Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Marnośćikonka kopiowania

Autor: Shirru twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Czas. Czym właściwie jest czas? Wskazówkami sunącymi po krągłej tarczy zegara? Liśćmi, które pod wpływem wiatru i jesiennej zawieruchy opadają na przegniłą ściółkę, by wkrótce grube konary okryć mógł śnieg? Słońcem chowającym się za linią horyzontu? Czas... Czas to ziarnka piasku przesypujące się w wielkiej klepsydrze wszechświata. Czas to...
– Gówno.
Mężczyzna westchnął ciężko, opadając na stertę podartych, nasyconych stęchłą wilgocią szmat. Zamknął ciążące mu już od dłuższego czasu powieki, kryjąc malachitowe tęczówki za kotarą rzęs. Szafranowe włosy rozsypały się dookoła.
Czas to gówno, pomyślał, oblizując spierzchnięte wargi. Świat to gówno, wszystko jest gównem! Zliczyć nie mogę lat, kiedy żyję, nie potrafię stwierdzić, jak długo błąkałem się po Ziemi bez większego celu. Zwiedziłem najdalsze zakątki tej zepsutej planety wody i błota, zaznawałem największych rozkoszy i pokus, a jednak wszystko to marność nad marnością. Nic tylko słabości, którym ulegają słabi... Nie rozumiem, zaprawdę nie pojmuję, dlaczego ludzie są ulubieńcami Pana. Nędzne karaluchy. Pasożyty.

1




Śmieci.
Zaciągnął się mieszanką kurzu, pleśni i mysich odchodów. W tym pieprzonym więzieniu siedział chyba dłużej, niż lat liczył sobie sam Stwórca... Gdyby tylko był czujniejszy tamtego dnia, umknąłby przeklętemu Gabrielowi, prawej ręce Najjaśniejszego, wywinął się z jego lepkich macek, a Klara... Och, Klara – tak piękna i delikatna niczym białopióra gołębica... Tak, jak tak teraz o tym myślał, wszystkiemu była winna ta mała suka; pieprzone, ziemskie nasienie, z którego została zrodzona. Nienawidził jej od pierwszej chwili, kiedy ją poczuł, kiedy ją zobaczył i zapragnął posiąść. Zniszczyć. Zmiażdżyć w swoich ramionach. Irytowała go chciwość, jaka przemawiała przez jego umysł i ciało, gdy tylko wspominał te oczy, z których zniknąć by mogły tlące się resztką sił iskierki życia. Chciał widzieć jej usta rozwarte w niemym krzyku, łzy, niczym brylanty, spływające po policzkach... Klara...
Uniósł leniwie powiekę, słysząc cichutki tupot małych łapek. Po niegdysiejszej sali chemicznej echem rozszedł się huk, gdy dłoń, poznaczona bordowymi plamami niedomytej krwi, rymnęła o posadzkę. Spojrzał ze

2




znużeniem na swą zdobycz. Bura mysz rzucała się w powietrzu, piszcząc przeraźliwie w nieudolnych próbach uwolnienia ogona. Anioł przyglądał się jej w milczeniu, obserwując paciorkowate oczka, czarne, jak dwa węgielki, i choć nie mógł w nich nic dostrzec, doskonale czuł strach zwierzęcia, jego przerażenie, przez które malutkie serduszko o mało nie wyskoczyło z mysiej piersi.
– Wszystko to marność nad marnościami – zacytował ze znużeniem z biblijnej Księgi Koheleta, otwierając leniwie usta na podobieństwo lwa; czarnego, wyklętego ze stada lwa. – I wszystko marność.
Piski ucichły. Słyszeć się dało jedynie głośne mlaskanie i chrupnięcia łamanych kręgów o średnicy wykałaczki. Anioł przełknął głośno truchełko, a bladą twarz wykrzywił zaraz grymas pełen obrzydzenia. Choćby do końca życia żarł myszy, nigdy chyba nie przyzwyczai się do tego okropnego smaku. I sierści na języku. Dałby sobie rękę uciąć, że jeszcze trochę, a będzie zwracał kłaki...
Zamarł na krótką chwilę, nadstawiając uszu. Gdzieś głęboko w środku poczuł ukłucie ekscytacji, gdy dobiegł go hałasy z dziedzińca. Czyżby... Czyżby

3




miał gości? Nie, niemożliwe – budek stał na bezludziu przez wieki, a przez złą sławę miejsca nawiedzonego nikt nie zapuszczał się w te strony, nie możliwie więc, by znaleźli go ci, który mieli zdjąć klątwę... A jednak!
Poderwał się z ziemi, niedbałym ruchem ręki odrzucając do tyłu szafranowe, zmierzwione włosy. Była ich trójka. Nie pamiętał kiedy ostatnio ktokolwiek go odwiedził, wiedział jednak, że intruzi nie byli tymi, na których czekał – niewidzialne kajdany, które od przeszło stu lat ciążyły mu na nadgarstkach nie zniknęły. Wciąż był więźniem tej cholernej ruiny. Zostało mu więc jedno wyjście i wcale go to nie martwiło. Wręcz przeciwnie.
Ruszył ku drzwiom z szerokim uśmiechem drapieżcy, roztrącając szklane kolby spoczywające na mijanych stołach. Naczynia spadały z przenikliwym trzaskiem, jedno za drugim, zdobiąc zakurzoną posadzkę miliardem przezroczystych kryształków, trzeszczących pod podeszwami ciężkich buciorów. Wielki nóż o zakrzywionym ostrzu błysnął mu w dłoni, a potężne skrzydła, przywodzące na myśl płonące czerwienią sztandary, rozpostarły się z przenikliwym świstem lotek. Bo

4




wszystko to marność nad marności.
Wypadł z sali chemicznej, rozglądając się z roztargnieniem. Po krótkiej chwili namysłu, ruszył korytarzem w stronę ogromnych schodów, prowadzących wprost do głównego holu i bramy dawnej akademii. Już z daleka słyszał stłumione głosy i urywki rozmów, dzięki czemu szybko rozszyfrował zarówno płeć intruzów, jak i ich pożałowania godne zamiary. Bandzie dzieciaków zachciało się bawić czarną magią. Anioł gardził głupcami ich pokroju. Oczywistym było, że Zły nie przybędzie osobiście, nie da im siły ani wiecznego życia. Miał ważniejsze sprawy na głowie, utrzymanie Podziemia w ryzach nie należały do łatwych zadań. Najśmieszniejszy był jednak fakt, że większość opętań towarzyszących wywoływaniu duchów czy przyzywaniem Złego, nie było tak naprawdę żadną ingerencją sił nieczystych, a jedynie urojeniem wynikającym ze stresu, strachu i napięcia, jakie dręczyły człowieka w trakcie odprawiania rytuału... A nawet jeśli komuś udałoby się ściągnąć do tego wymiaru coś więcej, niż robaka z ziemi, byłby to zapewne jeden z demonów najniższej kasty, który nie potrafiłby nawet

5




użyć języka do wyplucia najprostszego słowa.
Przechylił się przez balustradę, spoglądając na dwóch chłopaków i dziewczynę odzianych w czerń. Na szyi nastolatki widniał tandetny, srebrny pentagram na brązowym rzemieniu. Jej towarzysze natomiast trzymali dwie foliowe siatki, przez które prześwitywały świece, opakowanie ze szkolną kredą, jakaś czarna szmata i inne dziwne przedmioty, których anioł nie starał się już nawet dopatrywać. Wszystko było aż nadto jasne – młodzi nie mieli bladego pojęcia o rytuałach przywoływania.
– Czemu akurat tutaj? – spytał ten o twarzy patentowanego idioty, rozglądając się z niezadowoloną miną. – To szkoła...
– I co, że szkoła, baranie? – warknął drugi, którego czarne włosy postawione były na tonę żelu, przez co wyglądał bardziej na jeża, niż satanistę. – Jest opuszczona, a do tego nawiedzona. Nie słyszałeś nic o tych wszystkich dziwnych rzeczach, które się tu działy? Trupy zwierząt, upiorne odgłosy, skrzypienie podłóg, nawoływania...
– No, więc co robimy? – Dziewczyna, wyraźnie znudzona, wydawała się pochłonięta zeskrobywaniem z paznokci czarnego lakieru. Ta z

6




kolei przypominała aniołowi dziwkę i to wyjątkowo nieprzyjemną. Krótka spódniczka odsłaniała uda poznaczone krzywymi i wyjątkowo pokracznymi symbolami, które skrzydlaty ledwo rozpoznawał. Porwane pończochy sięgały jej za kolana, a ciemny gorset odkrywał pokaźny biust, będący najprawdopodobniej jedynym atutem właścicielki. – Nie będziemy chyba sterczeć tu do jutra.
– Nie lepiej byłoby w nocy? – spytał Idiota, zerkając przez pozbawioną szyb okiennicę na słońce, chowające się powoli za koronami drzew na szkolnym dziedzińcu.
– Tępy jesteś, Francis? Gdy zrobi się ciemno znów zacznie tu straszyć, a to zakłóci rytuał.
– Boisz się i tyle, gówniarzu – mruknął anioł pod nosem, kręcąc głową.
Jeż rozglądnął się po ogromnym holu, lustrując zdemolowane wnętrze. We wszystkich, bez wyjątku, chaos panujący w dawnej akademii wywoływał niepokój – połamane meble, porozrzucane przedmioty, o których dawni użytkownicy najprawdopodobniej zapomnieli w napadzie paniki, po rozbrzmieniu alarmu wojennego. Firany pajęczyn wiszące w oknach i truchła zwierząt, rozkładające się na każdym kroku.
– Nie zagłębiajmy się

7




dalej, tu powinno być dobrze. Łażąc po całej szkole jedynie stracimy czas... I możemy rozgniewać mieszkające tu siły.
– Luck ma rację. – Dziewczyna skrzyżowała ręce na ogromnej piersi, ruchem głowy wskazując miejsce pośrodku pomieszczenia. Musiała mieć tu decydujący głos, bo dwaj pozostali posłusznie zabrali się do rozstawiania całego przytaszczonego szmelcu.
Mężczyzna, wsparty o balustradę, obserwował ich z niekrytym rozbawieniem, doskonale zdając sobie sprawę, że nie uda im się wywołać nawet własnych mózgów z zaświatów, a co dopiero kogokolwiek z Podziemi. Nie zamierzał się jednak ujawniać i psuć im zabawy, ani tym bardziej nawracać kogokolwiek. Lata świętości miał już za sobą, chciał się zabawić. Czekał.
Po kilku minutach, na czarnym materiale w kształcie sześciokąta, ozdobionym krzywym, kredowym pentagramem, zalśniły płomienie sześciu świec. Cycata wyjęła z torby książkę oprawioną w bordową skórę, po czym otworzyła pożółkłe wnętrze na spisie treści.
– Co to, twój pamiętnik? – parsknął anioł, schodząc powoli i szczerząc zęby w szyderczym uśmiechu.
Dziewczyna spojrzała na

8




towarzyszy przeciągle i wzniosłym głosem zarecytowała okultystyczną formułkę, napisaną zapewne przez jakiegoś idiotę, wierzącego naiwnie, że ma jakiekolwiek pojęcie w temacie nekromancji. Przydupasy Cycatej uklękły przy prowizorycznym ołtarzyku, zamykając oczy i unosząc ręce w iście kretyński sposób.
Czas mijał, a dziewczyna, mimo okropnej chrypy, powtarzała strofy zaklęcia. Chłopcy siedzący na ziemi, przysypiali powoli, podczas gdy słońce dawno już zniknęło za łysymi drzewami, powykręcanymi w upiornych pozycjach.
Nagle wszystkie świece zgasły, a niewidzialna siła wytrąciła dziewczynie książkę z dłoni. Czarna krzyknęła wystraszona, cofając się gwałtownie i mało nie wpadając na pozostałych.
– Kto tu jest?! – krzyknął Jeż, ze słyszalnym napięciem w głosie. – Pokarz się, duchu!
Ciszę i spokój, który nastał zaraz potem, mącił strach i wyczekiwanie. Cała trójka przywarła do siebie plecami, usiłując wypatrzyć sylwetkę intruza czy choćby najmniejszy ruch. Na próżno.
– Co teraz? – spytał Francis, ocierając ukradkiem pot z czoła.
– Właśnie, Miriam? Co teraz?
– Nie wiem – jęknęła

9




dziewczyna, przygryzając wargę.
– Jak to nie wiesz? – Obruszył się Luck, chwytając ją silnie za ramię. – Mówiłaś, że nie raz już przywoływałaś Złego...
– Kłamałam!
Jeż zaklął, zamykając oczy. Musiał opanować gniew i ochłonąć. Sytuacja nie wyglądała najlepiej, a ostatnim czego im brakowało były kłótnie.
Wtem rozległo się głośne plaśnięcie, a tuż pod jego stopami wylądowało wypatroszone truchło czarnego kota. Cała trójka wrzasnęła, po czym, ile sił mieli w nogach, wyrwali w kierunku wrót. Te zatrzasnęły się nagle, w akompaniamencie przeciągłego jęku zawiasów.
– Kurwa! Co jest?! – wydarł się Francis, usiłując otworzyć drzwi. Te jednak nie chciały nawet drgnąć.
– To nic nie da! – krzyknęła dziewczyna, próbując odciągnąć przyjaciela za ramię. –Na pewno są tu jakieś inne wyjścia, chodź...
– Puszczaj! – ryknął. – Zostaw mnie! Trzeba wiać!
– Francis, nic nie zdziałasz! – dodał Jeż, cofając się powoli w kierunku schodów. – Nie rób sobie żartów i chodź z nami.
– Nie zostanę tu ani chwili dłużej! Idźcie sobie, jak chcecie, popaprańcy, ja stąd

10




spierdala...!
Urwał nagle i znieruchomiał, ku zaskoczeniu pozostałej dwójki. Wiercili wzrokiem dziury w plecach przyjaciela, czując rosnący niepokój. Coś było nie tak, czuli to.
– Ej, Francis... Francis, wszystko gra? – szepnęła dziewczyna, podchodząc wolno ku niemu. Dotknęła ostrożnie sztywnej dłoni. – Słyszysz mnie? Francis?
Chłopak odwrócił się powoli w jej stronę, ukazując rozcięte gardło, z którego momentalnie buchnęła krew. Czerwona fontanna bryznęła jej w twarz. Dziewczyna rozwarłszy szeroko oczy, otworzyła usta do krzyku, jednak nie wydobył się z nich żaden dźwięk – przerażenie odebrało jej mowę.
Francis zacharczał ostatkiem sił, dmuchając krwawe bąble, zatoczył się i padł przed nią bezwładnie, wzniecając kłęby kurzu. Luck jako jedyny zachował trzeźwość umysłu i bez zwłoki chwycił towarzyszkę za rękę. Biegiem puścili się ku schodom. Przeskakiwali co dwa stopnie, potykając się o własne nogi. Wpadli na piętro, bez namysłu skręcając w prawe skrzydło.
Jeż, który wysunął się daleko na prowadzenie, przystanął, słysząc za plecami huk. Cycata usiłowała właśnie podnieść się ze

11




zdartych kolan, lecz szło jej to bardzo mozolnie.
– Wstawaj! – syknął, rozglądając się płochliwie. – Słyszysz?!
– Nie mogę – zaszlochała. – Skręciłam kostkę!
– Cholera!
Znieruchomieli oboje, gdy za nimi, tuż przy schodach, zamajaczyła ciemna postać. Upiorny śmiech wdarł się do ogarniętych strachem umysłów, siejąc zamęt i chaos.
– Luck! Luck, pomóż mi wstać! – krzyknęła, usiłując ustać na czworakach. Chłopak patrzył przez chwilę na nią, na jej niezdarne ruchy, by zaraz powrócić wzrokiem do mrocznej sylwetki, zmierzającej powoli w ich kierunku. Przez ułamek sekundy bił się z własnymi myślami, widać było, że się wahał. Wreszcie zacisnął pięści i, nie zaszczyciwszy dziewczyny choćby spojrzeniem, rzucił się biegiem przed siebie.
– Luck! Luck, wracaj! Nie zostawiaj mnie! LUCK!
Zalana łzami odwróciła się, szukając prześladowcy podkreślonymi rozmazanym makijażem oczyma. Ku jej bezbrzeżnemu zdumieniu, korytarz był pusty. Nie mogła stwierdzić czy nadal słyszy upiorny śmiech, czy to tylko złudzenie, bo jej serce i nierówny oddech zagłuszyły wszystko dookoła. Próbując wstać, przeklęła w

12




duchu własną głupotę. Po co jej to było? Nigdy nie wierzyła, że istnieje coś więcej, niż zabobonne historyjki i w głębi duszy zdawała sobie sprawę, że nic nie wyjdzie z tego całego wywoływania duchów. Arogancja, chęć zaimponowania znajomym i brak wyobraźni zgubiły ją, skazały na...
Zerwała się na równe nogi, zapominając zupełnie o skręconej kostce, gdy do jej uszu dotarł rozdzierający wrzask Luck'a. Stała przez chwilę, jak wrośnięta w ziemię, wpatrując się w stronę, z której dobiegł ją mrożący krew w żyłach krzyk. Chwilę potem zza rogu, za którym zniknął chłopak, wytoczyło się coś okrągłego. Dopiero po chwili pojęła, że to, co z początku wzięła za piłkę do koszykówki, było ludzką głową. Głową Lucka.
Puste, tak znajome, orzechowe oczy wlepiły w nią oskarżycielskie spojrzenie.
Odmawiając z roztargnieniem „Ojcze Nasz", biegła w kierunku lewego skrzydła, nie oglądając się za siebie. Nie musiała, doskonale zdawała sobie sprawę, że upiór podąża za swą ostatnią ofiarą.
Z prędkością światła wpadła do najbliższej klasy, po czym trzasnęła masywnymi drzwiami. Spanikowana,

13




rozejrzała się po pomieszczeniu. Bez namysłu zaczęła barykadować drzwi ławkami, krzesłami i wszystkim, co tylko miała pod ręką. Zamarła, gdy w oddali rozbrzmiał ten sam upiorny śmiech, który słyszała przed śmiercią Luck'a. Skuliła się w kącie sali, łkając przy tym żałośnie.
– A wszystko to marność nad marności. – Rozbrzmiało nagle tuż przy jej uchu, a dziewczyna znieruchomiała, otwierając do granic możliwości przekrwione oczy. Uniosła powoli głowę, przeczesując pomieszczenie wzrokiem, lecz to było zupełnie puste. Poczuła jak coś ciepłego spływa jej po nogach, tworząc pod nią kałużę.
– Mam już urojenia – szepnęła do siebie, obejmując kolana ramionami. – To tylko wyobraźnia, mój umysł płata mi figle, to wszystko...
– To, co krzywe, nie da się wyprostować, a czego nie ma, tego nie można liczyć. – Zimny, chrapliwy głos, niepodobny do niczego, co kiedykolwiek słyszała, rozbrzmiał po raz kolejny, wypełniając wibracjami całe pomieszczenie. – Nie ma pamięci o tych, co dawniej żyli, ani też o tych, co będą kiedyś żyli, nie będzie wspomnienia u tych, co będą potem...
– Kim jesteś! –

14




wrzasnęła roztrzęsiona, chwytając w drżące dłonie leżącą nieopodal nogę od krzesła.
– Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem: Jest czas rodzenia i czas umierania...
– Pokaż się!
– Czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono...
– Słyszysz, co do ciebie mówię?! – krzyknęła, uderzając pięścią o posadzkę.
– Czas zabijania i czas leczenia, czas burzenia i czas budowania...
– No dalej! – W jej wrzasku zabrzmiała nuta szaleństwa.
– Czas płaczu i czas śmiechu, czas pląsów i czas zawodzenia...
– Rozkazuję ci, ty... Ty...! – Urwała, gdy lodowate ostrze przylgnęło do jej szyi, nacinając płytko skórę. Nim karminowa kropelka zniknęła między dwoma wzgórzami ogromnego biustu, ujrzała go. Był wielki i straszny. Burza splątanych, pokołtunionych włosów okalała bladą twarz, upstrzoną licznymi plamkami czerwieni, a oczy... W tych oczach mieszkało zło. Najbardziej jednak przeraziły ją potężne skrzydła, przywodzące na myśl płomienie, wznoszące się ponad barczystymi ramionami.
– Nie zabijaj mnie! – zaskomlała, wybuchając histerycznym płaczem.

15




Słyszałaś kiedykolwiek o Księdze Koheleta? – spytał stwór, zbijając nastolatkę z tropu. Ta popatrzyła na niego, jakby był niespełna rozumu, otwierając bezmyślnie podkreślone ciemną pomadką usta.
Anioł skrzywił się z niezadowoleniem, a dziewczynę momentalnie uderzyła wroga aura istoty. Z poczuciem spadania w bezdenną przepaść, lustrowała oblicze, po którym upiornie przemknął cień. Włoski na rękach stanęły jej dęba, szczęknęły zęby.
– Nie jesteś Klarą – stwierdził gorzko, ledwo powstrzymując się przed splunięciem. – Teraz to widzę. Nie masz z nią zupełnie nic wspólnego, jesteś odrażająca, nieczysta, głupia...
– J-jaką Klarą...? – wyrzęziła, gdy ostrze wielkiego noża naparło mocniej, przyciskając dziewczynę boleśnie do muru.
– Klarą, którą nigdy nie byłaś... I nigdy nie będziesz – odparł chłodno, po czym zamachnął się. Nie było to potrzebne, mógł jednym szarpnięciem rozciąć gardło i pozbawić ją głowy, lecz wtedy dziewczyna nie zobaczyłaby Śmierci, zbliżającej się po spłatę długu, który ta zaciągnęła w chwili narodzin. Błysnęły zęby.
– Czekaj!
– Vanitas

16




vanitatum...
– BŁAGAM!
– ...Et omnia vanitas.

17




Wyrazy: Znaki: