Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 88
Dzisiaj w pracowni: 2
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Diamentowa korona. Rozdział 3 i 4ikonka kopiowania

Autor: Albi twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Kraina Krasnoludów

Diaxemin na początku ze strachem, później już coraz śmielej, spoglądała w dół i nie mogła przestać dziwić się, jak bardzo różni się jej rodzinne miasto, kiedy patrzy się na nie z powietrza. Nie miała szansy długo przyglądać się szczegółom, bo Eridor nabrał już prędkości. Widziała jednak, jak zmieniał się krajobraz pod nimi. Gęsto ustawione domy, zaludnione ulice, zaczęły ustępować miejsca chatom i licznym polom, których z każdą chwilą było coraz mniej. Kiedy minęli ostatni dom, niewielkie lasy i łąki mieszały się ze sobą. Po dłuższym czasie, księżniczka zobaczyła, jak diamentowe drzewa zostały zdominowane przez liściaste i iglaste, które widywała rzadko, gdyż oznaczało to, że zbliżają się do granicy królestwa. Znajome, białe kwiaty, kwitnące na drzewach nieprzerwalnie przez cały rok, zostawały w tyle. Poczuła lekki niepokój i mocniejsze uderzenia serca o żebra, na myśl o opuszczeniu tego miejsca. Ponieważ nie dorosła jeszcze do wieku, w którym mogła towarzyszyć rodzicom w wyprawach dyplomatycznych, jeszcze nigdy nie przekroczyła granicy Diaxlandu.
- Eridor, czy mógłbyś

1




trochę zwolnić? - poprosiła, kiedy na horyzoncie zobaczyła ciemne plamy, rozstawione równo w idealnych odstępach. Były to, wyższe od drzew, drewniane strażnice. Przez kilka sekund widziała żołnierzy, wartowników czuwających na ich szczytach. Wtuliła się w smoka jak tylko mogła, naciągając na głowę kaptur kurtki. Nie chciała, aby ktokolwiek ją zobaczył, co mogłoby wywołać alarm. Przelecieli nad nimi, wylatując nad ogromne łąki. Dalej nie rosły drzewa, aby wartownicy mieli dobry widok i w porę reagowali.
- Nie stąd przyjdzie zagrożenie – powiedziała do siebie i odwróciła głowę w stronę, z której przylecieli. Nie było już widać zamku, ale w oddali mogła dojrzeć zarysy Gór Elfich. To tam udał się potwór. - Tam zbiera siły.
Po dłuższym czasie, kiedy słońce było już dość nisko, lasy zmieniły się w gęste bory o których wspominał król. Diaxi słyszała, że nie są one puste. Poza głównym traktem niewiele było tu widać przez ciężkie korony drzew, jednak słychać było stworzenia, które go zamieszkiwały. Raz na jakiś czas mijali wioski, z domami krytymi strzechą. Wioski te, były ogrodzone i strzeżone, co nie

2




mogło znaczyć o przyjaznym nastawieniu zwierząt do mieszkańców.
- Już niedaleko, prawda?
Smok odpowiedział jej powolnym skinieniem.

     Mury miasta nie były tak starannie wzniesione, jak te, które znała ze swoich rodzinnych stron. Kamień na kamieniu, ułożone niechlujnie, zalane spoiwem, robiły wrażenie solidnych i zapewne takim właśnie był ten dziwny mur. Eridor wylądował nieopodal bramy, która po chwili otworzyła się, a zza niej wyszło trzech krasnoludów. Po ich strojach, Diaxi odgadła, że muszą to być strażnicy. Nosili skórzane, skromnie zdobione zbroje. Płaszcze sięgały im kolan. Jeden z nich, środkowy, szedł przodem, na plecach miał zarzucony topór. Pozostali po jego bokach, trzymali długie do ziemi tarcze i również byli uzbrojeni. Nielewe mogła wyczytać z ich twarzy, ponieważ hełmy i brody, skutecznie ukrywały ich oblicza. Diaxi czuła, że nie jest w stanie zrobić kroku w ich stronę. Nie wystarczyło jej odwagi.
- Kim jesteś i w jakim celu tu przybyłaś? - zapytał pierwszy z nich.
- Ja.. Jestem tutaj… To znaczy… - Nie mogła się skupić, nie potrafiła wykrztusić żadnego sensownego zdania. Poczuła jak traci całą

3




odwagę, a pot na czole zdradzał jej położenie. Krasnolud, przestępował z nogi na nogę, nie kryjąc zniecierpliwienia. Przyglądał się z niepokojem na smoka, stojącego za plecami Diaxi. Kiedy Erideor poruszył się, pozostali dwaj przyjęli pozycje obronne i popatrzyli na swojego dowódcę. Diaxemin, pamiętając o ostrzeżeniach Irwina, szybko zebrała się na odwagę i postanowiła działać.
- Nie bójcie się, przybywamy po pomoc, nie po to, by walczyć – powiedziała donośnym i stanowczym głosem.
Krasnoludy popatrzyły po sobie i w tej samej chwili, wszyscy trzej wybuchnęli głośnym śmiechem. Diaxi stała zmieszana, nie rozumiejąc ich reakcji.
- Co was tak śmieszy? - zapytała zaskoczona.
Dowódca nie odpowiedział, nadal śmiejąc się, pokręcił tylko głową z niedowierzaniem. Po kilku chwilach mężczyźni uspokoili się, a dowódca zapytał:
- Myślisz, że boimy się tutaj dzieci? I to dziewczynek? Może i jesteśmy twojego wzrostu, ale jesteśmy silni i niezrównani w walce – powiedział triumfalnie.
- W to nie wątpię – powiedziała i poczuła, że traci czas, który jest tak bardzo cenny. - Jestem Diaxemin, córka króla Daxegona,

4




księżniczka elfów.
Na te słowa gospodarze popatrzyli na nią otwierając szeroko oczy ze zdziwienia, przypatrywali się jej, aby za chwilę znów wybuchnąć śmiechem. Dziewczyna zaczynała tracić cierpliwość, karcąc się w myślach za to, że nie przygotowała się lepiej do tego spotkania. Niewiele wiedząc o Krasnoludzkich zwyczajach, traciła czas i energię na rozmowę, która ani trochę nie przybliżała jej do wykonania zadania.
- Prowadźcie mnie do swojego władcy – rozkazała, wkładając w te słowa całe zaangażowanie. Wiedziała, że musi zrobić coś, co ich zaskoczy, żeby zdobyć ich szacunek. – Chyba że, mam wrócić do doliny z pustymi rękami i informacją, że krasnoludzki lud odmówił przyjęcia elfickiej księżniczki, co mogłoby nieco osłabić dobre kontakty między naszymi narodami. Chyba nie chcemy spalonej jednej, czy dwóch wiosek? - powtórzyła słowa Irwina, wskazując dłonią na Eridora, który na te słowa podniósł do góry głowę i wypuścił z nosa dym, okazując swoją gotowość.
Strażnicy szybko stracili ochotę do dalszych żartów, zaczęli oceniać wzrokiem smoka i dziewczynę. Ich pewność siebie

5




zmalała.
- Skąd mamy wiedzieć, że jesteś tą za którą się podajesz? - zapytał z rezerwą dowódca.
- Prowadź do swojego pana, a ja udowodnię przed nim, kim jestem. - Widząc, że zdobyła lepszą pozycję, dodała – Przecież nie boicie się tutaj małych dziewczynek, prawda?
Pozostali dwaj patrzyli na najstarszego i czekali na jego reakcję. Ten po chwili zastanowienia dodał tylko:
- Smok zostaje tutaj. Chodź za mną. - Nie czekając na jej odpowiedź, odwrócił się i ruszył w stronę bramy.
Eridor ruszył z miejsca, nie chcąc się rozdzielać, lecz ona wskazała mu ręką, aby został.
- Dziewczyn się nie boją, ale ciebie tak Eridorze. Czekaj tu na mnie i nie ruszaj się stąd – rozkazała i poszła w ślad za strażnikami. Smok mimo niezadowolenia, usiadł na drodze wykonując polecenie.

     Po przekroczeniu bramy miasta, została zaskoczona mnogością dźwięków i kolorów. Główny trakt obstawiony był kramami i wozami obwoźnych sprzedawców. Szła za dowódcą strażników, a pozostali dwaj, otaczali ją z obydwu stron. Rozglądała się starając zobaczyć jak najwięcej w tym nowym miejscu. Było dość późno jak dla handlarzy, dlatego nie

6




musieli przedzierać się przez tłumy. Część straganów była już zamykana, niektórzy zbierali swoje towary na wozy. Jednak to co jeszcze mogła zobaczyć, różniło się znacznie od tego co widziała wśród elfów. Tutaj dominowały stoiska z ciężką bronią, tarczami i strojami z twardych, grubych skór. Gdzieniegdzie widziała drewniane i kamienne ozdoby, coś na wzór biżuterii, tylko znacznie masywniejszej od elfckiej. Idąc dalej, szeroką, brukowaną drogą prowadzącą do zamku, zobaczyła, krasnoludzkie kobiety stłoczone i przeciskające się do jednego z wozów. Przyjezdny handlarz, miał coś, co wzbudzało ich szczególne zainteresowanie. Kiedy znaleźli się bliżej, zorientowała się, że na szerokim, rozkładanym blacie wozu, leżą znajome towary. Szybko naciągnęła na głowę kaptur i starała się iść równo ze strażnikiem, aby handlarz z Kryształowej doliny nie zauważył jej. Większość towarów została już wykupiona, ale zauważyła jeszcze reszki prosa i pszenicy z rodzimych pól. Kobiety tłoczyły się przy pozostałych resztkach biżuterii i kolorowych tkaninach, które handlarz przywiózł ze sobą.
Szli wciąż pod górę,

7




zbliżając się do bramy zamku, przed którą już zatrzymał się pierwszy z krasnoludów. Usłyszała jego rozmowę ze strażnikiem przy bramie, jednak nic nie rozumiała. Kiedy skończyli konwersację, wszyscy zostali przepuszczeni.
- Czekaj – powiedział i wszedł do środka pozornie niewielkiego zamku. Została na zewnątrz, bacznie obserwowana przez strażników przy wrotach oraz tych, którzy ją tu przyprowadzili. Zdjęła kaptur i zaczęła oceniać wielkość budowli. Nie przypominała ona w niczym diamentowego pałacu. Tak jak mur zewnętrzny, tak i ten budynek, wzniesiony na zboczu góry, pod którą podchodzili wędrując drogą przez bazar, wyglądał na masywny, bardzo odporny i stworzony trochę niechlujnie. Jenak Diaxemin była zaskoczona jego rozmiarami. Miała przed sobą drzwi, od których odchodziły mury w obydwie strony. Na ich końcach, wzniesione zostały wierze. Typowy zamek, jednak tylko od strony frontowej. Dalej po kilu metrach, kończył się jakby wczepiony w kamień. Diaxi zrozumiała, że musiał on być wyryty w skale, co uniemożliwiało ocenę jego wielkości.
Z zamyślenia o tym, co kryje ta forteca, wyrwał ją głos dowódcy:
- Król cię

8




przyjmie – rzekł i ruszył w stronę wejścia.
Diaxi szybko nadrabiając kroki, ruszyła za nim. Szli wysokimi korytarzami, oświetlanymi przez pochodnie. Wchodzili w głąb góry, aby w końcu dotrzeć do sali tronowej. Pomieszczenie nie było duże, to kolejna różnica jaką zauważyła. Jak dotąd, jako jedyne różniło się wyglądem. W prawdzie sala nie była zdobiona, ani zbyt elegancka, za to mocno oświetlona, co dawało poczucie przytulności. W bocznych nawach stały długie drewniane stoły z surowymi ławami bez oparć. Gotowe w każdej chwili przyjąć większą ilość gości. Diaxemin pomyślała, że wypełniona po brzegi sala musiała być dość ciasna dla biesiadników. Jednak jak widać, nie przeszkadzało to krasnoludom. Na końcu pomieszczenia, na kamiennym tronie, wyrzeźbionym z jednego kawałka skały, siedział postawny mężczyzna. Jego siwe włosy zlewały się z brodą tego samego koloru. Sama broda, jeszcze dłuższa, niż pozostałych krasnoludów, była fantazyjnie uczesana. Szeregi węzłów, podobnych do warkoczy, poprzeplatanych w sposób, jakiego nigdy nie widziała, kojarzył jej się z sieciami rybackimi, ale węzły były bardziej

9




skomplikowane niż te w sieci. Poza tym szczegółem, władca nie różnił się praktycznie niczym od swoich poddanych.
- Oto Hargard Kandaris III. Król, przewodnik i mędrzec Kranoludzkiego ludu. Władca Gór Wysokich – dowódca przedstawił swego pana i wycofał się pod pobliski filar.
- Dziękuję Gosarze. – powiedział król i zwrócił się do księżniczki – Co cię do nas sprowadza? Gosar powiedział mi, że przedstawiłaś się jako księżniczka elfów.
- Tak, jestem Diaxemin, córka króla Daxegona, władcy elfów. Przybyłam w te strony po popiół Feniksa – odpowiedziała, kłaniając się nisko.
Król Hargard wydawał się bardzo zaskoczony tym, co właśnie usłyszał.
- Dziecko, ile ty masz lat? Czy masz pojęcie o co prosisz? Czy wiesz w jaki sposób go zdobyć? Przede wszystkim jednak, dlaczego król Daxegon miałby wysłać po popiół jedyną córkę, a nie któregoś ze swoich rycerzy? Miałby większe szanse – mówiąc ostatnie zdanie, zaśmiał się szyderczo patrząc na niewielką postać Diaxemin – wielu z moich żołnierzy nie chciałoby iść tam z własnej woli.
Księżniczka poczuła, że nie jest brana na poważnie. Wyprostowała

10




się i z największą stanowczością, ale również z rozdrażnieniem przemówiła do krasnoluda.
- Z całym szacunkiem Panie, ale poniżanie mnie, dużo bardziej pasowało twoim strażnikom. Nie wiem jakie macie tu zwyczaje, ale nadal uważam, że drwina z gościa, nie przystoi do twojej pozycji. Przybywam tutaj, z własnej woli, ojciec zaakceptował moją decyzję. Aby to potwierdzić mam ze sobą jego pieczęć – mówiąc to, zdjęła z ramienia plecak i bez wahania wyjęła z niego drewniane pudełko. Gdy je otworzyła, zgromadzeni w sali tronowej ujrzeli owalny kształt ułożony na czerwonym materiale, w idealnie pasującym do niego wgłębieniu. Dziewczyna podeszła do Hargarda i wręczyła mu pieczęć. Król wyjął ją, ocenił i oddał Diaxemin. Zauważył również herb na jej kurtce.
- Dobrze więc, niech tak będzie – powiedział, prostując się na tronie. – Co jest tak pilne, że musiałaś przybyć tu na smoku, o którym donieśli mi strażnicy z wieży?
- Elfy są w niebezpieczeństwie, popiół jest mi potrzebny do ocalenia bliskiej mi osoby i całego ludu. Muszę się spieszyć, ponieważ to nie jest jedyna rzecz, której potrzebuję, a czasu mam

11




niewiele. Nie mogę pozwolić na rozlew krwi w moim królestwie, dlatego zmuszona jestem prosić was o pomoc w zdobyciu niezbędnego składnika do eliksiru... – nie zdążyła powiedzieć więcej, gdyż król przerwał jej machnięciem ręki.
- Dość, nie mów dalej. Z tego co słyszę, chodzi tu o jakąś magię, a my nie chcemy mieć z nią do czynienia, trzymamy się z dala od zaklęć czarownic i magów. Jednak widzę, że jesteś odważna i zdeterminowana, a co ważniejsze, zależy ci na poddanych. To dobra cecha władcy, szanuję to i doceniam. Mimo młodego wieku, nie lękasz się, a może to przez brak wiedzy? Tak czy inaczej, pomożemy ci, jednak musisz wiedzieć, że nie posiadamy w zamku popiołu Feniksa, nie jest nam do niczego potrzebny. Trzeba iść po niego w góry i zdobyć go bezpośrednio z ich gniazd. To nie jest łatwa wyprawa, potrzebujesz przewodnika i odpowiedniego sprzętu.
- O sprzęt proszę się nie martwić, mam co mi potrzeba. Dodatkowo Eridor – smok pomoże mi dotrzeć w góry – powiedziała pewna siebie.
- Niewiele wiesz o naszych górach droga księżniczko – odrzekł król. - Możesz polecieć na smoku, ale nie znajdziesz wtedy żadnego

12




Feniksa, spłoszą się.
Król wstał ze swojego tronu i stanął twarzą w twarz z Diaxemin.
- Na razie idzie noc, więc i tak nic dzisiaj nie zdziałasz. Wprowadź swojego smoka na dziedziniec, niech tam czeka do rana. Tymczasem Myrtha odprowadzi cię do komnat gościnnych, gdzie odpoczniesz. - Wskazał ręką w stronę kobiety, która chwilę wcześniej weszła do sali. Krasnoludka skinęła głową w stronę Diaxemin.
Księżniczka udała się do Eridora, który nie był zadowolony z tego, że nie będzie miał jej na oku, ale posłusznie wykonał polecenie, a Diaxi podążyła za Myrthą. Idąc monotonnymi korytarzami zamku, przyglądała się kobiecie. Krasnoludka była tej samej postury co mężczyźni i gdyby nie długa brązowa, gruba suknia, nie odróżniłaby idącej przed nią postaci. W prawdzie kobiety nie posiadały bród, jednak ich uroda była dość surowa.
Leżąc na łóżku, zbitym z surowego drewna, patrzyła w płomień świecy, rozmyślając o tym, co czeka ją jutro. Stojąc przed obliczem króla krasnoludów, była pewna siebie, wiedziała czego chce i co musi zrobić. Nie brała pod uwagę trudności czy porażki. Teraz myślała jednak o swoim

13




zadaniu i nie czuła się już tak pewnie. Miała nadzieję, że wszelkie obawy miną do rana, a ona wstanie silna i gotowa do drogi.
- Zrobię co będzie trzeba Kristal, obym cię nie zawiodła – wyszeptała jak modlitwę, z zamkniętymi już oczami.

     Szła korytarzem zamku króla Hargarda. Było ciemno, a ona nie wiedziała gdzie jest. Trzymała w ręku lampę, w której z każdym jej krokiem słychać było chlupot nafty.
- Myrtha? - zawołała za postacią, która szła daleko przed nią.
Postać ta, na dźwięk jej słów, skręciła nagle w lewo. Diaxemin przyspieszyła kroku i ruszyła w jej ślady. Nie chciała się zgubić, a kobieta była jej jedynym przewodnikiem w tym obcym miejscu. Za zakrętem zauważyła, że oddalała się coraz szybciej.
- Myrtha, zaczekaj na mnie! - krzyknęła, a ta, znów skręciła.
Dziewczyna już prawie biegła, widziała coraz szybciej migające obok pochodnie wiszące na ścianach, które niestety nie dawały zbyt dużego oświetlenia. Czarny kamień skały w której wykute były korytarze, pochłaniał każdy promień. Diaxi podbiegła za zakręt w który skręciła kobieta i zawołała:
- Myrtha!
Nagle za zakrętem, na końcu

14




długiego korytarza, zobaczyła postać, stojącą przodem, patrzącą wprost na nią. W ciemności nie mogła dostrzec jej twarzy, jednak postać zaczęła się do niej zbliżać i po kilku chwilach Diaxi zorientowała się, że nie patrzy na Myrthę lecz na demona, który porwał Kristal. Chciała natychmiast uciekać, ale kiedy się odwróciła, okazało się, że tam gdzie był korytarz, jest teraz ściana, a ona sama została uwięziona. Była przerażona, czuła jak waliło jej serce, a nogi odmawiały posłuszeństwa. Potwór zbliżał się i przemówił:
- Wracaj. Wracaj skąd przyszłaś, bo i tak nic nie zdziałasz. Jesteś słaba, mała i nic nieznacząca – powiedział, ciągle się zbliżając. Diaxemin nie mogła mówić, z trudem, panicznie łapała powietrze.
- Nie powstrzymasz mnie – kontynuowała kreatura – nie poradzisz sobie, ani jutro, ani nigdy! - Była już na wyciągnięcie ręki, gdy nagle doskoczyła na kilka centymetrów przed twarz Diaxemin, przyciśniętej plecami do ściany i wyszeptała patrząc ciemnymi oczami wprost w przerażone oczy dziewczyny – Ona już nie istnieje.

     Głośne trzaśnięcie skobla w drzwiach, obudziło ją raptownie.

15




Usiadła na łóżku wciągając łapczywie powietrze w płuca. Przed oczami nadal miała przerażającą twarz demona. Rozejrzała się szybko po pomieszczeniu i przypomniała sobie gdzie jest. W wejściu stała Myrtha ze śniadaniem.
- Nie pytam jak spałaś, bo widzę, że kiepsko – rzekła kobieta, podchodząc kolejno do lamp olejowych i rozpalając je.
Diaxemin jedynie pokiwała głową na potwierdzenie. Nadal nie mogła uspokoić rozkołatanego serca.

     Feniks

     Po krótkiej toalecie, stała ponownie w komnacie tronowej, gotowa do wyprawy. Zdążyła jeszcze zajrzeć do Eridora, który musiał nadal czekać na nią na dziedzińcu.
- W góry pójdziesz z Gosarem, będzie ci przewodził i przez wzgląd na dobre stosunki między naszymi nacjami, pomoże ci zdobyć popiół. Idzie z tobą z własnej woli, nie z rozkazu. Miej to na uwadze – powiedział król Hargard patrząc na nią bacznie.
Diaxemin nie ukrywała zdziwienia. Dzień wcześniej, Gosar wyraźnie nie brał jej na poważnie, drwił z jej zamiarów. Bardzo ciekawiło ją skąd ta zmiana.
- Dziękuję Gosarze. - Diaxemin popatrzyła w jego kierunku, on jednak odwrócił wzrok i tylko wymamrotał coś pod

16




nosem, nieznanym jej języku. Nie był rozmownym towarzyszem, ale była mu wdzięczna, że nie idzie w góry zupełnie sama.
Ruszyli do wyjścia z sali tronowej, a król odprowadzał ich niespokojnym wzrokiem.

     Szli krętymi, wąskimi schodami w głąb góry. Diaxi zdążyła poczuć zmęczenie w chwili, w której w końcu ujrzała ich szczyt. Stanęli w obszernej komorze, na końcu której zauważyła niewielkie, dość nietypowe pomieszczenie. Drewniana konstrukcja nie przypominała jej niczego, co by już wcześniej widziała. Zatrzymała się i rozejrzała, jedyne wyjście prowadziło na dół, skąd przyszli, przed nią stała tylko drewniana konstrukcja, przypominająca szafę. Jednak ta szafa, była wzmocniona metalowymi wspornikami i obejmami. Miała grubą podłogę, zabezpieczoną w podobny sposób. Kiedy spojrzała na górę tej konstrukcji, zobaczyła grube liny. Podążała za nimi wzrokiem, a te, znikały w zupełnie ciemnej, czarnej otchłani, wykutej w suficie. Popatrzyła na Gosara, nie ukrywając zaskoczenia, ale on tylko wzruszył niecierpliwie ramionami i ruszył w kierunku tego dziwnego tworu. Kiedy otworzył skrzypiące drzwi, zobaczyła, że w środku jest

17




zupełnie pusto. Krasnolud sprawnym, szybkim ruchem, uwolnił dźwignię pod sufitem, opuszczając wiszącą latarenkę. Korzystając ze znajdujących się w jaskini pochodni, rozpalił światło i zapraszającym gestem, wskazał księżniczce, wnętrze tej dziwnej konstrukcji. Niepewnym, wolnym krokiem przeszła przez próg i stanęła w rogu obserwując Gosara zamykającego za nimi drzwi. Po drugiej stronie od lampy, zwolnił zawias w suficie i wysunął się z niego dzwonek, wraz z przymocowaną do niego linką. Kiedy zadzwonił w niego kilkukrotnie, czekali dłuższą chwilę, aż w końcu usłyszeli jak gdzieś na górze, ktoś dmie w róg.
- Trzymaj się – powiedział niewyraźnie i jakby od niechcenia.
Kiedy konstrukcja się poruszyła, szarpnięcie zaskoczyło Diaxemin tak bardzo, że wydała z siebie krótkio krzyk zaskoczenia. Gosar zaśmiał się pobłażliwie, a ona zauważyła, że nadal nie traktuje jej poważnie. Tym bardziej wzmogła się jej ciekawość, dlaczego właściwie zechciał jej towarzyszyć. Była zaskoczona, ale zrozumiała, że zaczęli się unosić w głąb otworu w suficie. Patrząc na niewielkie rozmiary urządzenia, zauważyła że dorosły elf

18




musiałby spędzić całą tę podróż zgięty w pół. Sufit znajdował się jakieś 30 centymetrów nad jej głową. Nie czuła się komfortowo w małym pomieszczeniu, a myśl, że zwisają na linach nie pomagała.
- Gosarze, dziękuję ci za towarzystwo, moje szanse na powodzenie misji znacznie wzrosły dzięki tobie – Diaxi próbowała nawiązać konwersację, jednak bez skutku. Gosar znów tylko popatrzył na nią przelotnie. - Chociaż nie należysz do rozmownych, to i tak cieszy mnie twoja obecność. Chciałabym jednak zapytać cię, czemu zdecydowałeś się na tę wyprawę. Przecież nie potrzebujecie popiołu, a ty sam nie ukrywasz, że nie widzisz we mnie godnego towarzysza. Nie dajesz mi większych szans prawda? – zapytała.
Gosar nie odpowiadał przez dłuższą chwilę, już myślała, że zlekceważy jej pytanie, kiedy odwrócił się w jej stronę.
- Jesteś uparta – powiedział charakterystycznym dla siebie tonem, jakby od niechcenia, cedząc słowa przez gęste wąsy i brodę.
- I to wszystko? - zapytała zdziwiona – Pomagasz mi, bo jestem uparta? - Dziewczyna nie rozumiała jego pobudek, nie mogła tego rozszyfrować. Krasnolud znowu stanął do

19




niej bokiem, pokazując jej wyraźnie, że rozmowa jest zakończona.
Resztę długiej podróży spędzili w ciszy, którą Diaxi przerwała tylko raz, stwierdzając, że ten wynalazek powinien być wyposażony w krzesła, czego Gosar nie skomentował w żaden sposób.
Po wielu minutach, poczuli lekki powiew świeżego, górskiego powietrza. To był znak, który rozpoznała nawet Diaxi. Wiedziała, że już niedaleko.
- Trzymaj się – powtórzył drugi raz Gosar.
Diaxemin tym razem od razu go posłuchała, nie ryzykując upadku. Zatrzymali się z hukiem, uderzając o coś sufitem. Gosar odczekał chwilę i otworzył szeroko drzwi. Diaxemin zaparło dech w piersi. Patrzyła wprost na bezkresną panoramę, jaka rozpościerała się z położonego wysoko stanowiska obserwacyjnego. Doskonale widziała stąd cały bór otaczający miasto, którego z tej wysokości nie mogła dojrzeć. Wyszła na solidny, zadaszony, drewniany pomost okalający skalne zbocze i w tym samym momencie poczuła silniejszy podmuch. Zachwiała się i w panice złapała za grubą barierę, oddzielającą ją od przepaści.
- Chodźmy – powiedział Gosar i ruszył przed siebie.
Weszli do niewielkiej

20




strażnicy, a wartownicy nie zwrócili na nich uwagi, nie oderwali wzroku od patrolowanego terenu, który obserwowali przez cienkie otwory w ścianie. Po drugiej stronie pomieszczenia, wyszli na górską, wąską ścieżkę. Gosar szedł przodem, sprawdzając szlak. Wędrówka nie należała do łatwych, na drodze którą podążali, leżało dużo mniejszych i większych kamieni. Potknięcie się o któryś z nich, mogłoby skończyć się skręceniem kostki, lub w najgorszym razie, śmiercią po sturlaniu się ze zbocza. Na tej wysokości, nie rosły już drzewa, ani krzewy, byli więc wystawieni na bezpośrednie działanie wiatru, który potrafił zaskakiwać w najmniej odpowiedniej chwili. Diaxi nie patrzyła za siebie, skupiła wzrok na drodze i parła do przodu. Patrząc pod nogi w skupieniu liczyła kroki, dla zabicia czasu, jednak kiedy przekroczyła tysiąc, przestała. Podniosła wzrok i zauważyła, że skała zwęża się, a przed nimi wyrasta ściana. Popatrzyła w górę, aby zobaczyć dokąd prowadzi. Stała dłuższą chwilę, wpatrując się w jej szczyt, gdyż zauważyła, daleko w górze, ruch.
- To one? - zapytała szeptem.
- Tak. Jesteśmy blisko, – Gosar

21




zatrzymał się i odwrócił do Diaxi – dlatego zapamiętaj zasady. Nie odzywasz się, ani nie wydajesz dźwięków, dopóki nie będzie to potrzebne, aby ratować ci życie. Porozumiewamy się prostymi, jasnymi znakami. Na szczycie, w ścianie skały znajdują się półki, w których znajdziemy gniazdo, jeśli będziemy mieli szczęście, będzie ich kilka. Ściana nie jest pionowa, dzięki czemu możemy się wspiąć, bez wbijania w nią kołków, to spłoszyłoby ptaki. Idziemy bez zabezpieczenia, uważaj więc gdzie stawiasz nogi i za co łapiesz, jeśli trafisz na ruchomy odłamek, lecisz w dół, jeśli puścisz się skały, lecisz w dół.
- Rozumiem, rozumiem – powiedziała, stresując się czekającą ich wspinaczką, jednocześnie zaskoczona ilością słów, jakie wypowiedział do niej Gosar. - W gnieździe znajdziemy popiół? - zapytała.
- Owszem. Jeśli tylko dopisze nam szczęście i któryś z ptaków będzie akurat umierał. Po spłonięciu, potrzeba trzech dni, aby z popiołów odrodził się ponownie. W tym czasie, możemy zabrać niewielką ilość popiołu. W co go zbierzesz? - zapytał.
Diaxemin zamyśliła się, zaskoczona pytaniem, aby zaraz

22




przypomnieć sobie o plecaku. Zdjęła go z pleców i wyjęła z niego szary, malutki, materiałowy woreczek, wiązany sznurkiem, umieściła go w kieszeni kurtki. Po czym zajrzała ponownie do swojego wyposażenia i znalazła parę smoczych rękawic, idealnych do wspinaczki. Wkładając je szybko na dłonie odważyła się jeszcze na zaczepienie Gosara.
- Zrobiłeś się bardziej rozmowny niż wcześniej – powiedziała, uśmiechając się do niego szeroko. Zaskoczony krasnolud pokręcił głową i ruszył przed siebie, podejmując wspinaczkę.
Diaxi z szybko bijącym sercem obrzuciła skałę przelotnym spojrzeniem i postanowiła skupić się na podejściu tak, jak skupiała się wcześniej na omijaniu kamieni na szlaku. Nie było łatwo, już po kilku minutach poczuła, że niewprawione we wspinaczce ręce, zaczynają boleć. Jednak nie było odwrotu, przypominając sobie o celu, przywołała w myślach twarz Kristal. Zatrzymała się, aby złapać oddech i popatrzyła w górę, gdzie niestrudzenie wspinał się Gosar. Wyczuł lub zauważył jej zawahanie, bo w tym samym momencie spojrzał w dół. Kiwnął głową i rozejrzał się w obie strony. Wskazał palcem na

23




wgłębienie w skale, do którego się skierował. Podążyła za nim i po kilku chwilach dotarła w to miejsce, aby odpocząć. Krasnolud wyszeptał:
- Jeszcze daleko, to dopiero ćwierć drogi. Poradzisz sobie? - zapytał z troską.
- Tak, tylko chwilę odpoczną mi ręce. - szepnęła rozcierając zmęczone kończyny.
Dalej podejście było łatwiejsze, mniej strome, dzięki czemu poruszali się sprawnie i szybko. Księżniczka zatrzymała się już tylko raz, na krótką chwilę. Dotarli do wysokich partii góry, a na twarzy poczuła chłodny oddech zimna. Jej strój, dawał ochłodę w upał a teraz świetnie sprawdzał się kiedy potrzebowała ciepła. Zaciągnęła kaptur na głowę i dotarli na miejsce, które było wystarczająco duże dla Feniksów. Usiedli na półce poniżej i czekali, ale w okolicy nie było widać żadnego ptaka. Zaniepokojona popatrzyła na Gosara, a ten gestem dłoni pokazał jej, aby się nie martwiła. Wyglądał na pewnego siebie i miała wrażenie, że był również pewien, że niedługo pojawi się Feniks. Czekając prawie bez ruchu, przypominała sobie co kiedyś słyszała o tych pięknych ptakach. Wiedziała, że śmierć jest wpisana

24




jakoby w ich życie, ponieważ dojrzewając, umierają, aby odrodzić się silniejszymi i piękniejszymi. Pamiętała rysunki z książek, na których przedstawione były te stworzenia. Szeroko rozstawione, czerwone skrzydła, z długimi grubymi piórami, układającymi się w pióropusz, robiły majestatyczne wrażenie. Do tego złote szpony i dziób, a nad nim mądre złote oczy, dodawały im szlachetności. Jednak cechą wyróżniającą je od innych ptaków, był ogon z piór. Był tak długi, jak sam ptak. Nigdy nie widziała jednak żadnego Feniksa na żywo, gdyż są one samotnikami i bardzo rzadko przebywają w towarzystwie innych stworzeń. Dlatego czekała niecierpliwie i z ogromnym przejęciem na chwilę w której się pojawi.
Wtuliła się w zagłębienie ściany, a zmęczenie wspinaczką i ta kojąca cisza, spowodowało, że usnęła.
Obudziło ją delikatne szturchnięcie, a kiedy otworzyła oczy, zobaczyła przed sobą Gosara, pokazującego jej, żeby była cicho. Bez ruchu, podniosła wzrok w stronę gniazda, które było puste. Popatrzyła pytająco na swojego przewodnika, a ten bardzo wolno i dyskretnie wskazał palcem w niebo, po czym przyłożył go do ust. W

25




tym samym momencie, nad ich głowami przeleciał cień. Diaxemin, wiedziała, że te ptaki, są duże a średnica skrzydeł może sięgać nawet trzech metrów, jednak i tak była zaskoczona. Wstrzymała oddech, gdy ponownie, robiąc kolejne koło nad gniazdem, przeleciał nad nimi. Szelest piór i głośny skrzek, który wydał z siebie, tworzyły niesamowitą, wręcz wzniosłą atmosferę. Przy trzecim podejściu, zawisł na chwilę nad gniazdem, aby ostatecznie usiąść w nim. Zanim złożył skrzydła, Diaxemin zdążyła zauważyć, że nie są one tak idealne jak na obrazach. Pióra były postrzępione, niektórych brakowało. Na brzuchu miał łyse miejsca, gdzie wyłaniała się różowa skóra. Była bardzo zawiedziona tym widokiem, nie tego oczekiwała. Jego wzrok był niewyraźny, a oczy nie mieniły się złotem. Porywisty wiatr szarpał co chwila marne resztki opierzenia na czubku głowy. Wpatrywała się w mizerną i wyniszczoną istotę, która bardziej od podziwu, wzbudzała litość i żal. Zawodzące skrzeczenie w połączeniu z chudym, drżącym ciałem odejmowało mu wszelki majestat, jakiego się spodziewała. Diaxemin było przykro, współczuła Feniksowi

26




widząc w jakim jest stanie.
Ptak wydawał krótkie, smutne skrzeki, od których przechodziły ją dreszcze. Kulił się i prostował, zbierał rozrzucone wokół gniazda patyki i wtykał je po kolei w konstrukcję, wypełniając ubytki. Przy każdym ruchu, postrzępione i nierówne pióra, odsłaniały skórę.
Kiedy uznał, że gniazdo jest naprawione, rozprostował swoje ogromne skrzydła i wyciągnął w górę długą szyję, wznosząc dziób do nieba.
W tym samym momencie Gosar szybko wskazał Diaxemin, aby szczelnie zasłoniła uszy, zrobiła co jej kazał, jednak nie na wiele się to zdało. Mimo dużej siły z jaką dociskała ręce do skroni, krzyk jaki wydał z siebie ptak, powodował ból uszu i drżenie całego ciała. Feniks oznajmiał niebu swój koniec i nowy początek. Widać było, że ten głośny wrzask wydobywa się jakby z całego jego ciała, które naprężał i wysilał przed każdym skrzekiem. Drżał. Skulił się ponownie, a wtedy Diaxi rozluźniła uścisk rąk, jednak tylko na chwilę, gdyż zauważyła, że Feniks zbiera w sobie całą swą siłę i podnosząc głowę powoli znad krawędzi gniazda, wciąga powietrze. Ostatni krzyk Feniksa był inny.

27




Wzniósł łeb w skupieniu, zbierając całą siłę jaka mu pozostała,aby wydobyć z siebie melodyjny, najgłośniejszy okrzyk własnej śmierci. Nie był zawodzący i smutny jak poprzednie. Tak, jakby były tylko treningiem przed ostatnią pieśnią umierającego ptaka. Było naprawdę głośno. Ze skały nad głowami obserwujących ten spektakl, posypały się małe kamyczki, których ostre krawędzie raniły niczym nieosłonięte czoło Gosara. Tymczasem ptak wznosił długi, śpiewny okrzyk jednocześnie unosząc się kilka centymetrów nad gniazdem. Diaxi nie odrywała od niego wzroku, nie zwracając uwagi na coraz większe kamienie uderzające o skały. Feniks nie poruszał wciąż rozprostowanymi skrzydłami, na krańcach których pojawiły się płomienie. Na początku były małe, jak na rozpalającej się świecy. Po czym schodziły niżej, okalając skrzydła najpierw na górze, aby finalnie rozpalić je całe. Nie było już widać postrzępionych piór, które całkowicie zniknęły pod jasnymi, żółtopomarańczowymi płomieniami. Ogień tańczył w rytm niekończącego się ptasiego śpiewu, który ucichł tylko na chwilę, kiedy zwierzę nabierało tchu, aby

28




wydać ostatni głos i rozpalić całe swoje ciało. Żar, który tlił się na końcówkach marnego ogona, rozszedł się po całym ciele i wydłużył, ukazując Feniksa w całej jego okazałości. Wzniósł się w górę, wzbijając płomienie do nieba i kończąc swój śpiew, niepodobny do niczego co znała, rozżarzył się piekącą czerwienią, którą poczuli na swej skórze. Po tym, opadł delikatnie do gniazda i złożył skrzydła. Zamieniał się w gorejący owalny kształt, z którego można było odróżnić już tylko złoty dziób, ale nawet on po kilku chwilach, zniknął. Słyszeli strzelające od ognia patyki, kiedy ptak spalał się, kurcząc w gnieździe i zamieniając się w popiół. Ogień zniknął tak samo nagle jak się pojawił, pozostawiając po sobie jedynie ulotne ciepło i dymiące resztki zwęglonych patyków.
Diaxemin i Gosar siedzieli w ciszy wpatrując się w to, co pozostało z Feniksa. Po tym głośnym i zaskakującym spektaklu, żadne z nich nie mogło się ruszyć. Dziewczyna nieświadomie, nadal trzymała ręce przy uszach i dopiero po kilku głębszych wdechach, krasnolud, równie oszołomiony, delikatnie zdjął jej ręce ze skroni.

29




Popatrzyła na jego osmoloną twarz i przetarła dłonią swój policzek. Ciemne smugi pozostały na jej palcach, jak pamiątka po tym, co przed chwilą się wydarzyło.
- Twoja kolej – rzekł przerywając ciszę.
Diaxemin nie od razu ruszyła się z miejsca, na początku wpatrywała się w Gosara, jak zahipnotyzowana.
- To… to było niesamowite – powiedziała. – Nie mówiłeś mi, że jego śmierć będzie taka głośna – dodała uśmiechając się, wciąż oszołomiona tym, co przed chwilą widziała.
- Nie wiedziałem tego. Czasami słyszymy na dole ich śpiew. Szczególnie dobrze znają go żołnierze ze strażnicy, ale o tak głośnym, słyszałem tylko z opowieści. - odpowiedział Gosar. - To oznaczać może, że ten okaz jest bardzo stary, co za tym idzie, ma w sobie wiele magi. To dobrze dla ciebie, cokolwiek zamierzasz zrobić z popiołem, możesz być pewna, że zadziała.
Diaxi ucieszyła się na te słowa i rozpromieniona, podniosła się aby dotrzeć do gniazda.
- Mam to zrobić za ciebie? - Gosar proponując pomoc również wstał.
- Nie, dziękuję. Muszę zebrać go sama, to moja misja – powiedziała wspinając się po skale.
Wyjęła z kieszeni

30




woreczek, wywinęła go na lewą stronę i włożyła do niego dłoń. Kiedy zbliżyła się do gniazda, poczuła, że jest jeszcze ciepłe. Wyciągnęła rękę i z lekkim zawahaniem, zanurzyła palce w popiele łapiąc garść, którą od razu owinęła w materiał. Szczelnie i bardzo mocno zawiązała sznurek. Ważąc w dłoni woreczek, była zaskoczona tym, że nie czuła jego ciężaru. Mimo to, popiół w gnieździe, poza wgłębieniem zrobionym jej ręką, nie poddawał się nagłym i dosyć silnym powiewom wiatru.

     Kiedy zeszli do strażnicy, wszyscy, którzy akurat nie stali na warcie podbiegli do Gosara.
- Jesteście cali? - zapytał jeden z nich – Ten był pradawny. Myśleliśmy, że spłonęliście w jego aurze. Góra drżała, a kamienie uderzały nam w dach.
- Nie tak łatwo mnie zabić. Nie gadaj, tylko ruszaj do dźwigu, trzeba nas szybko zwieźć na dół. – Odparł krótko Gosar, po czym wskazując Diaxemin drogę, powiedział – Tędy księżniczko.

     Stojąc ponownie w małym pomieszczeniu, Diaxemin analizowała w głowie wszystko co widziała. Była mocno poruszona i nadal czuła dreszcze na myśl o niesamowitym, donośnym śpiewie Feniksa.

31




Przeszywającym nie tylko uszy, ale także duszę.
- I on tak po prostu odrodzi się za trzy dni? - zapytała.
- Tak – odpowiedział Gosar. - Nie musisz się o to martwić.
- Był piękny… kiedy płonął. Mimo że na początku nie wyglądał dobrze. Nie tego się spodziewałam.
- Był stary, zmęczony i umierał, to jak miał wyglądać? Za trzy dni, również w ogniu, wstanie równie piękny i doskonały jak za każdym poprzednim i kolejnym razem. Szkoda, że tego nie zobaczysz.
- Zobaczyłam wystarczająco, aby móc to wspominać do końca życia. I tak mieliśmy dużo szczęścia, że przyleciał tak szybko i nie straciłam więcej czasu, który bardzo szybko mi ucieka. Wszystko dzięki tobie Gosarze, sama nie dałabym rady. Jeszcze raz dziękuję, że mi pomogłeś. Na początku chyba nie za bardzo mnie lubiłeś, dlatego dziękuję ci jeszcze raz. Chciałabym się jakoś odwdzięczyć.
- Nie trzeba. Poszedłem, bo mi zaimponowała twoja postawa. Mimo że jesteś młoda, to uparta i oddana swojemu ludowi. Takich przyszłych władców elfom potrzeba – odpowiedział krasnolud. - Jesteś też odważna, to dobra cecha, ale uważaj żeby odwaga nie przeszła w brawurę.

32




Szczególnie podczas tej wyprawy – dodał.
Diaxemin zastanowiła się co może zrobić dla Gosara i przypomniała sobie o plecaku. Jeśli coś tam znajdzie, to będzie to właśnie dla niego. Zdjęła plecak z ramion i zajrzała do środka. Na dnie leżał woreczek z popiołem, pudełko z pieczęcią ojca i coś jeszcze. Wyjęła pakunek. Oboje popatrzyli na kwadratowe papierowe zawiniątko, przewiązane na cztery razy szarym sznurkiem, niczym prezent urodzinowy. Księżniczka bez wahania podała je Gosarowi, lecz ten nie chciał przyjąć podarunku.
- Nie zrobiłem tego dla zapłaty – powiedział i odwrócił się od niej.
- Jeśli jest w plecaku, to znaczy, że jest dla ciebie i koniec tematu – powiedziała podsuwając mu paczkę prawie pod sama brodę – Będzie mi przykro jak nie weźmiesz.
Popatrzył na nią spod krzaczastych brwi i w końcu uległ.
Kiedy wysiedli, krasnolud otworzył zawiniątko. Widząc jego zawartość stanowczo i głośno powiedział:
- Absolutnie nie! Nie przyjmę ich, to bardzo dużo, zbyt dużo. Nie mógłbym…
Diaxemin podeszła i zobaczyła, w jego dłoni dziesięć diamentów.
- Faktycznie, hojny ten mój plecak. Jednak jeśli je

33




dostałeś, to znaczy, że ci się należą i tyle – powiedziała pozostawiając kamienie tam gdzie były i szykując się do dalszej drogi.
- Nie mogę ich wziąć – powtórzył Gosar.
Patrząc na jego reakcję, zrozumiała, że jest zbyt honorowy i dumny, aby przyjąć taką zapłatę. Musiała w jakiś sposób go przekonać. Zatrzymała się przed wejściem na schody, odwróciła do niego i powiedziała:
- Dobrze Gosarze. W takim razie zostaw je tutaj. Weźmie je ktoś inny. Skoro uważasz, że bezpieczeństwo, a nawet życie księżniczki Elfów, które pomogłeś uchronić, nie jest warte tych dziesięciu kamieni… - urwała i odwróciła się ruszając w kierunku schodów udając urazę.
- To nie tak – odezwał się krasnolud. – Oczywiście jest warte wiele więcej, ja po prostu jestem tylko żołnierzem - próbował się tłumaczyć, ale Diaxi postanowiła iść dalej. - Dobrze, dobrze… Wezmę je, przez wzgląd na szacunek do ciebie. Tylko dlatego! - powiedział i zawinął niechlujnie paczkę, chowając ją do obszernej kieszeni płaszcza.

     Po przygodach ostatniego dnia, z ulgą przyjęła fakt, iż ponownie stanęła na dziedzińcu zamku w jednym kawałku.

34




Rozglądała się, ale nigdzie nie widziała Eridora. Zostało jedynie posłanie, które przygotowały mu krasnoludy oraz resztki zwęglonego obiadu. Wychodząc z zamku mijali również pustą salę tronową.
- Gosarze, gdzie są wszyscy, gdzie jest Eridor? – zapytała czując czający się gdzieś w środku lęk. Irwin mówił, że smok będzie jej posłuszny, a ona kazała mu czekać. Gdzie odszedł? Od razu oczyma wyobraźni zobaczyła spalone miasto za murami które oddzielały ich od niego. Miała nadzieję, że nie pomyślał, tak jak żołnierze strażnicy, że stała jej się krzywda, mógłby zareagować impulsywnie.
Patrzyła na towarzysza, który musiał zobaczyć i zrozumieć jej niepokój.
- Zaczekaj tu – powiedział i ruszył przez pusty plac do bramy. Dziewczyna odniosła wrażenie, że jemu również nie spodobały się pustki, jakie tu zastali. Podszedł do wrót, które były zamknięte. Popatrzył przelotnie na Diaxemin i zanim złapał za skobel zdjął z pleców topór. Księżniczka poczuła napływający strach, spodziewała się, że będą mieli kłopoty. Ona i Eridor, cokolwiek zrobił.
- Desmun! Terhild! - krzyknął nawołując straż i

35




otwierając jedno skrzydło wysokich drzwi.
Nie wiedziała tego co on, stała pod złym kątem. Zauważyła jednak, że przyjął pozę obronną. Rozglądał się, po czym zamknął drzwi i zwrócił się do niej.
- Księżniczko, idź do sali tronowej. Za tronem skręć w lewo, znajdziesz trzy schody w dół i drewniane, wzmacniane drzwi. Zapewne będą zamknięte, wal w nie aż cię wpuszczą. To szybkie schronienie dla króla i cywili na wypadek kłopotów – ktoś tam na pewno będzie – powiedział szybko i nie czekając na jej odpowiedź, wybiegł na zewnątrz, zatrzaskując za sobą bramę.
Diaxemin stała w miejscu, nie wiedząc co robić. Nie chciała się chować, kiedy nie wiedziała co się dzieje. W duchu zaczęła się modlić do Elfickiego Boga Asuryana, żeby nie zabili Eridora oraz… żeby on nikogo nie zabił. Popatrzyła w stronę wejścia do zamku i na wrota dziedzińca za którymi kilka sekund wcześniej zniknął Gosar. Zrobiła w ich stronę kilka kroków, ale przypomniała sobie ojca, który prosił ją o rozwagę oraz słowa samego Gosara o odwadze i brawurze. Jednak widząc schronienie w zamku, widziała tchórzostwo i brak ratunku dla Eridora. Bez

36




smoka, mogłaby nadal w jakiś sposób wykonać swoje zadanie. Jeśli natomiast w głupi sposób zginie i ona, to nikt nie uratuje Kristal. Wiedziała, że musi szybko podjąć decyzję, chociaż każda jest bardzo ryzykowna.
- Bez niego, nie dotrę na czas, a on dla mnie jest w stanie zabić. Muszę to zrobić! - krzyknęła i ruszyła biegiem ku wyjściu na targ. Kiedy otworzyła jeno ze skrzydeł bramy, zobaczyła to co widział Gosar. Cały targ był zniszczony a stragany zmiecione pod budynki. Nie widziała nigdzie rannych, ani ognia, jednak i tak wyglądało to, jakby coś silnego i dużego wpadło w szał. Słyszała niewyraźne pokrzykiwania i nawoływania gdzieś w dole drogi. Nie rozglądając się więcej, zaczęła biec najszybciej jak potrafiła. Dotarła do murów miasta i nie mogła się z niego wydostać. Wybiegając przez bramę, wpadła na ścianę krasnoludów, którzy krzyczeli coś w swoim języku. Nie wiedziała co się dzieje, ale ponad ich głowami przez chwilę mignęło jej skrzydło Eridora. Odwróciła się i zobaczyła, że brama miasta jest roztrzaskana. Zaczęła przedzierać się przez tłum, który wydawał się jakby jej nie zaważał. Kiedy w

37




końcu dotarła na przód tłumu wyskoczyła z niego wprost na leśną drogę na której lądowali. Przez kilka chwil nie mogła zrozumieć na co właściwie patrzy.
Kilkadziesiąt metrów dalej, na skraju lasu leżało coś bardzo dużego. Nie mogła rozpoznać co to takiego, ale najważniejsze, że Eridor stał cały i zdrowy i nikt go nie atakował. Wręcz przeciwnie, obok smoka stał Król, do którego podchodził Gosar. Reszta żołnierzy otaczała coś, co leżało między pierwszymi drzewami boru. Czuła, że nadmiar emocji zaczyna z niej uchodzić.
- Eridor – bardziej powiedziała niż zawołała.
Obecni pod lasem nie usłyszeli jej głosu, ale nie umknął on doskonałemu słuchowi smoka, który od razu odwrócił się i nie minęła sekunda, jak wzbił się w górę i usiadł obok niej.
- Jesteś cały – powiedziała głaszcząc smoka po szyi – Martwiłam się, że stało ci się coś złego. No właśnie, ale co właściwie tu się wydarzyło? - zapytała patrząc w srebrnoniebieskie oczy smoka.
Podszedł do niej Król i Gosar, a władca odezwał się pierwszy.
- Księżniczko, mieliśmy bardzo dużo szczęścia, że nas odwiedziliście – powiedział lekko

38




kłaniając się Diaxemin – Kiedy ty i Gosar byliście w górach, do miasta dostał się największy gmorak jakiego ktokolwiek z nas widział.
- Gmorak? - zapytała nie wiedząc o czym mówi król.
- To bardzo niebezpieczne zwierzę, zamieszkuje nasze lasy. Wygląda jak połączenie żubra i minotaura. Pokazałbym ci ten wyjątkowy okaz, ale twój przyjaciel kompletnie go zwęglił i niewiele z niego zostało. - Poklepał Eridora po nodze, z wyraźną wdzięcznością.
- Nie macie tu łatwego życia – powiedziała – dobrze, że byliśmy, ale czy poradzicie sobie następnym razem? - Zmartwiła się wyraźnie.
Król spojrzał pod nogi i zakładając ręce na plecy, zatroskany ruszył ku miastu.
- Diaxemin, Gosar, chodźcie za mną. Musimy porozmawiać księżniczko. Wiem, że wam się spieszy, to nie potrwa długo.
Ruszyli w stronę bram, poddani w sekundę rozeszli się, robiąc miejsce dla króla.
- Posłuchaj księżniczko. Mimo że nie przepadamy za magią, wolimy bardziej namacalne dziedziny, to coś musimy o niej wiedzieć. Pierwsza rzecz jaką musisz wiedzieć ty, to nie potrzebnie martwisz się o nas. Powinnaś bardziej skupić się na sobie. Słyszałem, a

39




właściwie wszyscy słyszeli, nawet tu na dole, że spotkaliście jakiegoś nadzwyczaj dużego i silnego feniksa. To dobrze, ale zapewne nie był to przypadek. Widzisz, kiedy walczysz z czarną magią, przedstawiciele dobrej, białej w jakiś sposób ci pomagają, chociaż możesz tego nie zauważać od razu. Jednak jest też druga strona medalu.
Szli wolno drogą zrujnowaną przez stwora, którego nie widziała, ale mogła sobie wyobrazić jego wiekość, po tym, co po sobie zostawił.
- Walczysz z demonem księżniczko, a on również ma swoich pobratymców. Wystarczy się rozejrzeć, może to nie od razu widać, ale muszę cię uświadomić, że gmoraki nie atakują miast. To duże i niebezpieczne stworzenia, ale żyją w stadach i wolą dalekie, ciemne zakątki boru. Poza tym, tak duży okaz nie był widziany tu do wieków, tak samo zresztą jak Feniks. Widzisz więc, że ani on, ani ty, nie jesteście w tej walce sami. Świat magii jest równie fascynujący, co niebezpieczny, dlatego właśnie unikamy z nim kontaktu.
Król zakończył swoją przemowę wyraźnie zaniepokojony.
Diaxemin zaczynała rozumieć, że nie wymyśliła sobie snu zeszłej nocy. To może oznaczać,

40




że demon miał rację i nie uratuje Kristal, albo chciał ją nastraszyć.
- Przepraszam, że ściągnęłam na was niebezpieczeństwo – powiedziała wciąż patrząc pod nogi – Będzie dobrze, jeśli jak najszybciej wyruszymy w dalszą drogę, żeby nie narażać was więcej.
- Spokojnie, nas nie tak łatwo przestraszyć. Najpierw zjemy pożywny obiad, bo nie wiadomo kiedy będziesz miała taką okazję. Poza tym, moi rzemieślnicy potrzebują trochę czasu. Otrzymacie ode mnie podarunek między innymi w podzięce za pomoc. Właściwie to on dostanie. – zatrzymując się, wskazał ręką na zmierzającego zaraz za nimi Eridora.

     Po wystawnym i smacznym posiłku ruszyli boczną uliczką odchodzącą od głównego traktu, prowadzącą do kuźni. Droga była wąska i nie tak równa jak ta prowadząca do zamku. Mijali kolejne, stykające się ścianami drewniane warsztaty. Z każdej strony dochodził ich gwar wywołany przez pracujących. Gdzieniegdzie czuć było też zapach rozgrzanej stali. Krasnoludy pracując w skupieniu, nie zwracały uwagi na przechodniów. Nie widzieli też wnikliwego i ciekawskiego spojrzenia Diaxi. Król doprowadził ich do największej

41




pracowni.
- Niema zdolniejszego i doskonalszego wśród królewskich rzemieślników od Viggisa – rzekł Hargard.
- Witaj panie – odpowiedział kowal.
- Gotowa? - Zapytał król, zwracając się do krasnoluda w grubym roboczym fartuchu.
- Tak panie. – Kowal odwrócił się i ruszył za ciemną i ciężką od kurzu i pyłu materiałową kotarę. Zebrani czekali w skupieniu, kiedy poły materiału rozeszły się pod naporem błyszczącego, idealnie wyrobionego metalu. Diaxi nie potrafiła odgadnąć na co patrzy. Hargard odwrócił się do niej:
- Idziemy do Eridora, ale najpierw obejrzyj, mój dar dla was.
Kowal wynosił kolejne elementy i dopiero po kilku chwilach Diaxemin zorientowała się, że to zbroja. Była naprawdę duża, mogła pasować tylko na smoka. Księżniczka nie ukrywała zachwytu, dotykając niemalże gładkiej powierzchni każdej części.
- Piękna – powiedziała – ale jak udało się wam zrobić ją tak szybko?
- Już wczoraj nakazałem kowalom rozpocząć pracę. Tworzyli ją nieprzerwalnie przez całą noc i dzień. Krasnoludy mają wiele talentów, a ciężka i dobra robota to jeden z naszych koników. Chodźmy przymierzyć to

42




dzieło.
Kowale i żołnierze zabrali uzbrojenie i ruszyli w ślad za królem i księżniczką. Gosar zwrócił się do Diaxemin.
- Mam dla ciebie propozycję. To oczywiście luźny pomysł, nie musisz się godzić – powiedział trochę zmieszany - zastanawiałem się nad czymś.
- O co chodzi Gosarze? - zapytała zachęcając go do dalszej rozmowy. Była ciekawa co chce jej powiedzieć.
- Kiedy wyruszyliśmy w góry, wieści o tej wyprawie szybko rozeszły się wśród krasnoludów. Wielu z nas, podziwiało twój trud i determinację, tak jak ja. Zaraz po powrocie dosłownie napadł mnie mój syn, Gormir. Jest dobrze wyszkolony w walce, ale równie zaciekle studiuje księgi mędrców – Gosar wypowiadając te słowa, był wyraźnie dumny i zmieszany jednocześnie.
Diaxi nie widziała wcześniej, aby krasnolud okazywał uczucia, odebrała to więc bardzo osobiście.
- Miło mi to słyszeć, gratuluję ci zdolnego potomka – rzekła dyplomatycznie. - Mówisz mi o tym z jakiegoś konkretnego powodu?
- Tak księżniczko. W porozumieniu ze mną i za moją aprobatą, Gormir ma życzenie towarzyszyć ci w dalszej podróży, wspomagając cię w osiągnięciu celu – mówił to

43




z wyczuwalnym napięciem – oczywiście zrozumiem, jeśli ta propozycja zostanie odrzucona. Chcielibyśmy jednak, jako rodzina, odwdzięczyć ci się za ogromną zapłatę, jaką wręczyłaś mi w górach.
- Muszę przyznać, że jestem zaskoczona. Jednak nie wiem, czy to odpowiedzialne, aby narażać twego syna na niebezpieczeństwo. Czy myślisz że jego życie jest warte tych dziesięciu diamentów? - Diaxemin zatrzymała Gosara i patrzyła mu wnikliwie w oczy, oczekując odpowiedzi.
- Wiem, że nie zabrzmiało to najlepiej, nie musisz przyjmować naszej propozycji. Biorąc jednak pod uwagę skalę tego, co zamierzasz, to uważam, że każda pomoc ci się przyda, a Gormir potrafi o siebie zadbać.
- Przemyślę to, dziękuję – odpowiedziała, po czym podjęła przerwany marsz – Chodźmy, straciłam już i tak za dużo czasu.

     Kiedy dogonili pozostałych, ci na dziedzińcu zamku zatrzymali się przed Eridorem, który przyglądał się im wyraźnie zaciekawiony. Diaxi podeszła do smoka.
- Mamy dla ciebie coś, co może się przydać – wskazała ręką na kawałki żelastwa i powiedziała już ciszej wprost do niego – Pozwól im założyć tę zbroję, będę o

44




ciebie spokojniejsza. Nie wiadomo co jeszcze nas spotka.
Po tych słowach, smok wyprostował szyję i jednocześnie ugiął wszystkie łapy, aby ułatwić niewielkiego wzrostu krasnoludom, dostęp do swego ciała.
Żołnierze instruowani przez wykonawców, uzbrajali smoka rozpoczynając od największej i jednocześnie najcięższej konstrukcji, która miała chronić brzuch i szyję stworzenia, jak również jego grzbiet. Skóra smoka, choć sama w sobie chroniła zwierzę, nie robiła tego jednak tak skutecznie jak metal. Kiedy pierwszy element trafił na grzbiet, dźwignięty i położony przez 4 silnych krasnoludów, został natychmiast przymocowany przez dwa grube, skórzane pasy, które okalały jego brzuch. Kowale sprawdzili jeszcze czy konstrukcja trzyma się stabilnie, po czym Viggis rzekł:
- Całość złożona jest z czterech połączonych, a zarazem niezależnych pancerzy, które maja poruszać się wraz ze smokiem i nie krępować jego ruchów – powiedział, po czy wskazał na kolejną część. – Osłona szyi i brzucha, skonstruowana tą samą techniką, będzie przymocowana do części grzbietowej – Viggis skinął głową na pozostałych. Wspólnie

45




przyłożyli i zamocowali osłonę, która rozpoczynała się w połowie szyi a kończyła nisko między przednimi kończynami Eridora.
Diaxemin z zachwytem patrzyła na pracę jaką wykonali kowale. Zbroja robiła ogromne wrażenie. Ruchome elementy połączone w kształt wyciągniętego rombu, dodawały zwierzęciu bojowy wygląd, zarazem zwiększając ich szanse. Dotykając każdej części, zaczęła się jednak zastanawiać, czy nie będzie ona spowalniała smoka, ze względu na swój ciężar, który był znaczny, patrząc na to ilu mężczyzn musiało je zakładać.
- Eridorze, czy to nie jest zbyt ciężkie? Co z twoją zwinnością? - zapytała go.
Smok przeszedł wkoło księżniczki aby za chwilę wzbić się w powietrze i przelecieć nad zebranymi, wykonując jednocześnie szybkie ruchy i zwroty. Zbroja nie wydała nawet jednego dźwięku. Zachwycona odezwała się do króla Hargarda.
- Wygląda na to, że on nie czuje jej ciężaru. Mimo że nadal nie rozumiem jak połączone są te płyty, jestem pod wrażeniem, że poruszają się bezszelestnie. Dziękuję ci królu, to wspaniały dar – mówiąc to, lekko ukłoniła się w jego stronę.
Hargard oddał ukłon, po

46




czym przeszedł za plecy Diaxi i wziął od kowala ostatni element uzbrojenia. Podszedł do lądującego Eridora i założył na jego głowę maskę osłaniającą nozdrza, okolice oczu i czubek głowy. Wypustki na górze, idealnie wkomponowały się w kształt jego czaszki.
- Teraz wygląda jak żołnierz – rzekł król, klepiąc ręką w stal między oczami smoka.

     Rzemieślnicy i mundurowi krótko pożegnali Diaxemin i wrócili do swoich zajęć. Tymczasem księżniczka oceniła siodło, które znajdowało się na grzbietowej części uzbrojenia.
- Ma za zadanie ułatwić ci podróż, ale również zapewnić bezpieczeństwo – usłyszała obcy głos za plecami - Do osłony szyi można przymocować troki okalające cię w pasie i w ramionach jak szelki. Dzięki temu, podczas lotu będziesz mogła odpocząć, drzemiąc bez obawy, że spadniesz – dokończył młody krasnolud, który ukłonił się nisko kiedy na niego spojrzała. Przypominał trochę ojca, jednak wyróżniał się zdecydowanie na tle pozostałych. Brak brody, którą widziała u prawie wszystkich, zdradzał jego młody wiek. Miał też delikatniejsze rysy twarzy, a nieco przydługie, czarne włosy

47




niesfornie poddawały się każdemu powiewowi wiatru. - Na imię mi Gormir. Witaj księżniczko.
- Witaj. Gosar wspominał mi o tobie. Naprawdę chciałeś lecieć ze mną? - zapytała.
- Chcę nadal – odparł.
- Dlaczego?
- Słyszałem o twojej misji, poza tym, jesteśmy ci wdzięczni…
- Daj spokój – przerwała mu – twojego ojca tu nie ma – powiedziała wskazując na Gosara i Hargarda czekających na nich w znacznej odległości, pod bramą.
Chłopak był zaskoczony, ale szybko odpowiedział:
- No cóż, poza wdzięcznością, jest jeszcze nuda – odrzekł puszczając do niej porozumiewawcze mrugnięcie – Nic się tu nie dzieje, wszystko działa tym samym rytmem od lat, każdy robi swoją robotę, pije dur w karczmie, śpi i od rana zaczyna od początku.
- Dur? - zapytała zdziwiona.
- Napój na bazie piwa, owoców i bimbru, uwierz, że nie chciałabyś tego próbować – odpowiedział.
- Widzę, że krasnoludy to dość stateczna nacja – stwierdziła.
- Owszem. Ja jednak trochę odstaję i nie koniecznie dostosowuję się do schematów. Dlatego chcę lecieć z tobą, zobaczyć trochę świata i przeżyć przygodę.
- Nie zapominaj, że niebezpieczną

48




– dodała.
- Tym bardziej – odpowiedział, nieugięcie patrząc jej w oczy i oczekując zgody.
- Nie ma sensu narażać cię na groźbę utraty zdrowia lub życia – Diaxi odwróciła się, sprawdzając ponownie upięcie siodła do metalu.
- Zgłaszam się na ochotnika, nikt mnie nie zmusza – nie poddawał się.
Diaxemin westchnęła i przeanalizowała w myślach ostatnie wydarzenia, by po kilku chwilach zastanowienia poddać się.
- No dobrze, niech będzie. Widzę, że też nie należysz do tych, którzy łatwo się poddają.
- Ja się nie poddaję, ale skoro tak bardzo mnie prosisz, to się przyłączę, nie wypada odmawiać dziewczynie – powiedział z powagą.
Diaxemin odwróciła się do niego zaskoczona i rozbawiona.
- Nie drażnij mnie, bo zmienię zdanie – powiedziała unosząc wysoko brew.
Po chwili roześmiali się razem. Diaxemin cieszyła się, że mają wspólny język, dzięki temu ich podróż będzie ciekawsza .

     Podeszli do króla i Gosara, księżniczka pożegnała się i jeszcze raz podziękowała za zbroję. Miała jeszcze jedną prośbę do władcy.
- Królu Hargardzie, proszę, jeśli to możliwe, abyś wysłał posłańca do mojego ojca.

49




Przekaż mu proszę informację o powodzeniu w górach. Wspomnij proszę również o tym, że ruszyłam dalej i że mam towarzystwo – skinęła na Gormira. - Będzie spokojniejszy wiedząc, że nie jestem sama. Informacja o podarunku dla Eridora, też bardzo go ucieszy – poprosiła.
- Oczywiście księżniczko. I bez prośby zrobiłbym to na pewno – ukłonił się jej.
- Uważajcie na siebie dzieciaki – odezwał się Gosar – Żałuję, że nie ruszam z wami, ale jestem potrzebny tutaj – powiedział. Uścisnął ramię syna – Uważaj na nią, jest bardzo odważna, ale też niesubordynowana – zażartował. Wiedziała, że wypomina jej, iż nie posłuchała jego rozkazu o schronieniu się.

     Diaxemin zwinnie wskoczyła na Eridora, a za nią na dużym siodle zasiadł Gormir.
- Na południe. Musimy odnaleźć Lunę – powiedziała i odlecieli, nie oglądając się za siebie.

50




Wyrazy: Znaki: