Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 84
Dzisiaj w pracowni: 2
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Apokalipsa Normalnego Sortuikonka kopiowania

Autor: M Ginett twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Langley, Wielka Brytania

     Przy trzecim podejściu, widelec strażackiego łomu z trzaskiem wbił się szparę pomiędzy drzwiami i framugą. „Halligan” – taka była należyta nazwa narzędzia. Kiedyś ratowało ono życie. Ja zaś już raz zdołałem użyć go do jego zakończenia.
Rozłupane drewno sypnęło dookoła śnieżycą drzazg. Pręt wbił się wystarczająco głęboko więc pociągnąłem mocno, przykładając do tego cały ciężar mojego ciała. Niestety byłem lichej budowy, więc tego ciężaru za dużo nie było.
Dębowe obramowanie zapiszczało boleśnie, rżnięte przez metal, by po chwili poddać się, wypuszczając drzwi ze swoich silnych objęć.
Otworzyłem je szerzej i powolnym krokiem wstąpiłem do środka.
Przedpokój był uporządkowany, zwyczajny. Panele ze sklejki, stolik na klucze, schody na drugie piętro. Światła oczywiście nie było. Jak wszędzie zresztą. Poprawiłem okulary, które ześliznęły się po spoconym nosie. Podsuwając je dojrzałem na podłodze osamotnioną, brązową plamkę. Zaschnięta krew. Dodatkowo moją uwagę przyciągnął odłamany róg od stolika na klucze. Ścisnąłem mocniej halligana.
- Halo? - zawołałem

1




- Z moimi rodzicami szukamy schronienia, a ten dom wygląda na pusty.
Brak odpowiedzi.
- Nasze mieszkanie wraz z całym blokiem zostało spalone... nie chcemy nikomu zrobić krzywdy, więc jeśli tu ktoś mieszka to poszukamy czegoś innego!
Na to wyglądało, że jeśli ktoś tu był to siedział cicho. Czy może ktoś mnie ubiegł? No nic już i tak byłem w środku, więc równie dobrze mogłem iść za ciosem.
Wyjąłem z kieszeni spodni czerwony marker. Chwilę zajęło mi namalowanie na drzwiach emblematu Mechaników; kółko zębate z czaszką - bardzo oryginalnie. Zastanawiałem się czy to Massoud, czy też jeden z jego przydupasów był fanem Gears Of War.
Ulica, jeszcze kilka miesięcy temu szumiąca niewielkim, choć nieprzerwanym ruchem aut była teraz całkowicie obumarła. Pamiętam, jak jeszcze niedawno tędy szedłem, i jakiś fiut rzucił we mnie kebabem. Chciałbym, aby spróbował to zrobić ponownie.
Przymknąłem drzwi z nadzieją, że znak zadziała odstraszająco na jakiegokolwiek przypadkowego przechodnia którego męczyłaby ciekawość. Technicznie rzecz biorąc nie należałem do gangu, ale wypełniałem ich zlecenie, więc.... Massoud nie powinien

2




się obrazić.
- Czego tu chcesz? – usłyszałem zza pleców.
Odwróciłem się gwałtownie. Na drugim końcu korytarza stał chłopak. Tak jak ja miał siedemnaście lat, jednak na tym podobieństwa się kończyły. Podczas gdy ja byłem niski i chudy, on był wysoki i wysportowany. Wiedziałem że przed „Zgaśnięciem Świateł” był zapalonym graczem rugby. Był też całkiem niezły. Zdawałoby się wiecznie opalona skóra i średniej długości blond włosy stały w kontraście do mojej bladej karnacji i potarganej, czarnej szopy. Jakby naprzeciw siebie stali Harry i Cedrick. Jeszcze kilka miesięcy temu patrzyłem z podziwem i zazdrością na takich jak on, a teraz...? Teraz było inaczej: nie było rugby, nie było... niczego, a cokolwiek zostało to zazwyczaj trzeba było to zabrać komuś innemu. Nawet czar chłopaka był przyćmiony puchowatym zarostem i wyraźnymi oznakami wymizerowania. Zauważyłem też kilka brakujących zębów.
Jego oczy rozszerzyły się w objawie rozpoznania:
- Ty... – wyszeptał. Nie zdążył powiedzieć więcej, gdyż bez ostrzeżenia rzuciłem w jego stronę trzymanym przeze mnie "halliganem". Uchylił się przed nim, ledwie

3




unikając metalowego szpikulca, po czym zniknął w znajdującym się po prawej pokoju. Pręt nie znalazłszy swojego celu, wyrżnął o przeciwległą ścianę, odbijając się od niej z metalicznym łoskotem.
- Niech to szlag! – Pobiegłem za chłopakiem podnosząc w pędzie łom, i niemal spłaszczyłem sobie nos, gdy zderzyłem się z zaryglowanymi drzwiami za którymi się schronił. Sfrustrowany jeszcze kilka razy szarpnąłem wściekle klamką. Nie było czasu na finezję. Biorąc krok rozbiegu wykopałem z całej siły drzwi. Jeśli kiedykolwiek miałbym napisać swoją własną biblię, jedną z pierwszych nauk byłoby coś w stylu: „Tak oto powiadam wam, że jeśli wam staną na drodze drewniane wrota ze sklejki, to wykopując je nogą całego swego jestestwa użyjcie. Żadnych półśrodków, kurwa, tylko musicie chcieć je wyjebać z zawiasów, bo sobie kostkę barany wybijecie”.
Albo coś w tym stylu.
Przez stopę przeszło mnie co prawda małe mrowienie, ale przytłumione zostało przez satysfakcję jaką odczułem na brzdęk upadającego zamka. Wtargnąłem do środka obszernego salonu. Zasłony w oknach były zaciągnięte i jedynym źródłem światła

4




były lekko uchylone szklane drzwi do ogrodu. Sam salon wyglądał zdecydowanie gorzej niż przedpokój. Większość mebli, nie licząc kilku niewielkich szafek, porąbana była na kawałki, zaś zabrudzony śpiwór leżał koło równie ufajdanego stolika. Poplamiony dywan wyglądał jakby został wyrwany z innego pomieszczenia i fragmentami przeniesiony tutaj. Smród zepsutego mięsa i potu był tak powalający, że myślałem iż mi się zaraz zrobi niedobrze. Nie pomagał nawet lekki przeciąg z ogrodu. Trening rugby musiał mu wciąż służyć, bo sukinsyn był szybki. Podbiegłem do wyjścia na tylny taras i wyjrzałem na zewnątrz. Nic tylko nieskoszona trawa, zarośnięty żywopłot i krakanie wron. Ogród był na tyle obszerny, że mieścił dość obszerną przybudówkę. Po nim nie było ani śladu. Przekląłem się w myślach, że dałem się tak amatorsko wyrolować.
Odruchowo odwróciłem się do salonu, akurat by jeszcze załapać się na widok wpadającej na mnie z rozpędu studziewięćdziesięciofuntowej bryły mięsa. Nie zdążyłem nawet unieść łomu. Blondyn zderzył się ze mną, z impetem przygważdżając mnie do drzwi ogrodu. Zarówno halligan jak i

5




moje okulary poleciały gdzieś w dal. Usłyszałem, czy może bardziej poczułem potylicą chrupot pękającego szkła.
Z siłą zaciśniętego imadła, blondyn chwycił mnie obiema dłońmi za szyję i łupnął mną ponownie o częściowo pękniętą już taflę. Moje ciało zagłębiło się w powstałe wgniecenia, ale materiał wciąż zachowywał swoją strukturę. To pewnie były jedne z tych szyb, których reklamy widziałem w telewizji. Potrafiły wytrzymać uderzenie kopniętej piłki nożnej. Żeby nie kłopotliwe położenie w którym obecnie się znajdowałem, to bym przyznał, że naprawdę warte były wydanej na nie kasy. Niestety zajęty byłem w tym momencie bezowocnymi próbami oderwania miażdżących mi krtań dłoni. Równie dobrze mógłbym dmuchać pod wiatr, aby huragan zawrócić. Mogło się wydawać, że dla mojego przeciwnika byłem szmacianą lalką. Szmacianą lalką z odcinanym dopływem powietrza do mózgu. Zaczęło mi ciemnieć przed oczami, i nie wiadomo czemu naszły mnie przypadkowe myśli o samochodach wyścigowych, gdy Blondyn łupnął mną po raz trzeci, tym razem rozbijając szkło na setki małych fragmentów. Cóż, dla chcącego nic

6




trudnego. Upadając na betonowe płyty tarasu, pociągnąłem za sobą brązową firanę, która okryła mnie niczym pogrzebowy całun. Leżące kawałki szkła wbiły mi się w plecy, tnąc skórę w dziesiątkach miejsc, ale byłem zbyt oszołomiony, chybocząc się na krawędzi przytomności, aby cokolwiek poczuć. Jedyne co miałem na głowie to szarość nieba nade mną, ale i ono po chwili zniknęło. Okazało się, że to Blondyn chwyciwszy moją bezładną nogę zaciągał mnie z powrotem do środka.
Niemrawo próbowałem się wyrwać, ale jedyne co osiągnąłem to wątpliwy zaszczyt bezpardonowego trzepnięcia w twarz. To akurat poczułem, nie zdołałem się niestety nad tym zbytnio rozckliwić, gdyż po chwili na mojej facjacie wylądowało następne huknięcie. Niczym w efekcie domina moją głowę odrzuciło do tyłu, i z rozpędu zderzyła się ona z widocznymi spod kawałków dywanu panelami podłogi. Zazwyczaj w takich sytuacjach mówi się, o tańczących przed oczami gwiazdach, jednak w moim wypadku była tylko jedna gwiazda i właśnie zamieniła się ona w supernową. Białe światło zalało pole mojego widzenia, tak że gdyby nie moje zamroczenie pewnie

7




bym pomyślał, że właśnie oślepłem.
Gdy widzenie powróciło, ujrzałem nad sobą sylwetkę chłopaka przyglądającego mi się ciekawie. Gdzieś z daleka usłyszałem jego głos:
- Czego innego się spodziewałeś przychodząc tu, kurczaczku?
Może był to jakiś marazm mojego poobijanego mózgu, ale wydawało mi się, że jego głos nabrał ledwie słyszalnego straszliwego brzmienia. Teraz dopiero zacząłem czuć powoli wpełzające na mnie oślizgłe robaki strachu. Musiałem jakoś odwrócić tę sytuację, inaczej moja bajka szybko miała się skończyć.
Póki co leżałem bez słowa. Częściowo myśląc nad ucieczką, a częściowo z obawy że z pierwszą wypowiedzianą zgłoską wyjdzie mi z ust wczorajsza kolacja.
- Wybrałeś zły dom na koleżeńskie pojednanie... Daniel? Daniel Rayner? – Kurwa. Ze wszystkich kujonów i leszczy, których kiedyś maltretował ze swoją grupką podobnych mu idiotów, akurat musiał mnie zapamiętać. Spojrzałem w lewo. "Halligan" leżał w pobliżu, jednak wciąż był nieznacznie poza zasięgiem. Jego zaostrzony stożek rozmazywał się na tle jeszcze bardziej rozmazanego pokoju,
- Kopę lat, kolego. – prychnął.

8





- Dżarles, digdy bym nie pomyślał, że byłem jedną z kropek na twoim towarzyskim radarze. – Nos zatkany miałem krwią i każdy oddech palił, jakbym wciągał do niego płomień zapalniczki, ale ważna była każda wykupiona gadką sekunda.
- Tak pamiętam cię dobrze, kurczaczku. Dostałeś zestaw obicia ryja w wersji deluxe, za to żeś szczękę Willowi wybił. Poza tym zjadłem większość moich znajomych, więc rozumiesz, że w takiej sytuacji bardziej się ceni znajomą twarz.
- Rozubiem – powiedziałem wyszczerzając zęby w krwawym uśmiechu - Jeśli są wolne miejsca byłoby moim zaszczytem zostać twoim nowym znajomym.
Charlie zaśmiał się głośno po czym zasadził mi silnego kopniaka w bebechy. Podczas gdy ja się zwijałem z bólu, ten podszedł do stojącej za nim pod ścianą zdezelowanej komody i zaczął grzebać w wśród sterty porozrzucanych na jej blacie gratów.
- Zawsze miałeś niewyparzoną gębę, Dan. Dlatego nikt cię nie lubił. – obrócił nagle głowę i krzyknął w stronę korytarza: - Zamknij ryj! Nikt się ciebie o zdanie mamo nie pytał!
Oho, kogoś chyba wysadzili na stacji Psychol Główny.
- Ja siebie rubiłem –

9




wystękałem.
- Cieszę się. Samoakceptacja jest pierwszym krokiem do osiągnięcia pełnego szczęścia - Dosłyszałem krótkie syknięcie gazu, po którym nastąpiło metalowe kliknięcie. Po chwili barczysta sylwetka Charliego ponownie zamajaczyła nade mną dzierżąc w dłoni czarno-żółtą gwoździarkę. – Kto wie, czy nie najważniejszym.
Nie odrywałem oczu od przyrządu. Serce biło mi jak szalone, i mózg zaczął robić mentalne szpagaty w celu znalezienia sposobu ucieczki. Charlie z uśmiechem podążył za moim wzrokiem.
- Jak ci się podoba, kurczak? – zamachał nią jakby chwalił się nowym telefonem – Widzisz, na filmach często postacie strzelają z takiej gwoździownicy jak ze spluwy... Co zrobić, Hollywood rządzi się swoimi własnymi prawami. Taka gwoździarka nie ma wystarczająco mocy żeby katapultować gwoździa na więcej niż kilka metrów. Całe szczęście mój tata lubi majsterkować, i kupił to cacko, po czym je trochę... podkręcił. Zobacz teraz co ono potrafi – Na te słowa nastąpił mi na ramię i pociągnął za podłużny spust. Broń syknęła, zaś wystrzelony z niej dwucalowy gwóźdź przeleciał odległość dwóch stóp

10




i przyszpilił moją dłoń do podłogi. Powinienem powiedzieć, że poczułem ostry ból; że zacząłem wrzeszczeć i obrzucać tego chujka przekleństwami, ale nie wiem czy to za sprawą adrenaliny, czy szoku tak naprawdę poczułem bardzo niewiele. Lekkie mrowienie i tyle. Właściwie, dopiero gdy spojrzałem się na moją rękę i dojrzałem wystającą z niej metalową główkę gwoździa spod której sączyła się cieniutka strużka krwi, dopiero wtedy doszło do mnie co się tak naprawdę stało.
- Przebiłeś bi dłoń. – stwierdziłem trochę bezsensownie. W uszach mi huczało.
Charlie pochylił się z miną dziecka rozpoławiającego robaka:
- Na to wygląda – stwierdził rzeczowo. Nagle wyraz ciekawości przekształcił się w podirytowany grymas – Tak wiem, NIE MUSISZ MI TEGO POWTARZAĆ MILION RAZY! Tato proszę pogadaj z nią, bo jej menopauza zaczyna... mnie... powoli... wkurwiać!
- Rodzice? – Zaśmiałem się – Rozumiem, zabsze się czepiają, martwi czy nie.
Podsumowując: leżałem okopany, obity, z przedziurawioną dłonią, z perspektywą ukrzyżowania na pobrudzonym dywanie, ale nie przeszkadzało mi to by śmiać się w niebogłosy. Charlie

11




wydawał się nie wiedzieć przez moment jak zareagować, ale nie zajęło długo nim nie dołączył do mojego śmiechu.
- Lubię cię, Dan. Szkoda, że cię nie poznałem wcześniej.
- Nie pobiem, że mnie to nie cieszy. Wolałbym nie kończyć na niczyim talerzu.
- Spokojnie co się odwlecze to nie uciecze. Nie widzę powodu dla którego miałbym cię bardziej nie polubić, załóżmy tych twoich chudych udek. Mama cię nie karmiła?
Charlie Kanibal – brzmi to jak tytuł niskobudżetowego horroru-komedii.
- Podejrzebam, że nie tak jak ciebie.
- Proszę jaki kurczak wygadany. No dobrze – wyciągnął z kieszeni niewielki nóż, jeden z tych których używa się do siekania pomidorów – to powiedz mi od jakiej części chciałbyś abym rozpoczął degustację? Udko? Czy skrzydełko?
- Czemu nie zaczniesz od mojego fiuta. Tylko się nie udłab. – Zaświeciłem mu ponownie krwawym uśmiechem.
W oczach Charliego pojawiły się podekscytowane iskierki:
- Wiesz co? To jest znakomity pomysł! Podoba mi się Twoje zaangażowanie. Szkoda, że Rayleigh tak nie potrafiła - obojętnym kopnięciem odsunął łom i z wygłodniałym uśmiechem stanął na mojej okaleczonej dłoni.

12




Tym razem to poczułem. Wrzask który wyrwał się z mojej krtani, zapewne zbiłby pobliską szybę, gdyby wcześniej nie uczyniła tego moja głowa – Tak się upewniam, żeby cię nie kusiło, aby przerwać mi kolację.
Sapiąc przez zęby rzuciłem nienawistnie:
- Teraz jest pora obiadowa, skurwielu.
- Oj tam, szczegóły. - Charlie klęknął nad moim kroczem, nożem zataczając nad nim kółka w powietrzu. – Szkoda, że nie mam cebuli. Lub Musztardy.
- Czemu b takim razie nie spróbujesz z ketchupem! – Wiedziałem, że to moja jedyna szansa, więc zbieraną w ustach krwawą śliną splunąłem mu prosto w oczy. Chwilowo oślepiony cofnął się gwałtownie, podczas gdy ja z całej siły na jaką było mnie stać zadałem mu cios kolanem w ciemię. Charliego na krótki moment odrzuciło na podłogę, ale wiedziałem, że nie miną sekundy, nim znów znajdę się w punkcie wyjścia. Zacisnąłem mocno zęby, a następnie szarpnąłem przygwożdżoną dłonią oswobadzając ją z miażdżącego jarzma. Ból rozprutej skóry był tak porażający, iż myślałem, że zaraz zasłabnę. Podczołgując się, zbliżyłem się do halligana.
- Kurczak! Zabiję cię ty małe

13




ścierwo! – poczułem ostrze noża zagłębiające się w mojej łydce, białe światło bólu zalało mi pole widzenia – Ostrzegałem cię, żebyś nie przerywał mi kolacji!
O, przedziurawiona dłoni, miałaś właśnie konkurencję. Jednak nie mogłem jeszcze skupić swojej uwagi na bólu. Schwyciwszy łom zdrową ręka, zamachnąłem się nim gwałtownie. Zaostrzony stożek przeciął ze świstem powietrze, by na końcu niczym szpikulec nadziaka, z głuchym stuknięciem wbić się w czaszkę Charliego. W jego niebieskich oczach odmalowało się zdziwienie, a szczęka zawisła bezwładnie. Charlie wydawał się krztusić, jak ja jeszcze kilka minut wcześniej.
Gwałtownym ruchem wyciągnąłem pręt i jego głowa opadła bez życia na brudny dywan. Z rany, a właściwie krwawej dziury, poczęła wylewać się mazista krew.
Charlie Tisdale zaś martwym spojrzeniem wpatrywał się w litościwą nicość.
- Jak już ci powiedziałem raz, mamy teraz porę obiadową – powiedziałem ostatkiem energii i pozwoliłem wycieńczeniu otulić mnie swoimi tłustymi ramionami...

     ...

     ...A pieprzyć to. Nie minęło dziesięć sekund, nim podpierając się moim halliganem nie

14




zwlekałem się powoli z podłogi. Czułem, że w każdej chwili ciało może zupełnie odmówić mi posłuszeństwa. Udało mi się odnaleźć okulary, które wsunąłem z powrotem na nos i kulejącym krokiem poczłapałem z powrotem w stronę wejściowego hallu. Nim mogłem kontynuować z tym po co tu przyszedłem, miałem jeszcze sytuację z poprzebijanymi kończynami do załatania. Z tego co wiedziałem, łazienka znajdowała się na pierwszym piętrze.
Nie zdążyłem nawet zapalić w niej światła, gdy wypędzony bluźnierczym smrodem, wypadłem na korytarz, rzygając zmieszaną z krwią ohydną zawartością żołądka. Wypełnioną dławieniem się i głębokimi oddechami minutę później podszedłem do drugiej próby wtargnięcia do toalety. Tym razem przedsięwziąłem zaradczy środek wcześniejszego wciągnięcia w płuca powietrza. Tak jakby zadziałało. Drugi raz już się nie pohaftowałem, ale widok który ujrzałem sprawił, że się zacząłem zastanawiać czy nóż w łydce, sprawiał mi naprawdę taki wielki problem.
- Dzień dobry pani Tisdale – powiedziałem do spoczywających w wannie porąbanych szczątków. Humorem chciałem chyba rozładować szok,

15




który przeżyłem na ten widok, niestety otwarcie mej tępej gęby sprawiło, że ponownie zacząłem wdychać cuchnące śmiercią i rozkładem powietrze.
Z przytkanym do nosa rękawem zacząłem pośpiesznie grzebać w szafce z lekarstwami. Udało mi się znaleźć środek antyseptyczny i tabletki przeciwbólowe. Schwyciłem je i co prędzej wypadłem na zewnątrz.
Po Zgaśnięciu Świateł było kwestią dni nim sklepy zostały całkowicie oskubane z najbardziej wartościowego produktu jaki był dostępny: jedzenia. Tym którym go brakowało, pozostawała albo śmierć głodowa, albo znalezienie innego źródła pożywienia.
Zjedzenie swojej własnej matki; Charlie był naprawdę chorym szczeniaczkiem.
Zdezynfekowałem rany i z bluzy poodrywałem pasy materiału. Mógłbym opowiedzieć o moim wrzasku i bólu jaki odczułem, ale niech wystarczy, że zajęło mi dobrze trzy kwadranse, nim skończyłem doprowadzać swoje rany do porządku. Przy okazji zbadałem swój nos i dziwo nie był złamany, choć spuchł mi on do wielkości niedużego kartofla. Rozbite usta i poluzowany ząb wydawały się być nieznacznymi niedogodnościami. Cóż, ta facjata w najlepsze dni nie mogła

16




być uznana za atrakcyjną, więc poza wyraźnym dyskomfortem nie mogłem powiedzieć, że byłem jakoś szczególnie oszpecony.
Dalszy przegląd domu szedł mi już dość sprawnie. Większość pokoi była w opłakanym stanie: szafki i komody były albo porąbane, albo w ogóle ich nie było. Obrazy pozrzucane były na podłogę, zaś kopce ze starych ubrań i porozbijanej porcelany świadczyły o niedbałości i niedoświadczeniu z jaką Charlie „kanibalizował” swoje miejsce zamieszkania.
Jedyną różnicę stanowiła główna sypialnia. Była ona, tak jak hall, uporządkowana i nietknięta, chociaż warstwa osiadłego na komodach kurzu nadawała jej klimatu mauzoleum. Zdjęcia w ramkach ukazywały uśmiechnięte twarze państwa Tisdale – atrakcyjnej pary w średnim wieku, która zdawała się zwiedzić całkiem spory kawałek globu. Fotografia na komódce przy łóżku została zrobiona na przystani w Dubaju. W tle widać było szereg należących do miliarderów jachtów i motorówek.
Ja byłem raz w Blackpool.
Wziąłem do ręki ramkę i rozbiłem ją o komódkę.
- Proszę, proszę – wyszeptałem. Zdjęcie wypadło z obramowania i wylądowało frontem na

17




puchatym, białym dywanie. Z tyłu zdjęcia widniał napisany długopisem napis:

     Zawsze w moim sercu. Kocham Cię Pisklaku.
2.9.08

     Przeszukałem cały dom, i poza zdjęciem nie znalazłem nic innego, co byłoby godne uwagi. Oczywiście nie umknęło mojej uwadze, że wciąż nie odnalazłem pana Tisdale, Jeśli gdziekolwiek się tutaj znajdował to mogła to być jedynie przybudówka.
Przechodząc obok Charliego wbrew sobie odetchnąłem z ulgą. Czasy były co prawda do bani, ale ta nasza mała apokalipsa przynajmniej nie należała do tych w której martwi wstawali z grobów. Charlie „Dziurawa Czacha” jak nie żył, tak nie żył. Wszystko było w porządku, szklanka była do połowy pełna, i tak dalej, i tak dalej...
Ciekawostka: ile osób wie, że w serialu „Żywe Trupy” słowo „zombie” nie jest ani razu wspomniane? Zawsze są to „szwędacze” lub „topielce,” ale nigdy z-z-z-z-z. Podobno akcja serialu działa się w alternatywnej rzeczywistości, w której nigdy nie powstawała fikcja związana z zombiakami; nie było filmów Romero, ani gier z serii Resident Evil. Taka mała trivia z mojej strony. Ale to tyle jeśli chodziło o moje dygresje.
Wyrwałem

18




z dłoni Charliego gwoździownicę i przeszedłem przez ogród. Drzwi do przybudówki zamknięte były na elektryczny zamek. Wklepałem 2908 i wesołe kliknięcie oznajmiło otwarcie sezamu.
Wkraczając powoli do środka pierwsze co mogłem stwierdzić to to, że rzeczywiście znalazł się i pan Tisdale. Charlie nie dorwał się do niego, tak jak do swojej matki. Pan Tisdale dorwał się do samego siebie. Pan Tisdale i wypełniony śrutem nabój. Przynajmniej smród był lżejszy: z jego ciała została już jedynie wysuszona mumia. No tak, to zapewne jego samobójstwo popchnęło Charliego przez krawędź szaleństwa. Nie mogąc się nawet dostać do środka, zabarykadował się pewnie w domu z panią Tisdale, aż coś w nim pękło. A może stało się to już wcześniej? Może od zawsze miał w sobie ten mrok, który podejrzewam drzemie w nas wszystkich, zliczając minuty i czekając na możliwość ujawnienia się z czeluści umysłu? Gotów byłem w to uwierzyć.
Nie licząc zaschniętych fragmentów mózgu ściany pokryte wiszącymi szklanymi gablotkami, i starannie zawieszonymi stojakami na strzelby. Stoły z narzędziami i rusznikarskie pracownie otaczały całe

19




wnętrze. W gablotach wystawiona była kolekcja tradycyjnej broni białej: tureckich jataganów, arabskich kindżałów, polskich husarskich szabli, kordelasów, karabeli, japońskich tanto i jednego angielskiego nadziaka. Oczywiście ja nie byłem żadnym ekspertem od broni, i wszystkie informacje wziąłem z przytroczonych do gablot pozłacanych tabliczek. Szkoda tylko dla pana Tinsdale’a, że się nie zorientował, że siedział tak naprawdę na skarbnicy. To co on brał za kolejny krach ekonomiczny, okazało się jedynie pierwszymi kroczkami skradającego się końca. Końca w którym funt i dolar w które tak był zapatrzony, staną się i tak bezwartościowe, a broń, jedzenie i paliwo będą jedyną obowiązującą walutą.
Powróciłem z niewielką sportową torbą, którą trzymałem na zostawionym przed domem rowerze. Wiedziałem, że nie będzie ona wystarczająca, ale w garażu udało mi się też znaleźć czarną plandekę, którą mogłem wykorzystać do zawinięcia chociażby tych średniowiecznych, półtora-ręcznych mieczy.
Zabrałem się do roboty. Była to dość rutynowa praca: rozbijanie gabloty, wycinanie fragmentu plandeki, zawijanie w nią broni i

20




umieszczanie jej w torbie, bądź na kupce obok niej. Gdy już wszystko było zapakowane, zacząłem wynosić uzbrojenie na zewnątrz. Bezpiecznie umieściłem cały łup, w tym moją nowo-zdobytą gwoździownicę i wygrzebane z szafek pudełka z amuncją na przytroczonej do roweru turystycznej naczepie.
Na ulicy panowała zupełna pustka. Wsiadłem na rower i z ostatnim salutem oddanym w stronę domu Tisdaleów, odjechałem w kierunku obrzeży Langley.

     

      Gdy tak sunąłem pustymi ulicami tego londyńskiego przedsionka, skrzypienie pedałów wraz z metalicznym klekotaniem zawartości przyczepy były jedynymi dźwiękami jakie dało się słyszeć w całej okolicy. Mój wzrok co rusz przeskakiwał ze strony na stronę w poszukiwaniu potencjalnego zagrożenia. Jedyne co dostrzegałem to opuszczone domy podupadającego przedmieścia. Powybijane okna i wyłamane drzwi ziały z umazanych grafitti fasad. Auta - martwe, po zużyciu ostatnich kropel benzyny - okupowały całą długość ulicy. Często ich byli właściciele nie trudzili się nawet z zamykaniem drzwi, zostawiając je otwarte na oścież.
Były też ciała. Tu i ówdzie rozrzucone, gniły w ciepłym, majowym powietrzu.

21




Część z nich nosiło modne sukienki i garnitury. Kiedyś byli to ludzie sukcesu którzy swoją pomysłowością, charyzmą lub ciężką pracą wspinali się po korporacyjnych szczeblach; świat był po prostu szczytem do zdobycia, krajem do podbicia, grą do wygrania. Był czas, że zazdrościłem im tego stylu życia; tych ich weekendowych imprez z grillem, klas jogi, zumby, tego odwożenia dzieci na prywatne lekcje tenisa i rozmów o rynkach akcji. Jeszcze nie tak dawno przyszłość dla nich była sprawą pewną, a jednak to oni leżeli rozkładając się na asfalcie, pokonani przez niespodziewany chaos, do którego wiele z nich nieświadomie, bądź świadomie się przyczyniło, podczas gdy ja wymijałem ich resztki powolnymi slalomami.
Przed Zgaśnięciem to moje to życie było przegrane, zanim jeszcze zorientowałem się, że mam przed sobą rozdane karty. Jako syn litewskiej pokojówki i angielskiego pracownika fabryki na rencie, moja przyszłość nie była co prawda przesądzona, ale raczej mało inspirująca. Przez to pewnie wolałem się zanurzać w o wiele ciekawsze historie zawarte w filmach i grach komputerowych. Wymyślone postacie były nietuzinkowe i zaradne,

22




a kim byłem ja? Nikim. Człowiekiem bez twarzy, bez osobowości; doppelgangerem z łatwością przybierającym wymyślone tożsamości, jednocześnie obdarzając pogardą swoje własne istnienie i bijącego żonę skurwiela, który mnie wykreował.
Poczułem jak na wspomnienie jego zdziwionej mordy, gdy wylatywał przez okno na dziesiątym piętrze, na moich ustach powoli wyrasta uśmiech. Dzięki za katharsis sukinsynu.
Kto by pomyślał, że potrzeba było końca świata, abym w końcu wykluł się ze swojej skorupki i zaczął być autorem własnej opowieści.

     

     Farma rodziny Thomasów, Surrey, Wielka Brytania

     
- Co tam masz na przyczepie? – Zaostrzona końcówka pręta tańczyła mi przed klatką piersiową. Na drugim końcu przytrzymywała go pokryta dziarami łapa Brudnego. Jej właściciel, pięćdziesięcioletni łysol z bródką i tatuażem na szyi, zagradzał mi drogę, łypiąc groźnie spode łba.
- Cukierki i fragmenty tęczy – odpowiedziałem wygiąwszy do góry kark, aby móc spojrzeć olbrzymowi w oczy – A dla ciebie specjalnie przywiozłem kilka egzemplarzy "gówno cię to obchodzi".
W odpowiedzi na tę bezczelność szpikulec pręta

23




nacisnął mi boleśnie klatkę piersiową. Starałem się zachować kamienną twarz, wiedziałem, że od momentu jak pokażę słabość moje dni będą policzone.
- Myślisz kurduplu, że jesteś cwany? Może sam zaraz zobaczę co tam masz schowane?
- Jeśli to zrobisz to lepiej się upewnij, żeby Massoud się nie dowiedział, że w jego rzeczach grzebałeś.
- Massoud się nie dowie, jak nie będzie żadnego małego szczyla, co by mu mógł o tym powiedzieć – zagroził.
- Takie twoje prawo, tylko mam nadzieję, że wiesz gdzie znajduje się druga połowa jego umówionej dostawy. Ojej! – złapałem się za policzki w udawanym szoku – Tylko ja wiem, gdzie ona się znajduje! Możemy przestać się już całować i wpuścisz mnie do środka czy nie? – Na twarzy łysola odmalowana była odbywająca się w jego tępym mózgu walka. Po chwili skrzywił się. Traktowanie jakie Massoud by mu zaserwował jeśli okazałoby się, że ten kosztował go wyimaginowaną przeze mnie drugą połowę dostawy, nie było niczym przez co ktokolwiek chciałby przechodzić.
Niemal mogłem usłyszeć jak zgrzyta zębami, ale uniósł włócznię i odstąpił mi drogi.
Minąwszy go czułem

24




jego wzrok wbijający mi się w plecy. Z dwojga złego wciąż było to lepsze niż wbijający się w nie stalowy drągal. Daniel Rayner - zawsze gotowy do zawierania nowych przyjaźni.
Farma Thomasów znajdowała się w połowie niewielkiego wzniesienia w pobliżu Starego Windsoru. Okolica była bardzo malownicza. Droga dojazdowa obramowana była dębowym parkiem wspinającym się wzdłuż nij po zboczu. Z samego wejścia do farmy rozciągał się widok na rozległe pola, na których wciąż pasły się krowy. Wujek Massoud dbał o to, aby jego dziateczki miały co jeść. Jakby wytężyć wzrok, w dole w oddali dało się dostrzec terminale Heathrow - tak samo martwe jak wszystko inne.
Moje przybycie wywołało zgoła niemałe zainteresowanie. Zatrzymałem rower na małym placyku. Z otaczających go stodół i szop poczęli wylewać się członkowie Gangu Mechaników i nie minęło długo nim nie zostałem oblężony kręgiem zainteresowanych i groźnych twarzy. Około trzydziestu chłopa, z przewijającymi się gdzieniegdzie wystraszonymi kobietami. One tak naprawdę nie różniły się wiele ode mnie i reszty zebranych tu ludzi. Także szybko się zorientowały, że aby

25




przetrwać trzeba było jak najprędzej odnaleźć się w rządzonym nowymi zasadami świecie. Lepszy był jeden warchoł, który chronił przed wszelkimi odpadkami, niż śmierć głodowa i zbiorowe gwałty... niekoniecznie w tej lgicznej kolejności. Czasami zastanawiałem się czy nie zasłużyliśmy jako rasa na to wszystko co się stało.
Zebrani trzymali dystans czekając na przybycie Massouda: samca alfa. Mrugnąłem do kilku z zebranych, lecz oczywiście w odpowiedzi dostałem jedynie bezlitosne spojrzenia. Nikt nie chciał jeszcze wchodzić w komitywę z tak niepewnym elementem jakim byłem ja. Żeby to zmienić musiałem wywrzeć odpowiednie wrażenie.
- Massoud! - zawołał ktoś - Kurdupel przyjechał!
Drzwi do jedynej w pobliżu kamiennej budowli otwarły się, i wyszedł z nich on: nasz lokalny pan i władca, nasz własny watażka domowej roboty, szef gangu Mechaników Massoud Durrani. Jeśli ktoś spodziewałby się istoty przypominającej Jabbę z Gwiezdnych Wojen to by się zapewne rozczarował. Kroczący w moją stronę mężczyzna był raczej zwyczajny: średniego wzrostu, gładko ogolony o orzechowych oczach i żylasto-umięśnionej budowie, jakiej się

26




częściej nabywa w czasie fizycznej pracy aniżeli na siłowni. Cofnięty podbródek przeszkadzał w opisaniu go jako przystojnego mężczyzny. Miał raczej wygląd ulicznego cwaniaczka z getta. Wrażenie nie odbiegało dalece od rzeczywistości, gdyż słyszałem że przed Zgaśnięciem Świateł zajmował się wieloma szemranymi fuchami, w tym przebijaniem blach w kradzionych autach, i szczęściem dla niego cywilizacja upadła nim go zdołali wrzucić do puchy.
Wzrokiem szybko obrzuciłem dyndającą mu przy pasie Berettę.
Ludzki krąg rozstąpił się, aby go przepuścić. W ślad za nim, potulnie podążał półnagi wyrostek o karmelowo-opalonej skórze. Co prawda nie był uwiązany, ani nic w tym stylu, ale sposób w jaki nie odstępował swojego pana na krok łatwo przywodził na myśl spiętą u szyi niewidzialną smycz. Chłopak był może w moim wieku, z głową otoczoną czarnymi lokami. Był też niemal nieziemsko piękny - nie dziwota, że Massoud w swej wspaniałomyślności oszczędził tego członka rodziny Thomasów.
Szef Mechników rozłożył ramiona we wspaniałomyślnym powitaniu.:
- Dan! I co tam u ciebie? Jak widzę przybyłeś z darami.
- Tak jak

27




obiecałem. Wystarczająco, aby stworzyć niewielką armię, jeśli nie masz nic przeciwko pewnym anachronizmom. – Kopnięciem ustawiłem rower na nóżce. Grałem na czas. Ta rozmowa zaczynała wyglądać na jakąś pokazówkę i szczerze powiedziawszy nie podobało mi się to. Czułbym się lepiej jakby to wszystko odbywało się w bardziej kameralnej atmosferze, no ale cóż, jak to mówiło powiedzenie: żebracy nie wybierają.
- Bardzo po sąsiedzku z twojej strony. To pokaż co tam masz! Wszyscy ze zniecierpliwieniem czekaliśmy na twoje przybycie! – zawołał, na co dookoła rozległy się potwierdzające mruknięcia. Cóż za aranżacja, myślałem że zaraz się popłaczę.
Bez słowa otoczyłem rower i teatralnie odrzuciłem z przyczepki plandekę. Rozejrzałem się powoli po wszystkich. Też potrafiłem grać w tę grę.
- To akurat wiem. Z trudem udało mi się oderwać Brudnego od szyi, tak mnie obściskiwał przy wejściu. - Z tłumku rozległo się kilka odosobnionych śmiechów. Lepiej, ale to jeszcze za mało. Z prowizorycznego pokrowca odwinąłem pierwszą szablę. Wsunięta była w lakierowaną lawendowo-złotą pochwę, więc wysunąłem ją ruchem

28




doświadczonego szermierza. Przynajmniej tak to sobie wmawiałem. Zakrzywione ostrze zalśniło w słońcu. Zaraz co na tej tabliczce pisało...
- Ten oto hinduski talwar z dziewiętnastego wieku – zacząłem – posłużył do przebicia bebechów mojego pra-pra-dziadka przez samego Ghandiego! Głownia ze stali damasceńskiej, dekorowana srebrnym lwem sprawi że jej właściciel zawsze będzie wyglądał jak maharadża w haremie! Tylko do nabycia w sklepie Raynera, po promocyjnej cenie! – Wsunąłem szablę z powrotem w pochwę i rzuciłem ją w stronę jednego ze stojących przede mną mężczyzn: Po Prostu Mike'a. Chyba w warsztacie w którym kiedyś pracował skończyły im się pomysły na ksywy.
Ten złapał ją zręcznie w powietrzu i zaczął oglądać ją okiem eksperta, którym na pewno nie był. Ja tymczasem szedłem za ciosem:
- Może za dużo nią nie zdziałasz, Mike, ale przynajmniej będziesz miał czym dłubać w zębach – Tym razem wokoło rozległy się głośniejsze śmiechy. Szczególnie rubaszny rechot doszedł od samego Mike'a który zaświecił bezzębnymi dziąsłami.
Pochylając się nad przyczepką zamachałem nad nią palcami jakbym chciał z niej

29




wyczarować królika. W końcu odwinąłem następny pakunek:
- Ach! Spójrzcie na tę piękność! Czy mamy w tym niemal szacownym tłumie jakiego Francuza?
- Mój dziadek bzyknął Paryżankę w czasie wojny! – odkrzyknął ktoś.
- Rekomendacja dobra jak każda inna! To do ciebie leci osiemnastowieczny francuski kordelas.
I tak to szło. Do coraz to kolejnych rąk leciały jatagany, miecze, szable, maczety, kukhri i temu podobne. Do najbliższych poruczników poleciało kilka strzelb i shotgunów, głównie 12- i 20-gauge. Razem z nimi żarty i docinki. Zgromadzenie stopniowo powiększało się o dołączające do tłumku kolejne osoby i nie minęło długo nim nie zrobiła się całkiem niezła impreza. Tłum był mój, za wyjątkiem może samego Massouda uśmiechającego się jedynie półgębkiem, i Brudnego, tym razem wpatrującego się w „moi” z morderstwem w oczach. Skaranie boskie z tym łysolem. Jego ciekawość musiała wziąć nad nim górę i opuścił swój posterunek, aby zobaczyć co tu się dzieje.
Kiedy już każdy miał swój egzemplarz broni, Massoud otoczył ramieniem nagie barki młodego Thomasa i rozejrzał się po wszystkich. W drugiej dłoni

30




dzierżył prawdziwy samurajski miecz. Oczywiście był to najpyszniejszy wytwór ze wszystkich rozdanych, choć według mnie miał trochę niezasłużoną sławę. Wydawał się mniej praktyczny niż chociażby taka husarska szabla.
- Dan – zaczął – muszę przyznać, że się spisałeś. A teraz powiedz mi, co byś chciał w zamian za te wspaniałomyślne podarki?
Zmrużyłem oczy.
- Doskonale wiesz czego chcę. Wstąpienie w wasze szeregi wydaje się dobrym rozwiązaniem. Powiedziałbym, że się wkupiłem, nie uważasz?
Z kręgu doszła salwa potwierdzających pomruków.
- Dan, Dan – potrząsnął głową – Naprawdę sądzisz, że w naszej małej... społeczności... że nie powiem - w tym świecie - znajduje się dla ciebie miejsce? Rozejrzyj się. Tu są same zabijaki. Większość z moich chłopaków przed Zgaśnięciem Świateł nawet by na takie chuchro jak ty nie splunęła w obawie, że im się ślina zabrudzi.
- A więc to tak. Czyli mam rozumieć, że mimo faktu iż wyposażyłem właśnie twoją bandę to i tak nie zasłużyłem na to aby dołączyć do was?
Massoud wzruszył ramionami z głupim uśmieszkiem mówiącym: "wiesz jak to jest", po czym

31




wskazał głową na ludzi znajdujących się za mną.
- Przydałeś się nie powiem, ale sądzę, że jesteś raczej narzędziem jednorazowego użytku. Trochę jak kondom: spełniłeś zadanie, a teraz pora spuścić wodę. Wybacz, ale takie są zasady gry.
- Poczekaj! – zawołałem unosząc zabandażowaną dłoń. Oślizgłe macki paniki wyraźnie wpełzały w mój głos, ale co mogłem powiedzieć, bałem się jak sam skurczybyk. Musiałem utrzymać głowę na karku – dosłownie i w przenośni – Najważniejsze zostawiłem na koniec!
Kurwa, kurwa, kurwa.
Massoud kolejnym spojrzeniem powstrzymał swoich przydupasów.
- Czemu musisz robić z tego taką niezręczną sytuację. Choć raz w życiu bądź męż... – dalsze dywagacje na temat osiągania dojrzałości zostały zatrzymane przez wbijający się z impetem w jego kość policzkową dwucalowy bolec.
Podczas gdy Massoud taplał się w swojej werbalnej sraczce, ja błyskawicznym ruchem wyciągnąłem z niemal pustej już torby gwoździownicę Charliego i z syknięciem posłałem gwóźdź w stronę herszta. Massoud miał dobry instynkt. Poczuwszy metal w twarzy, rzucił nienawistnie: „Ty skurwysynu, pożałujesz

32




tego!”, sięgając jednocześnie po swój pistolet. Zdążył go nawet wyciągnąć z kabury, gdy moja prowizoryczna broń ponownie syknęła kilka razy i w jego stronę poleciała salwa podłużnych pocisków. Nie byłem snajperem i jedyne strzelanie jakie w życiu wykonywałem odbywało się za sprawą klikania myszki. Tak jak się spodziewałem część pocisków spudłowała, reszta poorała jego szyję i klatkę piersiową, aczkolwiek jeden z nich utknął w jego prawym oku. Trzymając w dłoni Berettę odchylił głowę i wydał z siebie zwierzęcy wrzask. Dopiero wtedy dookoła się zagotowało: część zebranych próbowała się wymknąć z tłumu, większość zaczęła się przepychać między sobą. Jeden tylko Brudny z okrzykiem rzucił się w moją stronę. W tym samym czasie, pół-nagi towarzysz Massouda wyrwał swojemu wrzeszczącemu właścicielowi pistolet z ręki i władował mu dwie kule w sam środek pleców. Z piersi Durraniego wyprysnęły krwawe fontanny, a głośny huk sprawił, że świat ucichł. A może to ja ogłuchłem? Nie byłem pewien, ale na dźwięk wystrzałów wszyscy zamarli. Nawet Brudny stanął zmrożony wpół kroku dziesięć stóp ode

33




mnie, z wycelowanym w sam środek mojego ciała szpicem włóczni.
Massoud słaniając się na nogach obrócił się z wyrazem zdradzonego kochanka, aby stanąć twarzą w twarz z chłopakiem. Temu zaś nawet powieka nie drgnęła kiedy kolejnym wystrzałem rozwalił Durraniemu łeb. Niczym w westernie, były herszt Gangu Mechaników runął jak długi na ubity piach placyku. Ja, Brudny i wszyscy zebrani z wyczekiwaniem obserwowaliśmy kolejne poczynania młodzieńca.
Tymczasem on przestąpił nad zwłokami z których poszerzająca się powoli kałuża krwi zaczęła otaczać jego bose stopy i zbliżył się do mnie. Z przedramienia wystawała mu główka gwoździa jednak on wydawał się nie zwracać na to specjalnej uwagi. Był trochę wyższy. I piękny, że aż oczy bolały. Wiedziałem, że to nie wytrwa. Miałem wrażenie, że w tej nowej rzeczywistości piękno jest abominacją i nie miało prawa istnienia.
Jednak to on teraz rozdawał karty, a ja nie śmiałem nawet odetchnąć. Ani ja, ani nikt inny. Uniósł ponownie pistolet celując lufą we mnie. Spiąłem mięśnie brzucha w oczekiwaniu na ból towarzyszący pociskowi siejącemu spustoszenie w moich

34




wnętrznościach, jednak on przełożył go niezgrabnie w dłoniach i zaoferował niczym królewski podarunek. Powolnym ruchem schwyciłem spluwę, naprędce analizując dotychczasowy przebieg wydarzeń, oraz ich konsekwencje.
Obróciłem się do Brudnego, ciekawy jego reakcji. Mężczyzna także szacował obecną sytuację, nienawistnym wzrokiem obrzucając mnie, drugiego chłopaka i dzierżony w mych dłoniach metal: gwoździownicę w jednej i pistolet w drugiej. "Jaki będzie twój następny ruch, koleżko?" – zapytałem w myślach.
Brudny, jakby odczytywał zawartość mojej głowy niczym wróżka przyszłość z fusów, uśmiechnął się krzywo i podpierając się swoją włócznią uklęknął na lewe kolano. Po nim był chłopak Thomasów, z głową schyloną nisko i pewnym pietyzmem w ruchach, opadł na oba. Tama pękła. Jeden po drugim, mężczyzna i kobieta padali przede mną w jednogłośnym wyborze. Rozejrzałem się dookoła siebie i jedyne co widziałem to tylko czubki głów ludzi którzy obrali sobie nowego lidera.
Wtedy uderzyła mnie ta myśl. Myśl która... ukształtowała mnie na wszystkie późniejsze lata. Olśnienie które niemal sprawiło,

35




że zacząłem śmiać się niczym szaleniec. W poprzednim świecie byłem nikim. Wymoczkiem. Przegrańcem. Zerem. W tym świecie myślałem, że wystarczy mi charyzmy i szczęścia, aby móc przetrwać. Myliłem się. Przetrwanie nie wystarczyło; przynajmniej nie na dłuższą metę. Przetrwanie to codzienne rzucanie kością. 1-2-3 żyjesz dalej, 4-5-6 stajesz się czyimś stekiem, żeberkami i filetem. Walka o każdy następny dzień z okolicznościami na które nie miałem żadnego wpływu.
Lecz teraz, gdy ci wszyscy głupcy klęczeli, czułem jak otwierają się przede mną wrota. Złote wrota możliwości, zaś ich blask oświetlił mnie swoimi promieniami transcendując mnie do następnego poziomu istnienia.
To nie było niebo.
To nie było też piekło.
To była nicość, czekająca na akt stworzenia; pragnąca wypełnienia nowym światem...
Ja zaś miałem być jego nowym stwórcą.

     
Koniec

36




Wyrazy: Znaki: