Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Latarnikikonka kopiowania

Autor: PannaLawenda twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Odmęty nocy rozgościły się w miejskiej dżungli – ostrożnie wpełzały na znieruchomiałe ulice, coraz śmielej ogarniały zakamarki i uciekały tylko przed martwym światłem dobywającym się z okien, latarni oraz witryn sklepowych. Jedna samotna żarówka w monopolowym mrugała spazmatycznie i dawała fałszywe wrażenie życia.
Naprzód gnało go właśnie światło. We właściwy tylko swojej pokrętnej logice sposób tłumaczył sobie, że elektryczność oznacza działającą elektrownię. Ktoś musiał ją obsługiwać. A więc nie był sam.
W każde okno spoglądał z nadzieją. Nie miał innego wyboru. Żaden hałas nie ściągnął w jego okolice człowieka. Ustawiwszy na jednej z ulic mocne głośniki puścił raz coś, co niektórzy nazwaliby pewnie muzyką, a ona potężnym echem poniosła się po mieście. W odpowiedzi tylko zgraja wygłodniałych psów pojawiła się licząc na jakieś ochłapy. Z trudem się od nich odpędził. W ich oczach nie było już nic z dawnej uległości i wierności, pozostał tylko instynkt i żądza napełnienia żołądka. Więcej takiego numeru nie powtórzył. Kto wie, czy drugi raz dałby radę się obronić.
Ogromne miasto

1




było zarówno dobrodziejstwem, jak i przekleństwem. Gdzieś tam, w jego poplątanych trzewiach mógł być człowiek. Było na tyle wielkie, że nawet do głowy mu nie przyszło, że nie znajdzie nikogo. To kłóciło się z rachunkiem prawdopodobieństwa. Potrzebował tylko czasu. Potworne odległości za to sprawiały, że każdego wieczora coraz bardziej wątpił czy uda mu się wstać, gdy nadejdzie kolejny. Na razie szedł. Na tym starał się skupić.
W dzień sypiał, zjadał to co znalazł pod ręką, a w nocy jak drogowskazy prowadziły go światła. I choć miał coraz posępniejszy nastrój, musiał sam przed sobą przyznać, że wyglądały zjawiskowo.
Stanął przed pierwszym dzisiaj blokiem. Zadbany, ze śnieżnobiałymi balkonami, trzy klatki i trzydzieści mieszkań, w większości paliły się lampy. Z westchnieniem wszedł do środka, zaczął się wspinać.
Kolejne stopnie stanowiły wyzwanie dla niemłodych już stawów. Co drugie półpiętro odpoczynek, czas na złapanie tchu. Przecież nikt go nie gonił. Nikt ani nic – żadne terminy i plany. Bo plan był tylko jeden i właśnie go wcielał w życie.

Brakował jeden dzień do pełnych trzech tygodni

2




– dwadzieścia nocy od kiedy zdecydował się szukać. Wcześniej tylko czekał, ale to nie przyniosło żadnych efektów. Równie dobrze mógł czekać na swoją śmierć. Trzeba się było ruszyć.
Zawsze zaczynał od szczytowych pięter, wolał od razu pomęczyć się ze wspinaniem, po to, aby później odsapnąć przy schodzeniu. Wszedł do mieszkania na samej górze po lewej. Otwarte, jak prawie wszędzie. W środku ani żywego ducha. Nic nowego. Dlaczego wszyscy ludzie gdzieś wyparowali w jednej chwili? Dlaczego oni, a nie ja?
Jest to jedno z ładniejszych mieszkań, w jakich był dotychczas. Pachniało świeżością i lśniło nowoczesnym gustem. Blichtr i szyk. Nie, nigdy w życiu nie zostałby tu zaproszony. Nie usiadłby na kanapie, jak teraz. Nie otwarto by przed nim barku, nie zaproponowano drinka. Zwykle stronił od alkoholu, ale nie o to chodziło. Po prostu był pewny, że w innym świecie brakowałoby tu dla niego miejsca.
Na ścianach niewiele było zdjęć. Ale za to ładne, może nawet zrobione przez zawodowego fotografa. Nie znał się. Piękne twarze uśmiechały się do niego – kobieta i mężczyzna obejmowało dwoje wzorowo ubranych w mundurki

3




bliźniaków i wszyscy wpatrywali się drętwym wzrokiem w skórzaną, białą kanapę po drugiej stronie pokoju, jakby ktoś tam siedział i nadużywał ich gościnności. Tak jak teraz on. Odwrócił wzrok. Nie byłbym tu mile widziany, nie jestem taki idealny jak oni są. Albo byli – poprawił się.
Podszedł do szerokiego okna balkonowego. Mieli wspaniały widok na miasto. Z góry wygląda, jakby tętniło życiem. Rozświetlone i pstrokate od mieniących się neonów i reklam. Tylko na drogach mniej ruchu. I puste blokowiska. Spojrzał na wschód. W pasie trzystu metrów licząc od przedmieścia do luksusowych apartamentów rozpościerała się czarna plama w krajobrazie miasta, znacząc przebytą przez niego drogę. Westchnął na myśl, że tyle go jeszcze czeka. Chwycił paczkę ciastek leżącą na stole w kuchni, nacisnął wyłącznik i mieszkanie pogrążyło się w ciemności.
Kolejne lokale w tym bloku były podobne – nowoczesne, minimalistyczne i trącające perfekcjonizmem. Tylko twarze na zdjęciach się zmieniały, choć on i tak miał wrażenie, jakby cały czas była na nich jedna i ta sama rodzina. Nie spiesząc się nigdzie, wchodził,

4




rozglądał się, na koniec gasił światła.
Gdy doszedł do pierwszego piętra usłyszał brzdęk dochodzący zza drzwi, które właśnie miał otworzyć. Wyraźnie słyszalny na klatce schodowej poniósł się echem między bielonymi ścianami i ucichł niespodziewanie nie wybrzmiawszy do końca. Wcześniej zdarzało mu się trafiać na wygłodniałe i oszalałe psy, które potrafiły zdemolować wszystko na swojej drodze. Ale ów dźwięk nie należał do zwierzęcia. Nie był też przypadkowy. Człowiek.
Rzucił się do drzwi i wpadł do identycznego, jak piętro wyżej przedpokoju. Z początku nie wiedział do którego pokoju zajrzeć najpierw, bo w środku na powrót zapanowała cisza. Wybrał pierwszy po lewej – jak się okazało mały gabinet z pokaźną biblioteczką. Nim z niego wyszedł i znalazł wyłącznik, zauważył niedbale rzucony koc w białe groszki leżący przy wysokim oknie i różowy kubek. Zgasił światło i znowu znalazł się na korytarzu.
Usłyszał głuche tupnięcia, niezbyt głośne, ale wyraźnie dobiegające z pokoju dziennego. Zbliżył się i ostrożnie zajrzał do środka.
– Stój! Nie rób tego!
Pod bliźniaczo podobnym do

5




widzianych w poprzednich mieszkaniach żyrandolem, oszołomiona dziewczyna stała na chybotliwej konstrukcji ze stołków i skrzynek. Na poplątanych, długich włosach spoczywał sznur. Jej lekko rozchylone usta zamarły, jakby straciła poczucie czasu, a w błękitnych oczach zaś czaiło się coś niepokojącego, coś co przyłapane w okamgnieniu, nie miało czasu się schować.
On sam nie do końca był świadomy, że ów donośny głos należał do niego. Tak dawno się nie odzywał. Jak zahipnotyzowany patrzył przed siebie mając przed oczyma wszystkie dni wypełnione żalem i samotnością. Jeden ruch, jedno nietrafione słowo i dalej tak będzie. Nic się nie zmieni.
Żyrandol, który wybrała dziewczyna wydawał się w miarę solidny. Lekko kołysał się, jakby był zegarem odliczającym minuty, sekundy. Zaraz mógł się zatrzymać. Czy ona tego nie widzi?
– To nie musi się tak skończyć!
Dziewczyna zamknęła usta, które wykrzywiły się zaraz w niechętnym grymasie.
– Zabieraj się stąd dziadzie! – A gdy on nie zareagował, dorzuciła – Odwal się ode mnie stary zboczeńcu!
Na te słowa skulił się i cofnął o pół kroku, jakby smagnął go

6




bat. Uniósł dłonie w obronnym geście, a w oczach prawie stanęły mu łzy. Nigdy nikt go tak nie nazwał. A przecież życie i tak go nie oszczędzało.
– Ja… Tylko przechodziłem. – wyjąkał. Już miał się obrócić na pięcie, gdy natrafił wzrokiem na kartkę złożoną we czworo, która ułożona była jak od linijki na pobliskim stole. Chwycił ją i zaczął czytać.
– Zostaw to! Głuchy jesteś?! Wynoś się!
Droga mamo, drogi tato. Nie wiem nawet czy jeszcze żyjecie, gdzie się podzialiście…
– Ty oblechu! To nie twoje!
Dłużej już tak nie mogę. Nie wiem co robić. Tak bardzo chciałabym z wami porozmawiać. Chociaż chwilę…
– Ja ci zaraz pokażę! Cholera jasna, nie rusza się cudzych rzeczy!
Dlatego zostawiam ten popieprzony świat za sobą. Może i was już tu nie ma. Może za chwilę się spotkamy…
Dziewczyna w jednej chwili zjawiła się przy nim i wyrwała mu z ręki świstek papieru. Zamachnęła się, aby go uderzyć, ale on złapał ją za nadgarstek i unieruchomił rękę za jej plecami. Zdziwiona sapnęła z nutką przerażenia.
– Ty… ty mnie zostaw! Ja cię ostrzegam!
– Nie ma potrzeby krzyczeć. Nie

7




chcę ci nic zrobić.
– Właśnie widzę – stęknęła. Imponujące było to, że chociaż nogi się pod nią uginały – czy to z wściekłości czy ze strachu – siliła się jeszcze na sarkazm.
Puścił ją. Znowu stała twarzą do niego, teraz jednak nieco niżej. Tym razem on patrzył na nią z góry wyższy o jakieś dziesięć centymetrów. Sznur dyndał u sufitu i wytracał swoją prędkość, aby zaraz zawisnąć smętnie.
Jej oczy ciskały pioruny. Młoda była. Nie mogła mieć więcej niż siedemnaście lat. Bez makijażu, z zasmarkaną twarzą wyglądała niemal jak dziecko. Szczupła sylwetka pochylona, ugięte nogi, baczne spojrzenie. Gotowa była do skoku. Zerwała się, jakby sobie nagle coś przypomniała. Dopadła jednej z szuflad i zaraz stała przed nim z nożem. Ostrym nożem, było to widać nawet z daleka.
– Nie denerwuj się.
– Wypad! Już!
– Dziwne.
Spojrzała na niego zdezorientowana. Momentalnie straciła rezon. Przez jedno słowo.
– Co dziwne?
– Co ja takiego mogę ci zrobić? Zniedołężniały starzec z reumatyzmem, krótkowidz, który nie jest w stanie wyprostować swojego przygiętego przez życie grzbietu? Nie bądź śmieszna –

8




parsknął po czym dodał – Pomyślałaś, że ja mógłbym cię zabić? Przyznaj się, pomyślałaś? A co sama przed chwilą chciałaś zrobić?
Jego wybuch śmiechu rozbroił ją do reszty. A gdy on postękując usiadł pod ścianą i wyprostował nogi, dziewczyna wyglądała tak, jakby nie wiedziała, czy opuścić nóż czy może lepiej stać nadal w gotowości.
– Nadal mi nie wierzysz?
Cisza.
– Jak tam sobie chcesz. Będę musiał szukać dalej. Ja cię nie mogę powstrzymać przed tym co chcesz zrobić. – urwał – Tylko pytanie – rzeczywiście tego chcesz?
– Gówno wiesz! – wrzasnęła.
– Jasne, bo mi nic podobnego się nie przytrafiło.
Nie odpowiedziała.
– Nie tylko ty zostałaś sama. Chociaż ja to wcale nie miałem rodziny. Ale i tak zrobiło się pusto, gdy wszyscy zniknęli.
Nie chciał za bardzo wgłębiać się w to, co przeżył. Nie tutaj. Musiał mieć się na baczności, bo o jeden krok za daleko i się nie pozbiera.
Nie odzywał się. Czekał. Nie patrzyła na niego, wlepiła wzrok w abstrakcyjną fotografię – kilka plam pozbawione ostrości w odcieniu indygo.
– To czego ty właściwie ode mnie chcesz?
– W sumie to przywitać

9




się.
– I tyle?
– Tyle.
– No to możesz już spadać. Przywitałeś się, zbieraj manatki.
– Nie dasz odsapnąć staremu człowiekowi? Tyle się już nachodziłem, że nóg nie czuję. Chcesz? – wyciągnął w jej stronę paczkę ciastek.
Dziewczyna tylko pokręciła głową, wyglądała na speszoną. Ewidentnie nie wiedziała co powiedzieć i jak się zachować. Po chwili zdecydowała się usiąść na jednym z mało wygodnych krzeseł. Wlepiła wzrok w niego, a jej twarz przybrała nieodgadniony wyraz.
Choć paliła go ciekawość, nie wypytywał. Zachowywał się, jakby jej nie było, zawiesił wzrok na jakimś punkcie w oddali i czekał.
– Nie mam już po co żyć – usłyszał po dłuższej chwili.
– A dlaczegóż to?
– Jeszcze się pytasz – żachnęła się dziewczyna. – Nie ma tu już nikogo. Zniknęli.
– Jestem ja, jesteś ty. Może gdzieś daleko jest jeszcze ktoś. Może nawet twoi rodzice.
– Nie! Oni na pewno nie żyją. Inaczej dawno by mnie znaleźli.
– Jeżeli wszyscy wieszaliby się z powodu śmierci bliskich, na świecie od dawna nie miałby kto produkować lin na stryczki. Sama widzisz, że to nie ma sensu.
– Ale ja nie wiem co

10




robić. Ciągle tylko czekam w tych czterech ścianach, aż wrócą. Aż ktokolwiek wróci. Zamiast nich przyszedłeś ty.
– No masz ci los. Starego dziada ci przysłał. – Zaśmiał się. Ów epitet pozostawił mu na języku gorzki posmak. Wiedział, że dziewczyna faktycznie tak myśli To nie było jednak teraz ważne.
– Na mnie już czas – mruknął gramoląc się z podłogi. Niezgrabnie wstał, podtrzymał się ściany nim złapał jako taką równowagę i dopiero wtedy zobaczył, że dziewczyna gapi się na niego. Wyglądała jakby biła się z własnymi myślami. Żadna na razie nie wygrała.
– Jakby co, mówili na mnie Stanisław.
Obrócił się nie patrząc na nią i wyszedł z mieszkania. Gdy opuszczał klatkę schodową, przystanął na chwilę i spojrzał na okno na pierwszym piętrze, i na korytarz, w którym jeszcze paliło się światło. Za chwilę żarówki i tu miały zgasnąć.
Westchnął. Zaczął się oddalać za światłami, które mamiły go obietnicą znalezienia człowieka. Nie widział, że jego śladem ruszyła niepewnie drobna postać owinięta kocem w białe grochy.

11




Wyrazy: Znaki: