieć Kreator na myśli gdy mówił o ostatecznej ostateczności. Kiedy, pomimo usilnych starach, w końcu nie udało mu się podciągnąć obecnej sytuacji pod ostateczność zaczął analizować ewentualne skutki i złość swojego mistrza jeśli użyłby magii. Postanowił nie ryzykować, jeszcze nie teraz. Wstał, absolutnie bez pośpiechu, i posłusznie oddał się do dyspozycji strażników.

     ***

      Wrzucili go do celi, nie było aż tak źle jak się spodziewał. Owszem było ciemno i nieco wilgotno, ale przebywał już w gorszych warunkach. Szybko okazało się, że nie jest jedynym więźniem, na sczerniałej pryczy siedział ktoś jeszcze, ktoś wzrostu krasnoluda, którym zresztą okazał się po chwili być.
- A Ty za co tu siedzisz? - Rzucił z ciekawością Mike.
- Ja? - Zdziwił się krasnolud, po chwili dodał z pełnym przekonaniem i powagą – Za niewinność! Tak to już jest jak ktoś nie podpasuje władzy... Ehh... Szkoda gadać! Jestem Johann. A Ty to kto? I co tu robisz?
- Mam na imię Mike. I właściwie to też jestem niewinny...
-

26




Widzisz! Paskudny wymiar sprawiedliwości, pfu! Ale nie wyglądasz jakbyś był stąd, prędzej z wyższych pięter. Tylko, że wtedy nie wrzuciliby Cię tutaj... Jesteś jakim wędrowcem, może handlarzem?
- Coś w ten deseń. - Odparł, nie przestając egzaminować celi Mike.
- Aaa... Więc podróżnik... Dobra, nie moja sprawa, nie będę pytać.
- A Ty, czym się zajmujesz?
- Ja? Yyy... Tym i tamtym. Ale głównie to... Sektor administracyjny, tak bym to nazwał.
- Mam nadzieję, że się pospieszy... - Mamrotał pod nosem czarodziej.
- Co? - Zainteresował się Johann.
- Nic, tak sobie tylko głośno myślę. - Mike spojrzał za okno, postanowił wykorzystać okazję. - Powiedz mi, co tam jest, tam na dole?
Krasnolud zbliżył się, podsunął drewnianą skrzynkę, aby dosięgnąć do zakratowanej dziury pełniącej funkcję okna.
- Tam? To porzucona dzielnica.
- Tam za murem?
- Tak, ten mur miał ją oddzielać od reszty parteru. Normalnie bogacze żeby uciec od tego całego syfu na dole budują się do góry. Ale jak przyjechali Jagsończycy to zażyli sobie, że chcą zostać na ziemi. Nic nie dało tłumaczenie, że puszcza nie pozwoli. Chcieli na ziemi i

27




koniec.
- Puszcza nie pozwoli? - Udał zdziwienie Mike.
- Tak, skąd żeś Ty się urwał?! Za każdym razem jak ktoś próbuje wycinać las ten wyrasta na nowo, niszcząc wszystko po drodze. A i wypadków przy wycince nie brakuje, toteż nie warto nawet próbować. Ale Jagsończycy się uparli, to co zrobisz? I na początku Puszcza nawet pozwalała na budowę. Dopiero jak się wprowadzili zaczął się horror. Las zaczął pochłaniać całe budynki, podobno wyjmował gałęziami dzieci z kołysek, a to co robił z nimi dalej... Oszczędź mi tego. Tak czy inaczej, Jagsończycy odpuścili temat i wynieśli się stąd. Do tej pory naszemu burmistrzowi jakoś udaje się ich trzymać z daleka. Ale dzielnica przepadła, większość jej została pochłonięta przez las, pozostała część nie nadaje się do zamieszkania. Mur i bramy zapieczętowano i tak się skończyły próby zagarnięcia tamtego terenu. Ale problem został.
- Jaki problem?
- Ahh widzisz, puszcza, nie wiadomo czy rozochocona, czy rozgniewana, czy co tam jeszcze, poczęła sobie pozwalać i sięgać swoimi drzewnymi mackami ku miastu. Na razie są to jedynie marginalne, pojedyncze przypadki, ale kto wie co

28




będzie dalej.
- Ciekawe.
- No. - Rozchichotał się krasnolud.
- Nie wyglądasz na zmartwionego.
- A co ja, mieszkam na parterze?
- Prawdziwy z Ciebie empata...
- Wybacz przyjacielu, ale wierzę, że każdy ma to na co sobie zasłuży.
- I myślisz, że to sprawiedliwe?
- A kiedy ja tak powiedziałem?! Tak czy inaczej, to nie Twoja wina jeśli urodzisz się na parterze. Ale jeśli spędzisz tam życie i umrzesz, musisz wziąć za to odpowiedzialność.
- Ciekawe podejście... - Ocenił zaintrygowany Mike.
- Dziękuję. Właściwie to jedyne słuszne.
- Co masz na myśli?
- Pozwala przynajmniej próbować dokądś dojść. A jeśli nie jesteś w stanie nawet zaakceptować odpowiedzialności za siebie...
- Dobra, rozumiem. - Uciął czarodziej.
- Oho, chyba trafiłem w punkt. - Rzucił tryumfalnie Johann.
- Możliwe. Ale pracuję nad tym.
- I to jest najważniejsze. Widzisz - Krasnolud zbliżył się do Mike’a. - Nie gardzę takimi ludźmi, nie ma powodu, nawet jeśli to idioci, nieszczęśnicy, ktokolwiek. Ale gardzę ludźmi, którzy pozwalają sobie trwać w takim stanie, którzy nic z tym nie robią. Akceptują.
- Niby dlaczego?
- Po pierwsze, marnują swój

29




potencjał. Nie bez powodu jesteśmy nazywani gatunkami świadomymi. Ale to i tak ich sprawa co robią ze swoim życiem. Problem polega na tym, że zazwyczaj, aby dać upust swoim kompleksom starają się wpłynąć na otoczenie, aby stało się takie jak oni. Naturalnym jest dla nich wmawianie zarówno sobie jak i innym, że właśnie tak powinno być, że lenistwo i zmierzanie donikąd to właśnie słuszna droga!
- Nie jestem pewny czy się zgadzam... Zaczynam się gubić. - Odparł zmieszany Mike.
Filozoficzne dywagacje przerwał im odgłos nadchodzących kroków. Ciężkie buty parowego pancerza dudniły o kamienną posadzkę. Towarzyszył im dźwięk obijanych o siebie niewielkich, metalowych przedmiotów. Czyżby... kluczy?
Nadchodzący strażnik rzeczywiście bawił się zawieszonymi na ciężkim pierścieniu kluczami.
- Koniec tego dobrego, pójdziecie ze mną. - Przywitał się nieprzyjemnie.
Za nim, z ciemności wyłoniła się czwórka kolejnych, ostro uzbrojonych gwardzistów.
Więźniowie spojrzeli na siebie z mieszanką zdziwienia, bezsilności i nie-poddającej-się-dyskusji-akceptacji.

     ***

      Gwardziści wprowadzili ich do jasnego, wypełnionego mnóstwem

30




pracujących tłoków i zębatek gabinetu. Na przeciwległej ścianie znajdowało się gigantyczne, okrągłe okno. Pod nim zaś znajdowało się biurko.
Jeden ze strażników rozpiął im kajdanki.
Jakaś niewyraźna z tej odległości postać siedziała przy biurku, była odwrócona twarzą w stronę okna. Zza wielkiego fotelowego oparcia wyłoniła się ręka dając strażnikom sygnał, aby opuścili pomieszczenie. Ci bez wahania wykonali polecenie, zostawiając Mike’a i Johanna sam na sam z tajemniczą postacią.
Więźniowie ruszyli niemrawo w kierunku biurka, jednak już po chwili wzdrygnęli się i zatrzymali. Fotel wypuścił z siebie dwa strumienie pary, po sekundzie uniósł się łagodnie w górę dreptając mechanicznymi nogami. Odwrócił się frontem w ich kierunku. Wewnątrz siedział ubrany w beżowy, perfekcyjnie skrojony garnitur gnom. Twarz miał pomarszczoną, niby łagodną, ale w jakiś sposób tajemniczą i wzbudzającą niepokój. Na głowie miał stylowy kapelusik z szerokim rondem.
- Panie burmistrzu! - Zaczął Johann zginając się w pół. - Cóż to za zaszczyt!
- Nie piernicz mi tu Aldrecht. - Odparł stanowczym, wyraźnie znużonym głosem

31




gnom. - Wiem co opowiadasz o mnie za moimi plecami.
- Ja?! Nigdy w życiu Panie burmistrzu. Ja zawsze...
- Czyżby? Czyli nie wspominałeś o mnie Czerwonym Kapturom, które przyszły do Ciebie po przepustki?
- Ja... - Zawahał się krasnolud. - No wie Pan Panie burmistrzu, to były interesy... Poza tym tylko potakiwałem!
Fotel przykucnął na nogach, umożliwiając gnomowi łagodne, pełne elegancji zejście.
- Czyli przyznajesz się do podrabiania przepustek, tak?
Johann wstrzymał oddech, miał tylko ułamek sekundy na opracowanie najskuteczniejszej strategii obrony. Wytężał umysł z całych sił.
- Jakich przepustek? - Zdziwił się.
- Sektor administracyjny mówisz... - Wymruczał pod nosem Mike.
Gnom zbliżył się powolnym krokiem.
- Daj spokój Aldrecht, nie jesteś tu z powodu przepustek. Z resztą i tak dokładnie wiem kto i kiedy je od Ciebie odbiera. Jeśli chciałbym żeby było inaczej, po prostu uniemożliwiłbym to takiemu komuś. Tymczasem... Powiedzmy, że Twoja praca oszczędza mi fatygi. A jeśli chodzi o Twoje pozostałe działalności... Chyba lepiej byłoby gdybym o nich nie wiedział. Jeśli bym wiedział, na pewno nie mógłbym na nie

32




spojrzeć tak łagodnie jak na tę, rozumiemy się?
- Ttak jest Panie burmistrzu! - Wyjąkał krasnolud.
- Natomiast... - Kontynuował gnom, przerwało mu ciche, niepewne pukanie do drzwi. Zawahał się, usadowił wygodnie w fotelu, czworonożne siedzisko uniosło się w górę. Więźniowie czekali w milczeniu.
- Proszę. - Polecił po krótkiej chwili burmistrz, z nutką ciekawości w głosie.
Mike wytrzeszczył ze zdziwienia oczy, reakcja Johanna była podobna. W drzwiach stał Kreator, wszedł do pomieszczenia nonszalanckim krokiem.
- Serwus. - Przywitał się z więźniami, a następnie zwrócił ku namiestnikowi. - Raczy Pan wybaczyć, bardzo zależało mi na czasie. Poza tym... Chyba wykazałem pewne niedoskonałości w Pańskich procedurach bezpieczeństwa. - Zaśmiał się. - To chyba dobrze.
- Zaiste. - Burmistrz odpowiedział ściśle wykalkulowanym uśmiechem. - Co z moimi strażnikami?
- Nic im nie będzie.
- W takim razie pozostaje mi jedynie wyrazić jak bardzo się cieszę, że Pan przyszedł, oszczędzi mi to wysiłku. Nie ukrywam, że i tak chciałem Pana tu ściągnąć. I to jest właśnie jeden z powodów, dla których Pan również tu jest, Panie

33




Aldrecht.
- To jest ten Twój znajomy? - Zwrócił się do Kreatora Mike, wskazując głową na krasnoluda.
Kreator przytaknął.
- Ciężko w dzisiejszych czasach o wykwalifikowanego maga. - Ciągnął, z łagodnie bujającego się na mechanicznych nogach fotela, gnom. - A skoro już mam to szczęście, że sam Kreator zaszczycił swoją obecnością moje skromne miasteczko, chciałbym to wykorzystać. Myślę, że możemy sobie nawzajem pomóc.
- A w jaki to sposób? - Białowłosy skrzyżował ręce na piersi.
- Przede wszystkim, mówi się o dekrecie cesarskim nakazującym ścigać wszystkich magów, nie wspominając już o tym, że jest Pan ścigany z wielu innych powodów aniżeli tylko umiejętność czarowania. Oczywiście, trochę czasu zajmie nim posłańcy przekażą nam informacje od Cesarza, a i Państwa obecność mogła umknąć mojej uwadze... Ale w razie czego, a już na pewno w razie gdyby przydarzył mi się jakiś nieszczęśliwy wypadek mam następców, którzy z gorliwością będą egzekwować cesarskie słowo. Czy tutaj, Panie Aldrech - Krasnolud przełknął ślinę. Burmistrz skierował spojrzenie na Kreatora, niewątpliwie przekazywał mu więcej

34




aniżeli wskazywały na to słowa – Czy... No nie wiem... W takim na przykład Karcirzu.
- Mało mnie to obchodzi. - Odparował, zupełnie zimno i beznamiętnie, Kreator.
- Nie, no nie przesadzaj! - Wtrącił się zdenerwowany Johann. - Po co zaraz tak się odcinać. Czuję w powietrzu mnóstwo negatywnej energii, dajcie spokój... Na pewno jesteśmy w stanie dojść do jakiegoś porozumienia!
Gnom uśmiechnął się tryumfalnie.
- To nie wszystko. Rzecz jasna, zapłacę Panom za Państwa wysiłek. Powiedzmy 300 sztuk? Z tego co mi wiadomo, każdy pieniądz się Panom przyda. Przecież jesteście staromodnymi... O przepraszam, tradycyjnymi magami. Nie wyczarujecie sobie pieniędzy sami, chcecie je uczciwie zarobić.
- I w jaki to sposób mielibyśmy je zarobić? - Spytał z niezadowoleniem białowłosy.
Fotel burmistrza obrócił się w kierunku okna.
- Mamy mały problem z Puszczą. Jakiś czas temu, nasz wspaniały cesarz przysłał swoich osadników. Zażyczył sobie abyśmy wybudowali im osiedle.
Kreator prychnął z rozbawieniem.
- I zapewne zechciał, aby wyciąć w tym celu kawałek puszczy.
- I to spory. Domyśla się Pan pewnie co się działo dalej.

35




Wybudowaliśmy mu to zakichane osiedle, sprowadziliśmy tych jego ludzi. Na początku był spokój, no może poza drobnymi incydentami.
- To znaczy czym konkretnie?
- Osadnikom przeszkadzał hałas. Nie nasz hałas, zadbaliśmy o odpowiednie wyciszenie. Przeszkadzał im hałas lasu. Nocami pod ich oknami zbierały się rozweselone rusałki, przybywały zwabione fletem jakiegoś fauna.
- Fauna powiada Pan? I co się stało z tym Faunem?
- Przepędzili go, nabijając mu po drodze kilka siniaków kamieniami. Wtedy się zaczęło...
Kreator pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Ten Faun, burmistrzu, to zapewne był Leszy tutejszych lasów. Z tego co słyszałem dość łagodny. Myślę, że mógł przychodzić w geście dobrej woli. A Wy przepędziliście być może jedynego w tej okolicy, sprzyjającego Wam dobrego ducha, wiedząc tym bardziej jaka jest Puszcza i dziwicie się, że macie problem?!
- O bardzo przepraszam. - Nadąsał się gnom. - Kto powiedział, że czemukolwiek się dziwię? Co więcej uważam, że mamy to na cośmy sami sobie zasłużyli. Tym bardziej nie chciałbym ingerować w sprawy Puszczy, pewnie uspokoi się z czasem.
- No to gdzie jest problem?
-

36




Cesarz ma u nas swoich emisariuszy. Udało mi się załagodzić sprawę z tym nieszczęsnym osiedlem i trzymać go z daleka od Mrowca, ale jeśli sytuacja się nie zmieni... Sprowadził do nas wielu Jagsończyków, na pewno będzie chciał zareagować. A im trzyma się od nas dalej, tym lepiej! Na razie utrzymujemy względną równowagę i cesarz nie miesza się w nasze sprawy, ale szczerze myślę, że tylko czeka na odpowiednio poważny pretekst.
- Rozumiem. Czego Pan ode mnie oczekuje, burmistrzu?
- Musimy jakoś uspokoić Puszczę. I to jak najszybciej, najlepiej zanim jakiemuś nierozgarniętemu Jagsończykowi stanie się krzywda.
- To może ja sobie pójdę? - Wtrącił się do rozmowy Johann i skierował ku drzwiom.
- Nigdzie Pan nie pójdzie, Panie Aldrecht. Pomoże Pan swoim przyjaciołom, zresztą i tak zapewne właśnie to by Pan później zrobił. A ja mam do Pana jeszcze jedną sprawę.
- Cóż takiego Panie burmistrzu?
- Prędzej czy później dotrze tutaj cesarski dekret o magach. Obejmuje on nie tylko osoby magów, ale również wszystko co się magii tyczy. Póki nie jest to oficjalne, udawało mi się jakoś przymykać oko na... tego rodzaju sprawy. Ale

37




kiedy posłańcy już tu dotrą z oficjalnym, cesarskim słowem, nawet tu nie będzie dla takich jak Wy bezpiecznie.
- Rozumiem Panie. I... dziękuję.
- To nic. Ale pamiętaj, gdybym wiedział o tym co robisz, to na pewno nie chciałbym, aby wyniki Twojej pracy wpadły w cesarskie ręce, czy to jasne?
- Tak jest! - Odpowiedział formalnym tonem Johann.
- Ta Puszcza... - Przerwał głębokie zastanowienie Kreator. - To może być naprawdę trudna sprawa. Podejrzewam, że nie jest złośliwa sama z siebie. Myślę, że ktoś musi ją do tego nakłaniać.
- I ja tak sądzę. - Odparł gnom i obniżył fotel tak, aby znaleźć się na podobnej wysokości z resztą rozmówców. - Ale jest jeszcze jedna rzecz, która może Pana przekonać do pomocy.
- Tak Pan myśli? Cóż może być takiego co sprawi, że zechcę się narazić na gniew Pradawnej Puszczy? Do tego na usługach zapewne jakiegoś demona lub Bogowie tylko wiedzą kogo?
Twarz gnoma sugerowała, że chowa w rękawie jakiegoś asa i rzeczywiście, było tak.
- Mam informację o pewnej indiance, przywódczyni ostatniej gildii zabójców. Wołają na nią Czarny Płomień, chociaż Pan zna ją zapewne pod imieniem...
-

38




Dedai... - Wyszeptał Mike.
As z rękawa wyraźnie zainteresował Kreatora.
- I niby co Pan wie?
- Na przykład gdzie przebywa. I jak tam trafić. Założę się, że cesarz dałby wiele za takie informacje... Może nawet dałby nam spokój.
- A ja do tego mam Wam zaufać... - Analizował półgłosem Wielki Mag. - Macie jakieś ślady? Wskazówki?
- Przeprowadziliśmy w tej sprawie śledztwo. Wysłałem wielu naukowców i badaczy, ale tylko jedna osoba wróciła z Jagsońskiej dzielnicy. Krystalomanta. Zebrane przez niego wyniki były doprawdy interesujące.
Fotel strzelił parą i wysunął, tuż obok prawego podłokietnika, niewielką dźwignie. Gnom pociągnął wajchę. Część wypełniających gabinet tłoków i zębatek zapracowała mocniej, po chwili z sufitu zjechała mapa z naniesionym Mrowcem, otaczającymi go lasami i mnóstwem notatek oraz geometrycznych symboli.
- To kółko - Burmistrz wskazał na mapę. - Tam na łączeniu tych linii. To jest silne źródło z wyraźną, czarną, wieloaspektową magią.
- I myśli Pan, że to jest również źródło Waszych problemów...
- Nie wiem. Może tak, a może nie. Nie mamy nic lepszego. Poza tym nie wykryliśmy

39




żadnych ciekawych danych w okolicy kilku kilometrów. Jedynie niewielki, pogański kult, ale to zaniedbywalna sprawa.
- To źródło jest dość niedaleko stąd. - Ocenił Mike.
Kreator wahał się, nie wyglądał na zadowolonego. Spojrzał na ucznia.
- Dobrze, zrobimy to. - W końcu, nie bez trudności, zdecydował.
- Znakomicie. Czy mogę Panom w jakiś sposób pomóc?
- Nie sadzę. Ale nie spodziewam się, że obejdzie się bez problemów. Jeśli takowe się pojawią, naszą aurę da się wyczuć pomimo obecności puszczy.
- Chce Pan abym w razie czego wysłał Panom pomoc? - Uśmiechnął się burmistrz.
- Wręcz przeciwnie. Powiedzmy, że nie chciałbym niepokoić naszą obecnością Cesarza, a coś mi mówi, że wszędzie możemy się spodziewać jego oczu i uszu. Dobrze byłoby gdyby nikt nie zwrócił uwagi na gwałtowne zmiany w aurze.
- Rozumiem... Nie mogę nic obiecać, ale zrobię co w mojej mocy. Dwa dni Panom wystarczą?
- Powinny, dziękuję burmistrzu.
- Czy mogę dla Panów zrobić coś jeszcze? - Gnom oparł się wygodnie o fotel.
- Nie sądzę. Lepiej będzie jak już pójdziemy. Wyruszymy od razu.
- Niech tak będzie. Pod drzwiami czeka

40




strażnik, Ahh... - Burmistrz najwyraźniej sobie o czymś przypomniał, rzucił Kreatorowi grymas bezsilności.
- To nic, trafimy do windy. - Uśmiechnął się białowłosy.
- Nie wątpię. W takim razie żegnam. I życzę powodzenia.
Kreator ukłonił się i ruszył w kierunku drzwi. Mike i Johann natychmiast doskoczyli do przyjaciela.
- Jesteś pewny, że to dobry pomysł? - Wypalił niespokojnie krasnolud.
- Oczywiście, że nie.
- Skoro nie jesteś to po co nas w to pakujesz?!
- Nie zrozumiałeś mnie. Jestem pewny, że to nie jest dobry pomysł. Swoją drogą, Ciebie też miło widzieć. Jak mogłeś dać się złapać tak łatwo...
- Burmistrz wie o wszystkim co ma miejsce w Mrowcu, ma oczy w każdym najczarniejszym zakątku, nie dało się tego uniknąć.
- I mimo to nadal tu mieszkasz...
Johann zawahał się, tylko przez moment
- Lubię to miejsce.
- I na pewno nie łączą Cię z burmistrzem żadne wspólne przedsięwzięcia.
- Co... Oczywiście, że nie!
- Nie martw się, tak sobie tylko żartuje. Wasze sprawy to Wasze sprawy.
- A mnie ciekawi – Odezwał się Mike gdy stanęli przed okratowanymi drzwiami windy. Obok leżało dwóch nieprzytomnych

41




gwardzistów. - Czemu on nam pomaga? Z tego co rozumiem, mógłby nas wydać cesarzowi, może miałby wtedy spokój, którego tak chce. Chyba nie możemy mu ufać?
Kreator przytaknął z aprobatą.
- Dobrze kombinujesz. - Ocenił. - Prawie. Przede wszystkim, NIKOMU nie możemy ufać, ale jeśli chodzi o burmistrza, nie wyda nas. Już samo to, że chce trzymać cesarza jak najdalej od Mrowca wystarczy, ale jest coś jeszcze. Dużo istotniejszy powód, zresztą również dużo ciekawszy.
Krasnolud wybrał dwudzieste-piąte piętro i zamknął kratę.
- To znaczy co? - Dociekał Mike.
- Cieszę się, że analizujesz to co się dzieję wokół Ciebie, ale patrzysz, a nic nie widzisz. Rozumiem, że mogłeś nie wyczuć aury amuletu z okruchem lodu, który miał schowany pod koszulą, ale nie zauważyć odciskającego się pod marynarką kształtu różdżki?
- Nie! - Nie dowierzał krasnolud. - Nie może być!
Szok! Niedowierzanie! - Sparodiował go Kreator. - Widzę, że otaczam się samymi geniuszami... Johann, na prawdę nigdy nie zastanawiałeś się dlaczego burmistrz kryje zarówno takich jak Ty jak i prawdziwych magów?
- Ja...
- Krótka różdżka, najpewniej cisowa. Z

42




tego co wyczułem, rdzeń z włosa jednorożca. Nieregularności aury wskazują na lekkie modyfikacje. Idealna jeśli chodzi o rzucanie run. Dużo mówi też o charakterze właściciela...
- Wow. - Mike nie mógł wyjść z podziwu. Przyzwyczaił się do tego, że nauczyciel nie przestawał go zadziwiać, ale rzadko miał okazję doświadczyć, aby Kreator podchodził do spraw aż tak poważnie jak teraz. Zazwyczaj nie musiał. Chłopak zastanawiał się gdzie mogą leżeć granice możliwości białowłosego. Zastanawiał się czy będzie kiedyś w stanie doświadczyć albo chociaż pojąć jego prawdziwą potęgę. Zaiste, prawdziwie wybitny był z niego mag. Podobnie zresztą jak obserwator.

***

      - Powiedz mi – Zagadnął Kreator, gdy tylko weszli do mieszkania Johanna. - co jest takiego, co burmistrz nie chce, aby wpadło w cesarskie ręce?
Mieszkanie było nieduże, wilgotne i ciepłe. Dookoła stały piece i maszyny parowe, wszystkie obecnie nieaktywne. Po suficie ciągnęła się plątanina drgających rur. Wszędzie leżały przeróżne narzędzia, papiery, śrubki i trybiki.
Johann szybkim krokiem podszedł do okna. Na zewnętrznym parapecie siedziała mechaniczna

43




sowa. Krasnolud gwałtownie pociągnął za zasłonę.
- Najpierw ładujesz mnie w sprawy z Puszczą, a teraz zadajesz jeszcze takie pytania!
- Przestań, oboje wiemy, że na pewno i tak chciałeś mi się pochwalić. A co do burmistrza... Nie wnikam czy to Wasze wspólne przedsięwzięcie czy też nie. W ogóle nie będę zadawać w tej sprawie pytań. No, co takiego chowasz?
- A niech Cie... - Krasnolud zaklął pod nosem i podszedł do jednego z pieców. Tuż obok leżał gruby, szorstki koc, nakrywał coś. Johann ściągnął okrycie.
- To przecież zwykły golem. - Skomentował Mike.
Kreator rzucił krasnoludowi wymowne, prowokujące spojrzenie.
- Zwykły golem... - Powtórzył krasnolud. - Łajno, a nie zwykły golem! Jest całkowicie parowy. Żadnych run, zaklęć czy kryształów. Czysta technika!
- Takie golemy istnieją od dawna. - Zauważył białowłosy. - Założę się, że ten ma w sobie coś jeszcze...
- Oj ma! - Pękał z dumy Johann. - Ma coś, co może zrewolucjonizować świat!
- Umie czarować? - Zgadywał Mike.
- Co? Nie! Przecież to golem! - Zachmurzył się krasnolud. - Maszyny nie mogą czarować.
- To może czyta w myślach?
- Żartujesz?!

44




Przecież mówię, że nie może czarować!
- On sam myśli... - Wymamrotał z trwogą w głosie Kreator.
- Co? Nie, to przecież niemożliwe. Maszyny nie myślą. - Roześmiał się Mike. Po chwili spoważniał i zlękł się nie na żarty. - Prawda?
- To prawda. - Potwierdził Johann.
- Uff, całe szczęście. - Mike’owi wyraźnie ulżyło.
- Nie, nie to! To co powiedział Aisel. To nieprawda.
- Że nie myśli? - Nie zrozumiał białowłosy.
- Nie, to prawda.
- To w końcu jak? - Pogubił się Mike.
- O Bogowie! To prawda co powiedział Aisel, prawda, że myśli. Nieprawda, że nie myśli.
- A kto to jest Aisel?
- To ja. - Wyjaśnił uczniowi Kreator. Po chwili dodał stanowczo - Ale zabraniam Ci mnie tak nazywać!
- Poczekaj. - Układał sobie wszystko Mike. - Ten golem naprawdę myśli? Tak sam?
- Tak, przecież mówię!
- Czyli, że ma w głowie czyiś mózg?
- Nie... Znaczy w pewnym sensie tak.
- Co?!
- Nie ma mózgu w takim sensie jak myślisz, nic nikomu nie wyciągano z głowy. - Wtrącił się wyjaśniająco Kreator. - Ma tam jedynie tryby, zębatki i inne mechanizmy. Tak przynajmniej zgaduję, chociaż już sam nie wiem czego się po Tobie spodziewać

45




Johann...
- To jak niby myśli?
- No właśnie dzięki nim do cholery!
- Nie rozumiem...
- Bogowie, zostawmy to tak! - Poddał się Aisel. - Nie musisz rozumieć.
- No dobra... - Mike posmutniał. - Przepraszam, tak tylko pytałem. - Nagle ożywił się i zbliżył do golema. - Możemy go włączyć?!
- Nie! - Ryknął Johann i z powrotem nakrył swoje dzieło kocem.
- Johann - Podjął Kreator. - Z odpowiednim czarem wszystko może stać się maszyną do zabijania. A ta tutaj jest na dodatek w stanie samodzielnie myśleć. To jeszcze nie byłby nawet taki problem, mamy mnóstwo pseudo-świadomych golemów, ale jak mniemam ten tutaj będzie również w stanie samemu się uczyć, czyż nie?
- A no będzie.
- I nie widzisz w tym problemu?
- No... Biorąc pod uwagę serię, bardzo mało prawdopodobnych, nieszczęśliwych zajść może jestem w stanie sobie wyobrazić jakiś ewentualny, niewielki problem, który mógłby się pojawić. A co?
Kreator milczał.
- Nie martw się! - Uspokajał z pasją wynalazca. - Zamontowałem specjalny mechanizm, który wyłącza go na moje polecenie. Mam wszystko pod kontrolą i jestem gotowy na każdą ewentualność!
- Skoro tak mówisz.

46




- Aisel nie wydawał się być przekonany.
- Tak sobie myślę. - Wypalił Mike nie przestając rozglądać się po pokoju. - Johann, nie boisz się, że kiedyś to wszystko spadnie?
- Nie... - Krasnolud nagle stał się niepewny. - Niby dlaczego?
- Nie wiem, tak po prostu pytam. Wiesz, wiele krasnoludów ma lęk wysokości. Z tego co wiem większość z Was preferuje życie na ziemi...
- Mike... - Wywarczał ostrzegawczo przez zaciśnięte zęby Kreator.
Chłopak nie przerywał.
- Ale słyszałem, że są też takie krasnoludy, które żyją w powietrzu, na różnych statkach i takich tam.
- Też tak słyszałem. - Odparł bez zainteresowania Johann.
- A Ty co o tym myślisz, nie chciałbyś tak?
- Nie, raczej nie...
- Bo wiesz...
- Dość tego! - Przerwał mu nauczyciel. - Do jasnej... Prosiłem Cię! Czy możesz chociaż raz obejść się bez bycia niepoważnym?! Masz kończyć swój trening, zostać prawdziwym magiem, naucz się zachowywać powagę.
- Dobra... - Mike opuścił głowę. - Przepraszam. Ała!
Rozległ się dźwięk obijanego się o siebie metalu.
- Aha! Wiedziałem! - Wykrzyknął krasnolud. - Poza tym to nie mogło Cię boleć, mogę je zobaczyć? -

47




Johann wpatrywał się w ukryte pod płaszczem i długą rękawicą ramię Mike’a. W ręce dzierżył duży, ciężki klucz.
Mike spojrzał pytająco na Kreatora, ten skinął głową. Chłopak podwinął rękaw i ściągnął rękawicę ukazując skomplikowane, mechaniczne ramię.
- O Bogowie... - Oczy Johanna zapłonęły niby nadpobudliwemu, uzależnionemu od słodyczy dziecku na widok paczki z cukierkami. - Przecież to istne arcydzieło! I te zawory, a ten mechanizm tutaj... Jest tylko kilka osób zdolnych do wykonania czegoś takiego! O mamusiu, na Twoją brodę!
- Dobra, dość. - Skrępowany, niewiadomo czy bardziej sytuacją czy krasnoludzkim dotykiem, Mike zabrał rękę.
Kreator wyglądał na prawdziwie rozbawionego.
- Tak... - Wymruczał. - Prawdziwi geniusze...
- Co tam mruczysz? - Mike zaciągał rękawicę. - Tak swoją drogą, zastanawiałeś się już co zrobisz ze swoją tercją nagrody?
- Tercją? - Aisel uniósł brew.
- No tak. Chyba dzielimy się po równo...
- Po pierwsze, Johann nigdzie nie idzie.
- Jak to?! - Oburzył się krasnolud.
- Wybacz przyjacielu, to sprawy magów. Nie chcę Cię w to mieszać, musiałbym mieć Cię ciągle na oko, a

48




nie pomoże nam to.
- No trudno. - Johann, nie przyszło mu to łatwo, zaakceptował decyzję Aisela. Nie mógł się z nią nie zgodzić.
- Ooo, czyli dzielimy tylko na dwa!
- Zgadza się, dwie trzecie dla mnie, jedna dla Ciebie.
- Co?!
- Gdyby nie ja... Z resztą, jestem Twoim mistrzem – Ciągnął z nieukrywaną satysfakją – I nie muszę Ci się tłumaczyć. Zrobimy jak mówię.
Mike nie polemizował.
- Szykuj się. – Ciągnął Kreator. - Wyruszysz do źródła jeszcze dzisiaj.
- Jak to wyruszę?! Sam?!
- Oczywiście, że sam. To doskonała okazja żebyś udowodnił swoje umiejętności. Niebawem nie będziesz mógł liczyć na to, że wyciągnę Cię z opresji! Poza tym mam coś do załatwienia...
- Ale mówiłeś, że to nie będzie łatwe i że mogą pojawić się problemy.
- O tak, na pewno się pojawią.
- I myślisz, że dam sobie z nimi radę sam? - Mike oczekiwał na słowa wsparcia. Nie otrzymał ich.
- Cóż... Nie wiem. Mam nadzieję!

***

      - A niech go diabły... - Złorzeczył pod nosem Mike pokonując gąszcze i gęstwiny. W pewnym momencie noga ugrzęzła mu po kostkę w błocie. - I jeszcze to! Jedna trzecia... Jedna trzecia... A wypchaj

49




się tą jedną trzecią!

     ***

      - Aisel, czemu się zgodziłeś? - Zagadnął krasnolud przynosząc szklankę z herbatą. Zgarnął ze stołu kilka zębatek, aby zrobić miejsce dla napitku.
- Dziękuję. Cóż, to doskonały trening dla Mike’a.
- Nie piernicz mi! Chłopak może trenować gdzie indziej, nie bez powodu przybyłeś akurat tutaj. Aisel – Krasnolud ściszył głos. - Ty jej ciągle szukasz, prawda?
Białowłosy milczał.
- Biedna Valan. - Johann odchylił się na krześle. - Nie zrób jej krzywdy.
- Nie zrobię. Nie mogę jej nic dać, wiem o tym. Ona również.
- A może po prostu... Odpuść tamten temat. Aisel, to naprawdę nie za ciekawy pomysł.
- Johann, wiesz, że muszę to zrobić. Muszę ją znaleźć.
- Mam dziwne wrażenie - Krasnolud podrapał się po brodzie. - że już zanim tu przybyłeś, wiedziałeś jakie informacje ma burmistrz. Dlatego tu przyjechałeś. Co, może się mylę?

     ***

      Mike zatrzymał się, zadrżał. Dopiero teraz spostrzegł jak las się zmienił. Stał się szary i nieprzyjazny, dużo bardziej niż wcześniej, ale przede wszystkim stał się dziwnie... Zły. Wiatr przeciągle zatrzepotał liśćmi, zawył. Cienie

50




poruszały się jak żywe, szeptały coś.
Jeszcze nigdy nie brakowało mu obecności mistrza aż tak jak teraz, ale dostał zadanie, zamierzał je wykonać. Przełknął ślinę, poprawił płaszcz i ruszył dziarsko do przodu.
Drzewa były ciemne, szaro-brązowe. Mimo iż był to środek puszczy właściwie nie było tu zieleni.
- Tak... - Usłyszał chrapliwy, przenikliwy, niesiony wiatrem głos. - Choć do mnie. Tak, idź przed siebie.
Sięgnął po rewolwer i ruszył zgodnie poleceniem.
Za ciemnymi, oklapłymi, niby pogrążonymi w depresji, smutku i rozpaczy dębami rozciągała się popielata polana. Na niej stała powyginana, spróchniała, nie wróżąca nic dobrego chatka.
- Podejdź... - Polecił głos.
Czarodziej podszedł do chaty, otworzył skrzypiące drzwi. Światło kominka i pojedynczych świec oświetlało porozwieszane na ścianach trofea w postaci skór, gałęzi i kości. Mike nigdy nie spodziewał się, że ogień może przyprawiać o tego rodzaju niepokój, wysysać energię. To był pierwszy raz kiedy czułby się bezpiecznej w samej ciemności, bez niego.
Na fotelu po drugiej stronie pokoju siedział starzec, ork. Z dolnej wargi sterczały mu

51




krótkie kły, pojedyncze siwe włoski opadały na ramiona z niemal całkowicie wyłysiałej głowy. Starzec nie miał jednego oka.
- A więc przyszedłeś do mnie...
- Kim jesteś?
Ork zarechotał słabo, potem zakasłał.
- Jestem Val’va’Du.
- To tylko Twoje imię. - Głos Mike’a zmienił się na bardziej stanowczy. Ork bez trudu wykrył jego drżenie. - Kim jesteś? To Ty jesteś odpowiedzialny za ataki puszczy na Mrowiec?
- Bystrzak z Ciebie. Masz to po ojcu, jak mniemam. Kiedyś byłem druidem.
- To przez Ciebie Puszcza atakuje Mrowiec?
- Atakuje? A może tylko się broni? To kwestia perspektywy.
- Perspektywy? Las morduje ludzi, którzy nic nie zawinili.
Druid roześmiał się.
- Nic nie zawinili? Nie rozśmieszaj mnie. Ludzie przybyli do tych krain ze swoimi siekierami i zaklęciami. I, jak to mają w zwyczaju, uznali je za swoją własność, uznali, że należą do nich. Poczęli wydzierać ziemie z Puszczy, poczęli ciąć i mordować. A kiedy Puszcza, mimo tych ich okrucieństw oddała im kawałek siebie, aby mogli żyć w pokoju i równowadze, ci jak zwykle nie docenili podarku i zapragnęli jeszcze więcej.
Mike zastanawiał się przez chwilę.
-

52




Może i tak było. Ale ci ludzie, którzy żyją tam teraz nie mają z tym nic wspólnego, chcą żyć w pokoju z Puszczą.
- Pokój? - Twarz Val’va’Du wykrzywiła się w grymas pogardy. - Nie ma czegoś takiego jak pokój z świadomymi rasami. Może i potrwa chwilę, do czasu aż Wam się nie znudzi. A potem dalej będziecie podbijać i zabierać innym, w myśl, że wszystko należy do Was, że zasługujecie na więcej niż oni, że jesteście lepsi. W rzeczywistości jesteście rakiem, który musi pożerać coraz więcej żeby istnieć. Zostawiając po sobie jedynie zniszczenie i śmierć. Nie mój chłopcze... Nie ma pokoju z Wami, tylko głupiec twierdziłby inaczej. Ale z drugiej strony, większość z Was jest głupcami. Jak nazwać inaczej niż głupotą to co robicie? Waszą arogancje, ignorancje i chciwość...
- Ja... Są ludzie, którzy myśli inaczej. Są tacy, którzy to rozumieją.
- Do prawdy? Na przykład kto? - Ork wstał z trudem, oparł się na lasce, wyciągnął oskarżycielsko palec. - Niby Ty?
- Tak. - Odparł Mike z niepewnością.
Druid zbliżył się szurając stopami po starej podłodze.
- Czyli twierdzisz, że rozumiesz zło jakie czynią Wasze

53




gatunki?
- Tak...
- I jesteś gotów coś z tym zrobić?
- Tak.
- Doskonale. - Twarz orka wykrzywiła się w uśmiech wyższości. Dobrze wiedział, że złapał chłopaka w pułapkę. - W takim razie, pomóż mi obrócić Mrowiec w pył. Oddaj Puszczy tereny, które i tak należą do niej.
- Ja... Nie mogę.
- Ohh... - Ork sparodiował zawód. - No tak, nie możesz. Bo zdajesz sobie sprawę z tego co robicie, ale oczywiście nic z tym nie zrobisz. Dokładnie tak jak inni.
- Nie. Ja po prostu... To czego chcesz również jest złe. Stawiasz mnie przed wyborem, albo oni albo Puszcza. Nie będę wybierać.
- Głupcze... Biedny głupcze. Zawsze podejmujesz wybór. Niektórych stron nie da się pogodzić, nie ma innej możliwości niż albo oni, albo my.
- Nie. Porozmawiam z burmistrzem! On zrozumie. Na pewno znajdziemy rozwiązanie.
- Naiwny dzieciaku, starasz się znaleźć dobre rozwiązanie, wybrać dobrą stronę. Kiedy w końcu zrozumiesz... Na świecie nie ma tych dobrych stron.
- Może i tak, ale to na pewno da się jakoś pogodzić. Daj mi tylko wrócić do miasta!
Ork uśmiechnął się markotnie, drzwi od chałupy trzasnęły, płomienie zatańczyły, zawiał

54




wiatr.
- Niestety, nie mogę na to pozwolić. Przykro mi, że tego nie rozumiesz. Ale jeśli Cię wypuszczę, przyjdą tu. To sytuacja, w której ten kto pierwszy zada ostateczny cios, zwycięży. Nie mogę jej tego zrobić...
Mike zrozumiał, pojął, że nie ucieknie. Musiał walczyć, nie ważne czy chciał czy nie chciał wybrać strony.
- Nie chcę Ci zrobić krzywdy. - Rzekł młody czarodziej.
- Chłopcze... O to bym się nie martwił.
Ogień z kominka wystrzelił jęzorem w kierunku czarodzieja, ten odbił płomienie barierą. Wykorzystał uderzenie, które odrzucił go do tyłu, odwrócił się wokół własnej osi i oddał strzał. Pocisk zatrzymał się tuż przed głową druida, zatrzymał się schwytany w jakąś dziwaczną, unoszącą się w powietrzu runiczną pieczęć.
Ork wyszczerzył powykrzywiane zęby, Mike nie czekał. Rzucił się w tył, w kierunku drzwi i wypadł przez nie na polane. Na zewnątrz zdążyło już ściemnieć. Las szumiał złowrogo, wyciągał gałęzie w kierunku polany, w kierunku chłopaka.
Ork stanął w drzwiach, oparł się o futrynę.
- Nie uciekniesz, jeszcze tego nie zrozumiałeś?
Ledwie Val’va’Du skończył, a już w

55




jego kierunku leciała kula ognia. Druid bez problemu rozproszył niezbyt skomplikowane zaklęcie, ale w kuli ognia było ukryte coś jeszcze, niewielki woreczek z kropelką zastygłej krwi, który trafił orka prosto w czoło.
Mike zmaterializował się tuż przy przeciwniku, chwycił go jedną ręką wokół szyi, druga przystawiła do głowy druida rewolwer.
- Nie zamierzam uciekać.
Ork zarechotał złowrogo.
- To błąd. Pożyłbyś chociaż odrobinę dłużej.
Czarodziej poczuł diabelne pieczenie w lewej kostce. Próbował zareagować, chociażby nacisnąć spust, nie mógł. Był całkowicie sparaliżowany.
Jego kostkę, a teraz już obie pochwyciły blade ręce, potworne, makabryczne łapska wyrosłe z ziemi. Poczuł, że słabnie. W ułamku sekundy paraliż odpuścił, ale chłopak pozostał całkowicie bezsilny. Wypuścił z dłoni broń, opadł na kolana. Kolejna para rąk pochwyciła go w nadgarstkach. Nie mógł nic zrobić. Ork stanął nad nim tryumfalnie, wyciągnął pożółkłe pazury w jego kierunku.
Z czubków palców druida strzeliły błyskawice, Mike wrzasnął przeraźliwie. Val’va’Du, wyraźnie zadowolony, ponowił zaklęcie, Mike zawył po

56




raz kolejny.
- Mówiłem Ci chłopcze. Ale nie martw się, dar który dostałeś nie pójdzie na marne. Z przyjemnością wykorzystam tę moc. Tylko najpierw muszę ją z Ciebie wyrwać.
Wokół Mike’a, zupełnie znikąd, pojawiły się cztery zakapturzone zjawy. Wyciągnęły w jego kierunku swoje kościste ramiona.
Chłopak uśmiechnął się smutno, zaakceptował swój los.
- Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że puści Cię samego, ale...
Orkowi przerwała potężna, szalenie głośna błyskawica. Chatka stanęła w płomieniach. W ciągu kilku kolejnych sekund zagrzmiało jeszcze kilka razy i w mgnieniu oka miast ściany drzew, polanę otaczała ściana szalejącego ognia.
- Kto powiedział - Odezwał się znajomy głos. Zatrzepotała śnieżnobiała peleryna. - że jest sam?
Mike roześmiał się. Po chwili, absolutnie wycieńczony, zemdlał. Zjawy rozmyły się, zniknęły.
- Ty... - Zacharczał upadły druid. - Nawet Ty nie przeciwstawisz się Puszczy!
- Założymy się?
W kierunku orka wystrzeliła ognista kula. Nie można było jej porównywać z czarem Mike’a, ta była idealnie zrównoważona, idealnie spleciona... Doskonała.
Druid przyzwał

57




ochronne runy, próbował odbić kulę, to było jedyne co mógł zrobić. Ta jednak nie znikała, po każdym kolejny odbiciu zawracała i atakowała z jeszcze większą gorliwością, a to był dopiero początek.
Aisel przyzwał kolejną kulę i kolejną, tak aż do ośmiu. Wszystkie bezlitośnie okładały druida zmuszając go do cofania się.
W końcu ork zajęczał przeraźliwie, a z ziemi wystrzeliły korzenie i konary. Atakowały Wielkiego Maga niby wielkie, rozwścieczone, drewniane bicze.
Nie były w stanie nic zrobić, Kreator odbijał je prostymi zaklęciami lub po prostu przeskakiwał z jednego na drugi, bawił się ze swoim przeciwnikiem, okazywał swoją niewiarygodną dominację. W końcu machnął ręką, a ziemia zafalowała. Korzenie uspokoiły się.
Ork leżał na ziemi, obok leżała jego laska. Aisel podszedł do pokonanego przeciwnika, przyklęknął.
- Kim... kim Ty jesteś? Żaden czarodziej, nawet Ty nie może mieć takiej mocy!
- Na prawdę chcesz wiedzieć?
Mike oprzytomniał na moment, na sekundę. Jedyne co zapamiętał to, że twarz jego mistrza nagle rozbłysła, a ork wrzasnął, wrzasnął tak przeraźliwie jak Mike nigdy do tej pory nie

58




słyszał.

     ***

      Obudził się przewieszony przez konia, spadł z niego przy pierwszym ruchu.
- Cieszę się, że w końcu się obudziłeś! - Zaczął Kreator.
Mike rozejrzał się niepewnie. Droga była szeroka, a las zielony.
- Co... Co się stało?
- A jak myślisz? Jak zwykle wyciągnąłem Cie z kłopotów! Ale ten raz – Dodał jakby ze smutkiem. - był naprawdę ostatni.
- Co z Mrowcem, co z Puszczą? Co z tym orkiem?
- No tak... Przespałeś całe dwa dni! W skrócie, Druid, jeśli tak można go nazwać, wrył się w świadomość Puszczy, plugawił ją czarną magią, naginał do swojej woli. Tak naprawdę to żaden z niego druid, pomimo że kiedyś nim był.
- Czyli udało się?
- To dopiero pokaże czas, ale jestem dobrej myśli. Puszcza zaczęła się regenerować. Z resztą, Mrowiec będzie miał raczej inne problemy na głowie.
- To znaczy?
- Podobno leży na drodze pochodu jakiegoś Lisza, ale to nie nasza sprawa.
- Tak właściwie - Mike starał się posklejać zgłoski w słowa, a słowa w zdania. - Jak Ty się tam znalazłeś?
- Miałem Cię na oku, chyba zwariowałeś jeśli myślałeś, że puszczę Cię tam samego!
- Chwila, moment... Jeśli

59




miałeś mnie na oku to nie mogłeś wkroczyć wcześniej?! Prawie umarłem!
- Może i mogłem... - Zastanawiał się Aisel. - Ale, czekałem na odpowiedni moment.
- Odpowiedni moment?!
- No wiesz, taki epicki. A jak ten ork powiedział „chyba nie puściłby Cię samego”... Sam rozumiesz!
- Bogowie, troskliwy z Ciebie nauczyciel, nie ma co...
- A żebyś wiedział, tak się składa, że tak. Mimo tego, że byłeś nieprzytomny i że właściwie nic nie zrobiłeś, mam dla Ciebie Twoją część nagrody. Całą jedną piąta.
- Jedną piątą?! Miała być jedna trzecia!
- Nie kłóć się ze mną, jestem Twoim nauczycielem więc masz mnie słuchać. A właśnie, zwalniam Cię.
- Bogowie, jak zwykle ta sama wymówka, czekaj... Co?!
- Nie jesteś już moim uczniem, zwalniam Cię.
- Jak to?! Dlaczego?!
Kreator spojrzał Mike’owi głęboko w oczy. Chłopak dostrzegł w nich walczące ze sobą dumę, radość i żal.
- Twój trening jest skończony. Przynajmniej ze mną, chociaż przed Tobą jeszcze długa droga. Ale nauczyłem Cię wszystkiego czego mogłem. Teraz najlepiej będzie jeśli się rozstaniemy.
- Ale jak to... Rozstaniemy? - W kącikach oczu Mike’a

60




zebrała się wilgoć.
- Żywot czarodzieja to nie tylko przyjemność, ale przede wszystkim ogromna odpowiedzialność. Ja mam swoją, czas abyś i Ty swoją odnalazł. Chociaż chyba już to zrobiłeś...
- Ja... Mistrzu...
- Przestań, będzie dobrze! Mam coś dla Ciebie, tak żebyś o mnie nie zapomniał.
Mike z całych sił próbował się nie rozkleić. Kiedy kreator wyciągnął swój czarny, pokryty runami sztylet, nie dał rady. Rzucił się na szyje swojego mistrza. Byłego mistrza. Zmoczył mu łzami jego wspaniałą szatę.
Kreator uściskał chłopaka po czym złapał za kark i odsunął tak, aby mógł mu spokojnie zajrzeć w oczy.
- Dasz radę, naprawdę myślę, że jesteś już gotów. Będzie ciężko, będziesz chciał się poddać. Ale w momentach kiedy nawet Ty przestaniesz w siebie wierzyć pamiętaj, że gdzieś tam jestem. W takiej chwili nie ufaj sobie, zaufaj mi, a ja gdziekolwiek nie będę nadal będę w Ciebie wierzyć.
Nastąpił przeraźliwy błysk, Mike instynktownie zmrużył oczy. Kiedy je otworzył został sam, zupełnie sam, dawno nie czuł się aż tak odosobniony. Spojrzał na trzymany w dłoniach sztylet. Z jakiegoś powodu natychmiast

61




poczuł się lepiej. Po chwili zmarszczył groźnie brwi, nie dostał swojej jednej piątej!

     ***

      - Panie – Odezwał się mechaniczny, zębatkowy głos. - dane połączonych Mrowieckich bibliotek i archiwum mówią, że za dziesięć mil znajduje się osada.
- Znakomicie! - Odpowiedział Johann i z dumą spojrzał na siedzącego przed nim golema. Pędzili przez las specjalnie przystosowanym dla dwóch osób paromobilem.
- Panie?
- No co tam?
- Wykryłem ruch, regularny, ciągły, dopasowany do naszej prędkości, po lewej stronie, po prawej stronie.
- Ktoś nas śledzi.
Coś trzasnęło, od poszycia paromobilu odbiło się kilka pocisków.
- Panie? - Golem pozostawał absolutnie beznamiętny.
- Schyl się!
Nim maszyna zdążyła zareagować, strzała przebiła blachę pokrywającą jej prawe ramię.
- Panie, ktoś do nas strzela.
- Tak, chowaj się!
- Ale po co ktoś do nas strzela? Przecież to idiotyczne.
Kule karabinów i strzały nie przestawały bombardować pojazdu, w końcu paromobil ustąpił i zarył czołem o drogę, wyrzucając przed siebie krasnoluda i golema. Johann wrzasnął, leżał z nienaturalnie wykrzywionymi nogami.
Golem otrząsnął się,

62




wstał, podszedł do swojego konstruktora.
- Panie, wykrywam liczne krwotoki wewnętrzne, szanse przeżycia około dziesięć procent, szybko maleją. Czy włączyć protokół pocieszania?
- A niech Cię licho... Nie, dzięki!
Nadleciała kolejna strzała, ta trafiła krasnoluda w klatkę, usilnie próbował złapać oddech. Dał sygnał, aby golem się zbliżył, ten przykucnął.
Johann wyraźnie próbował mu coś powiedzieć, ale... bił się z myślami co to miało być. Walczył ze sobą, ze swoją konstruktorską ambicją i czymś co postrzegał jako odpowiedzialność. W końcu się poddał. Udzielił swojemu dziełu ostatniej, na tyle ile mógł skondensowanej, rady.
- Pamiętaj, ludzie kłamią, nigdy im nie ufaj. Są... Jesteśmy okropni. - Zakasłał krwią, pobladł. - Pomścij mnie...
Golem podniósł się, rozpoczął namierzanie.

     
*****

     Edit: Bardzo dziękuję za komentarze i poświęcony czas. : )
Nie będę już zmieniać tej wersji, ale zapraszam do zapoznania się z wersją poprawioną.
http://pioromani.pl/proza.php?proza=606

63




Wyrazy: Znaki: