Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 51
Dzisiaj w pracowni: 5
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Klątwa Heryikonka kopiowania

Autor: Lazarus Colgrave twarz męska

grafika opisu

rozwiń




KLĄTWA HERY

     Niemrawy, można by rzec nieśmiały wręcz dźwięk dzwonka z trudem przebił się do jego pogrążonej we śnie świadomości. Spał twardo, zmęczony po poprzedniej nieprzespanej nocy i pełnym zmartwień dniu po niej następującym. Początkowo wmawiał sobie, że tylko zdawało mu się, że ktoś dzwonił do drzwi; zbyt potrzebował odpoczynku, by natychmiast zerwać się i pobiec na spotkanie Bóg wie komu, przychodzącemu z Bóg wie jaką sprawą. Liczył w duchu na to, że nawet jeśli rzeczywiście ktoś postanowił zaprzątać mu głowę swoją obecnością, to po pierwszej porażce nie zechce nękać go ponownym dobijaniem się do jego wynajmowanego mieszkania. Był jednak w błędzie – nieproszony gość ponownie dał o sobie znać. Zirytowany mężczyzna zaczerpnął głęboko powietrza i podparł się rękoma, by podnieść się z kanapy, na której zasnął nawet nie przebrawszy się w piżamę. Z bólem pokręcił głową w tę i we w tę, czując jak pokurczona szyja bez reszty mu zdrętwiała. „Takie są konsekwencje zasypiania w gównianych pozycjach.” – pomyślał, po czym podniósł się z sofy, usuwając przedtem liczne zdjęcia i

1




wycinki artykułów walające się po podłodze. Choć stanowiły już jedynie nic nie znaczące świstki, to nie mógł pozwolić sobie na ich bezwzględne zdeptanie. Stanowiły część jego przeszłości, której, choć rozstał się z nią lata temu, nadal nie potrafił powiedzieć ostatecznego „żegnaj”. Chwiejnym krokiem przeszedł przez pogrążony w ciemności salon, a następnie wkroczył do równie ciemnego przedpokoju. Tam jednak zapalił światło, nie chcąc wyjść przed dobijającym się do drzwi, kimkolwiek on był, na jakiegoś mrocznego pomyleńca. Błysk lampy nieco go oślepił, dlatego, nim otworzył nachodźcy, zatrzymał się w pół kroku, by oswoić się z nagłą jasnością. Po chwili, jakby wyczuwając, że tajemnicza osoba znów posłuży się irytującym dzwonkiem, otworzył drzwi. Jego wzrok napotkał nieprzeniknioną czerń korytarza. Wytężył słaby wzrok, jednak nie dojrzał ani jednej pary błyszczących oczu lub jakiegokolwiek innego szczegółu, który świadczyłby, że ktoś znajduje się w bezpośredniej bliskości jego mieszkania. Kiedy chwycił za krawędź drzwi w celu ich nerwowego zatrzaśnięcia, gdzieś w glębi zarzęziła

2




dogorywająca lampa, obdarzając przy tym obskurny hall odrobiną światła. Zupełnie nagle, jakby wyrosła spod ziemi, pojawiła się przed mężczyzną niska, wątła postać, ukryta pod czarną peleryną z kapturem. Choć nie należał do strachliwych, cofnął się odruchowo, chcąc jak najszybciej przedzielić przestrzeń między nim a postacią drewnianą powierzchnią drzwi. Ta jednak ruszyła w jego kierunku, pozwalając światłu paść na jej twarz. Chwilowe przerażenie zniknęło prawie całkowicie – oto stała przed nim na oko czternastoletnia dziewczynka o ziemistej cerze, sięgających ramion prostych, czarnych włosach i dużych, smutnych oczach o tej samej barwie. Choć pozornie dziecko w tym wieku nie mogło wyrządzić mu żadnej krzywdy, mężczyzna poczuł jednak nowy, niewytłumaczalny niepokój. Oblicze dziewczynki zdawało się nie przejawiać żadnych emocji, jednocześnie prezentując ich pełny wachlarz. Przyjrzał się jej badawczo, marszcząc siwe, gęste brwi.
- Czego tu szukasz, dziecko? – zapytał surowo, próbując ukryć wrażenie, jakie na nim wywarła.
- Potrzebuję twojej pomocy. Szybko. – rzekła niskim głosem dojrzałej

3




kobiety.
Stłumił oburzenie wywołane jej impertynenckim pominięciem „pana” w swej śmiałej wypowiedzi.
- Wątpię, bym był w stanie pomóc komukolwiek. Wracaj do domu, rodzice pewnie się martwią. – nakazał wyniośle i sięgnął ponownie do chłodnej powierzchni dębowych drzwi, by bez grama współczucia zatrzasnąć je przed nosem dziewczynki.
Ku jego zdziwieniu drzwi ani drgnęły, mimo sporej energii użytej do wprawienia w ruch zawiasów. Wybałuszył oczy ze zdumienia, a serce zabiło mu o stokroć mocniej, niż kiedykolwiek wcześniej. Poczuł się jak bohater jednego z tych tandetnych horrorów, które miał okazję niekiedy oglądać, wegetatywnie spędzając czas przy piwie i telewizorze. Dziewczynka wpatrywała się w niego niemal nie mrugając, przemocą wymagając na nim, by zmienił swoje poprzednie, bezdusznie wyrzeknięte stanowisko.
- Wysłuchaj mnie. To nie żaden dowcip. – odezwała się ponownie, nie odrywając wzroku od jego pomarszczonej twarzy.
Chcąc nie chcąc niejako musiał przystać na tę bezczelną propozycję, zatem, nieco się ociągając, wycofał się do wnętrza mieszkania i otworzył szerzej drzwi, czyniąc przy tym zapraszający

4




gest dłonią. Dziewczynka bez zbędnej zwłoki wkroczyła do przedpokoju. Dopiero wówczas dostrzegł, że jest cała przemoczona. Z rękawów jej peleryny ściekały małe potoki deszczówki, a czarne glany pozostawiły na posadzce sporą ilość rozwodnionego błota. Poszarzałymi dłońmi zsunęła z głowy kaptur, ukazując się gospodarzowi w pełnym wymiarze. W tamtym momencie na chwilę zwątpił, czy poprawnie ocenił jej wiek. Rysy jej twarzy miały w sobie tyle sprzeczności, tyle zaokrągleń i zaostrzeń, że nie sposób było nawet określić, czy jest urocza, czy straszna, a co dopiero wyrokować o liczbie jej wiosen. Podążyła za nim do zagraconego salonu, lecz niemo odmówiła spoczęcia na kanapie lub jakimkolwiek innym meblu. Mężczyzna nie zamierzał wtórować jej w męczącej pozycji, toteż rozłożył się, nieco nonszalancko, na sofie i założył nogę na nogę, oczekując wyjaśnień.
- No, co tak stoisz i milczysz? – zapytał niecierpliwie, kiedy cisza zaczęła mu zbytnio ciążyć i na nowo napawać go strachem.
- Przyglądam się. – odparła krótko, nawet na niego nie patrząc.
Wodziła posępnym wzrokiem po poszczególnych elementach wystroju

5




salonu, co rusz zatrzymując spojrzenie na jakimś całkowicie nieinteresującym, według mężczyzny, obiekcie. Zdecydowanie najdłużej analizowała porozrzucane na podłodze zdjęcia i wycinki artykułów; odniósł wrażenie, że na ich widok niemal niedostrzegalnie się uśmiechnęła. Oczekując, aż jego gość przemówi, mężczyzna rzucił kątem oka na zegarek – wskazywał pierwszą trzydzieści – godzinę „cholernie nieodpowiednią, by tak młoda osoba błąkała się sama”, jak powiedział sobie w myślach.
- Przepraszam, że przyszłam tak późno. – odezwała się, jakby znała jego myśli. – Zdarzyło się jednak coś strasznego, w czym tylko ty możesz mi pomóc. – dodała, w końcu zwracając w jego stronę spojrzenie.
- Cóż takiego? – zapytał, nieco zaskoczony zarówno samym wyznaniem, jak i nagłym zwróceniem uwagi na jego osobę.
- W domu, w którym się ukrywałam, doszło do zbrodni. – odparła spokojnie, jakby właśnie powiedziała mu o jedynce z matematyki.
- Zbrodni? – zapytał, unosząc brwi.
- Zgadza się.
- Jakiej zbrodni, do cholery?! – zakrzyknął, zirytowany małomównością dziewczyny. – I co to znaczy, że się

6




ukrywałaś?
- Doszło do napadu, nie wiem, czy ktoś przeżył. Spałam na dole, w piwnicy, i niczego nie widziałam. Słyszałam jedynie krzyki kobiety i jej córki.
- I nie zadzwoniłaś na policję?! Co ty sobie myślałaś?! – wrzasnął, zrywając się z miejsca.
- Wiesz aż za dobrze, jak działa policja w tym mieście. – odparła beznamiętnie.
Zatkało go – skąd dziewczynka mogła wiedzieć o nim takie rzeczy? Dotychczas sądził, że na dobre udało mu się ukryć przed światem swoją tożsamość i swoją przeszłość. Jak dowiedziała się o jego dawnej karierze policyjnej, tego nijak nie potrafił wytłumaczyć.
- Skąd niby masz takie informacje? Skąd wiesz, że byłem policjantem? – zapytał.
- Właśnie mi to wyznałeś. – odparła bez cienia wesołości. – Musisz ustalić co się stało i jeśli je porwano, pomóc mi w poszukiwaniach. – dodała stanowczo.
- Cóż, moją pomoc doceniłabyś jeszcze mniej, niż wsparcie policji. Zrezygnowałem z tej cholernej roboty lata temu. – odparł.
- Zrezygnowałeś? – zapytała.
Przez chwilę miał wrażenie, że przyłapała go na kłamstwie, jednak odrzucił tę myśl. Skoro blefowała wcześniej,

7




zapewne nie miała wiedzy o przebiegu jego służby.
- Owszem, z czasem stała się nie do zniesienia. – odrzekł, wzdychając. – Zadzwonimy teraz na komisariat, podasz im adres i wszelkie dane, a potem skontaktuję się z twoimi rodzicami i zawiozę cię do domu. – dodał, podchodząc do leżącego w przedpokoju telefonu.
- Gdybym ich miała, najpewniej bym się tu dziś nie pojawiła. – odpowiedziała.
- Jesteś sierotą? – zapytał bez ogródek, zatrzymując się w pół kroku.
- Mam tylko ojca.
- To czemu, u licha, nie jesteś u niego? Czemu spałaś w jakimś domu, u Bóg wie jakich ludzi?
- Wyrzekł się mnie. Przez dobrych parę lat mieszkałam w domu dziecka, jednak uciekłam i ukryłam się w domu przyjaciółki z dzieciństwa.
- I jej matka wyraziła na to zgodę? Toż to skrajna nieodpowiedzialność. Szuka cię pewnie pół miasta! – krzyknął z oburzeniem.
- Wątpliwe, nikt tam raczej nie przejmował się losem wychowanków. – odparła spokojnie, ze sporą dozą chłodu. – Czas gra na naszą niekorzyść. Policja nic tu nie wskóra, to ich przerośnie. – kontynuowała, pochłaniając go całego swoim bezdennym spojrzeniem.
Westchnął cicho. Znał

8




niekompetencję swoich kolegów po fachu, z większością z nich zwykł przecież niejednokrotnie pijać wódkę. Było to stado zidiociałych, wąsatych leni, którzy woleliby umorzyć śledztwo, niż przyjrzeć się sprawie choćby o pięć minut dłużej. Było mu wstyd, że sam niegdyś zaliczał się do tego grona. Co więcej, bardzo je swego czasu hołubił.
- Niech ci będzie. Ale mówię od razu – jeśli natrafię na choćby ślad czegoś podejrzanego, zadzwonię prosto do komendanta. – rzucił zrezygnowany, zamiast po telefon, sięgając po beżowy, zużyty płaszcz.
Dziewczyna podążyła za nim bez słowa.
- Nie bierzesz ze sobą broni? – zapytała.
Choć jej głos nie zdradzał sarkazmu, a w zasadzie nie zdradzał niczego, mężczyzna poczuł ukłucie tego pytania gdzieś w odmętach jego zatopionej ambicji. Nie uniósł się jednak, jak miał to w zwyczaju, odkryłby bowiem przed pytającą silne emocje towarzyszące okolicznościom, przez które odebrano mu broń.
- Musiałem oddać, kiedy odchodziłem ze służby. – wymamrotał, przekręcając klucz w zamku.
Ruszyli pogrążonym w półmroku korytarzem, a potem już całkowicie ogarniętą ciemnością

9




klatką schodową. Mężczyzna zastanawiał się, jak jego niespodziewanej towarzyszce udało się nie zgubić w pozbawionym niemal zupełnie światła, kilkupiętrowym bloku, skoro nawet jemu, znającemu budynek na pamięć, poruszanie się po omacku wydawało się niemożliwością. Niepewny stawianych na ślepo kroków wyjął komórkę, by blaskiem jej ekranu uczynić otoczenie nieco bardziej przystępnym, choć na pewno nie przyjemniejszym – odrapana lamperia na ścianach i wszechobecny smród stęchlizny kategorycznie przekreślał taką możliwość.
Wkrótce znaleźli się na parkingu, gdzie wśród wielu smaganych wściekłymi opadami deszczu samochodów stał stary, ledwo żywy ford, należący do mężczyzny. Pośpiesznie ulokowali się na wytartych, skórzanych siedzeniach wewnątrz pojazdu, a po chwili ruszyli w drogę. Tajemnicza towarzyszka „emerytowanego” policjanta nie zdradziła mu adresu, pod którym rzekomo miało dojść do napadu, zapewniając, że bez trudu doprowadzi go na miejsce. Jechali więc powoli, tonąc w strugach deszczu, którym anemicznie poruszające się tam i z powrotem wycieraczki nijak nie mogły sprostać.
- Jak masz na imię? –

10




zapytał mężczyzna dziewczynkę, która umilkła na dobre dziesięć minut, kiedy wyjechali na prostą jak strzała, ciągnącą się w nieskończoność ulicę.
- Teraz w prawo. – odparła po kolejnych kilku minutach ciszy.
Kątem oka kierowca dostrzegł coś błyszczącego na palcu dziewczynki. Gdy trasa nie wymagała od niego żadnych manewrów, przyjrzał się dokładniej temu istotnemu, niepasującemu do matowej, szaro-czarnej postaci elementowi. Był nim, zdawałoby się, kunsztownie wykonany sygnet, z jakimś grawerunkiem wokół szlachetnego, czerwonego kamienia, którego treści słaby wzrok mężczyzny nie potrafił dostrzec.
- Piękny sygnet. – skonstatował. – Skąd go masz? – zapytał.
- Po ojcu. Choć się mnie wyrzekł, najwyraźniej postanowił mi go zostawić, bym nigdy nie wyzbyła się pamięci o jego marnej osobie. – odrzekła, choć nie wyczuł w jej tonie nawet odrobiny goryczy.
Mężczyzna wzruszył ramionami i umilkł, nie znajdując nowych tematów, które można by podjąć w takich okolicznościach, z taką osobą. Wątpił z resztą, by dziewczynce doskwierała dojmująca cisza panująca w samochodzie, którą przełamywał jedynie stukot

11




kropli o szyby i karoserię forda. Były policjant odnosił wrażenie, że ona sama na swój sposób wydziela, emanuje grobową ciszą, jakby stanowiła nieodłączną część jej zagadkowej tożsamości. Choć czuł się nieco pewniej w jej towarzystwie, nadal gdzieś z tyłu głowy skradała się ku jego świadomości obawa i lęk. W gruncie rzeczy wolał, kiedy milczała, bowiem jej krótkie, beznamiętnie rzucane w eter odpowiedzi niosły ze sobą coś niematerialnie niepokojącego; coś jakby groźbę wypowiedzianą jemu, oprawcom jej bliskich lub też całemu społeczeństwu. Jej śmiertelna powaga i niewzruszone oblicze stanowiły dla jego pięćdziesięcioletniego doświadczenia całkowite novum, a bijąca od niej zimnokrwista pewność siebie i charakterystyczny tylko dla niej beznamiętny spokój były niezwykłym dysonansem i zjawiskami całkowicie nieprzystającymi dla tak młodej dziewczyny, stojącej na dodatek w obliczu dopiero co zaistniałej traumatycznej sytuacji.
Minuty mijały jedna po drugiej w przeciwieństwie do deszczu, który zintensyfikował swój gniew do granic wytrzymałości tych, którzy mieli nieszczęście znaleźć się w jego zasięgu.

12




Mężczyzna wraz ze swoją niejako przymusową towarzyszką krążyli po mieście od dobrej godziny, wciąż skręcając w niekończące się meandry ulic i uliczek. Zniecierpliwienie byłego policjanta zaczynało brać górę nad strachem przed pasażerką, co dało się z łatwością poznać po jego coraz mocniej zaciśniętych na kierownicy dłoniach i sporej ilości potu, którą zostawiały, zmieniając na niej pozycję. Mimowolnie skręcał coraz gwałtowniej i ostrzej, co jakiś czas zahaczając tylnym kołem o wystający krawężnik. W końcu, po usłyszeniu kolejnej, pozbawionej grama emocji komendzie „w lewo”, z piskiem opon zatrzymał się tuż przed zakrętem i zaciągnął ręczny.
- Do cholery! Ileż będziesz mnie jeszcze ciągać po tym pieprzonym mieście?! Chcesz poczekać, aż ciała twoich przyjaciółek wystygną?! – krzyknął, nachylając się ku pasażerce.
Zdawała się nieobecna, mimo sporej dawki decybeli dostarczonej przez jego zachrypnięty głos. Odprowadzała wzrokiem poszczególne, spływające po bocznej szybie krople, dopóki nie straciły kształtu w kontakcie z gumową uszczelką. Wściekły mężczyzna dyszał głośno, wpatrując się w

13




jej szarą twarz i zastanawiając się, dlaczego ta absurdalna sytuacja musiała spotkać akurat jego. Torpedował pasażerkę spojrzeniem, niemo domagając się choćby odrobiny uwagi, której wymagałaby prosta uprzejmość. Dziewczyna jednak uporczywie milczała, kontemplując nad jakimiś odległymi, całkowicie mu obcymi kwestiami. Nagle zauważył, że otoczenie na zewnątrz samochodu powoli porusza się, a jego zamazane elementy nieśpiesznie usuwają się w tył.
- Chyba musisz naprawić ręczny. – wyrzekła niespodziewanie dziewczynka oddalonym o setki lat świetlnych głosem.
Wytrzeszczył oczy ze zdziwienia i kilkukrotnie ponowił manewr zaciągania hamulca – bezskutecznie.
- Jak mówiłam, teraz w lewo. – dodała, przenosząc na mężczyznę swoje puste spojrzenie.
Po jego karku przeszedł zimny dreszcz, a włosy na jego spracowanych, silnych ramionach stanęły mu dęba. Bez słowa sprzeciwu spełnił polecenie. Zastanawiał się, czy został ofiarą jakiegoś nad wyraz okrutnego dowcipu, czy też wyłącznie przypadek zrządził to, co właśnie się wydarzyło. Nieodparte poczucie, że bierze udział w czymś przerażającym, mającym demoniczne konotacje,

14




nie dawało mu spokoju. Choć dziewczynka nie wykazywała żadnych naocznych cech, które jasno wskazałyby mu, że jest istotą nie z tego świata lub że on sam po prostu doszczętnie zwariował, sugestywność scen ostatnich godzin zdawała się nie dawać mu pola do logicznych wyjaśnień. Mimo tego starał się wszystko racjonalizować, bowiem tak ukształtowała go natura. Tłumaczył sobie, że jego przyrdzewiały rzęch popsuł się już około dwudziestu razy i nie było powodu, dla którego nie miałby odmówić posłuszeństwa i po raz dwudziesty pierwszy. Z kolei dziewczyna mogła być najzwyczajniejszą reprezentantką, ponoć popularnej, subkultury emo i nikim ponad to. Lżył się w myślach, że na starość zaczyna dopatrywać się niesamowitości tam, gdzie ich nie ma.
- To ta ulica. – rzuciła jego pasażerka, która po wspomnianej racjonalizacji nie wydała mu się już tak diaboliczna, jak jeszcze kilka minut wcześniej.
Zamiast niej, uwagę kierowcy przykuło miejsce, do którego dotarli. Dzięki uprzejmości ulewy, która w międzyczasie nieco zelżała, mógł łatwiej dostrzec przynajmniej ogólny zarys długiej uliczki, po której obu stronach stały w

15




równych rzędach białe, jednorodzinne domki o czarnych dachach. Okolica wydała mu się znajoma, a wręcz mógłby założyć się, że niegdyś w niej bywał. Nie mógł sobie jednak przypomnieć w jakich okolicznościach.
- Chyba znam skądś to osiedle. – powiedział spokojnie, jakby chcąc zakryć tą krótką wypowiedzią swój niedawny wybuch. – Chociaż… cholera, sam już nie wiem. Teraz budują wszystko jednakowo. – dodał, gdy dziewczynka pozostawała milcząca.
- To ten dom. – rzekła po chwili, choć w zasadzie mogłaby wstrzymać się z tym oświadczeniem, bowiem otwarte na oścież drzwi i palące się wewnątrz domu światło stanowiło wyraźny znak, że wydarzyło się coś niedobrego.
Zaparkował samochód po drugiej stronie ulicy, w pewnej odległości od budynku wskazanego ruchem głowy dziewczynki.
- Zostań tutaj, a ja pójdę się rozejrzeć. Gdybyś zobaczyła kogoś podejrzanego, to się schowaj. Ja sobie poradzę. – rzekł stanowczo, po czym otworzył skrzypiące drzwi forda i wyszedł na deszcz, osłaniając szyję przed wiatrem za pomocą wysokiego kołnierza płaszcza.
Przebiegł truchtem przez uliczkę, a następnie wkroczył do

16




nieogrodzonego, zadbanego ogródka. Jednym susem pokonał pobielone schody prowadzące na werandę, po czym stanowczo zwolnił, zbliżywszy się do wejścia. Wsunął się do środka rozświetlonego korytarza, uprzednio wycierając buty w wycieraczkę z napisem „Witaj w domu!”, i zdjął z ramion mokry płaszcz. Odruchowo zawiesił go na haczyku na ścianie, jakby właśnie wrócił z pracy. Nie dostrzegł jednak tej irracjonalności swojego zachowania, skupiony był bowiem na chłonięciu szczegółów wystroju, które budziły w nim niejasne wspomnienia – niedomknięte szuflady, porozrzucane buty, bezpańska piłka odbijająca się od ścian – to wszystko miał okazję już niegdyś widzieć. Dziwne to było deja vu, bo co do tego, że doświadczał tego właśnie zjawiska, nie miał najmniejszych wątpliwości. Owszem, miewał je już wcześniej, lecz nigdy w tak intensywnej i drobiazgowej formie. Poszczególne sceny, mikrokrajobrazy zestawionych ze sobą paneli, listew i ścian otwierały w jego umyśle jakieś zapomniane, dawno nieużywane zapadki, które jednak nie dawały mu odpowiedzi na pytanie, co dokładnie widzi i skąd to zna. Uczucie to było jednak potężne

17




do tego stopnia, że rozmyślanie o nim wyparło na kilka chwil adrenalinę i strach, czy potencjalny zabójca nie czai się gdzieś za rogiem. Profesjonalna strona jego charakteru wzięła na szczęście po chwili górę nad wzniosłymi rozmyślaniami i na powrót udało mu się skupić na stojącym przed nim wyzwaniem. Gdy doszedł do krańca jednej ze ścian jasnożółtego przedpokoju, wychylił się powoli zza rogu. Widok rozmazanych, ciągnących się przez połowę kuchni krwawych śladów pozbawił go złudzeń, że jego towarzyszka stroiła sobie z niego żarty. Westchnął głośno, pochylając się nad szkarłatnymi smugami, które urywały się tuż przy przeciwległej ścianie, gdzie do pokoju przez otwarte okno wpadały krople deszczu. Bez trudu ustalił prawdopodobny scenariusz wydarzeń – napastnik wkroczył do domu od frontu, gdzie któryś z domowników nieopatrznie nie zamknął drzwi, po czym w kuchni natknął się na jednego z nich, najpewniej na matkę, o czym były policjant wnioskował na podstawie rozrzuconych na podłodze tabletek na bezsenność. Zapewne później doszło do krótszej bądź dłuższej walki, po której ktoś zginął, a przynajmniej

18




został poważnie ranny. Smugowe ślady na podłodze wskazywały, że kogoś po niej ciągnięto. Jako że urywały się tuż pod oknem należało sądzić, że napastnik postanowił ukryć ciało lub porwał zranioną kobietę. Mężczyzna szczerze wątpił, by sytuacja miała się odwrotnie i to zwierzyna stała się łowcą. Statystyki w takich sprawach mówiły same za siebie, choć mogły ulec nieznacznej zmianie od ostatniego czasu, kiedy miał okazję się im przyglądać. Zbliżył się do okna, gdzie urywał się ślad krwi, po czym ostrożnie wychylił się przez nie, by sprawdzić potencjalne drogi ucieczki napastnika. Dom stał w o tyle dogodnym miejscu, że zarówno za nim, jak i przed nim znajdowały się równolegle płynące swymi asfaltowymi korytami ulice. Napastnik mógł zatem wybrać jedną z dwóch tras, by wydostać się z newralgicznego punktu na mapie miasta i tylko badania traseologiczne mogłyby pomóc w ustaleniu, którędy się oddalił.
Mimo wcześniejszych zapowiedzi, że przy pierwszym znalezisku zadzwoni na policję, mężczyzna wstrzymał się z sięgnięciem po telefon. Postanowił przeszukać dom, pokój po pokoju, by informacje, którymi uraczy

19




później policjantów, były jak najkompletniejsze. Przeszedł zatem z kuchni do otwartego salonu, połączonego z jadalnią, a następnie do niewielkiego gabinetu, w którym pachniało tak, jak lubił – sosną i lawendą. W żadnym z pomieszczeń, każdym niezwykle urokliwe i ciepło urządzonym, nie znalazł wskazówek, które naprowadziłyby go na jakiś konkretny trop. Z parteru przeniósł się zatem na pierwsze piętro, wdrapując się po wąskich, bukowych schodkach. Uważając, by niczego nie dotknąć pozbawionymi rękawiczek dłońmi, uchylił powoli kremowe drzwi jednego z pokojów na piętrze. Pomieszczenie, które okazało się dziecięcą sypialnią, rozświetlał przyjemny blask nocnej lampki. Wstrzymał oddech, kiedy otwierające się drzwi stopniowo odsłaniały przed nim coraz szerszą połać utrzymanego w pastelowych odcieniach różu i zieleni pokoju. Spodziewał się natrafić wzrokiem na jakąś makabryczną inscenizację, z morzem krwi i wnętrzności pałętających się po zakamarkach prostokątnej sypialni. Nic takiego jednak nie ukazało się jego oczom. Wewnątrz panował wręcz pedantyczny porządek, z wyłączeniem zmierzwionej, odrzuconej w kąt

20




łóżka kołdry. Śpiące dziecko albo zdołało uciec, albo zostało ofiarą porwania lub morderstwa, podobnie jak jego matka. W centralnym punkcie sypialni stał na podłodze wysoki, rozłożysty, misternie wykonany domek dla lalek. Mężczyzna, zaintrygowany znaleziskiem, podszedł do niego z ciekawością. Obszedł je z każdej strony, co chwila nachylając się, by lepiej przyjrzeć się jego poszczególnym elementom. Ogarnięty dziwną fascynacją zapomniał, że nie powinien zostawiać zbyt wielu śladów i wyciągnął dłoń w kierunku malutkiego, zabawkowego łóżeczka ustawionego w jednym z miniaturowych pokoików. Nagle rozbłysło przed nim światło – gorące, pełne wściekłego żaru płomienie buchnęły mu w twarz. Cudem zdołał uskoczyć przed wygłodniałymi jęzorami ognia, które pojawiły się znikąd.
- Ogień szybko się rozniesie, radziłabym się pospieszyć. – usłyszał głos ponurej dziewczynki, dobiegający od strony drzwi.
Miała rację – płomienie łakomie wyciągały macki po drewniane ciała szafy, komody i łóżka, jednocześnie nadal trawiąc bezbronny domek dla lalek. Zszokowany mężczyzna ruszył pospiesznie ku wyjściu,

21




oglądając się nerwowo za siebie. Mijając dziewczynę chwycił ją mocno za nadgarstek i pociągnął za sobą. Musieli jak najszybciej wydostać się z domu, zanim ogień i dym odebrałyby im taką możliwość. Wybiegli przed budynek i zatrzymali się dopiero przy fordzie mężczyzny, gdzie, jak sądził, nic im nie zagrażało. Obejrzał się za siebie i oniemiał. Pożoga błyskawicznie rozprzestrzeniła się po całym piętrze, wgryzając się w drewniane ściany i wyglądając przez wszystkie okna. Nigdy wcześniej nie widział, by pożar pochłaniał zdobycz w takim tempie. Pozostawało kwestią kilku chwil, aż cały dom stanie w płomieniach. Były policjant zaczął gorączkowo przeszukiwać kieszenie w poszukiwaniu telefonu, jednocześnie krzycząc z całych sił „POŻAR! POŻAR!”. Sąsiednie zabudowania pozostawały jednak niewzruszone na jego ostrzeżenia, nadal będąc pogrążone w ciszy i ciemności. Po chwili pełnego napięcia lustrowania kieszeni wreszcie udało mu się wydobyć z jednej z nich telefon.
- Co robisz? – zapytała jego towarzyszka, której oblicze, mimo rozgrywających się przed nią scen, pozostawało niewzruszone.
- Jak to co?! Dzwonię

22




po cholerną straż! Zaraz spali się pół miasta! – krzyknął, zirytowany jej bezsensownymi pytaniami.
Pomimo kilkukrotnie ponawianych prób ożywienia wyświetlacza telefonu, ten uparcie nie reagował. Mężczyzna nie dawał jednak za wygraną, coraz wścieklej wciskając przyciski na klawiaturze.
- Ogień strawi tylko ten dom. Inni są bezpieczni. – wyrzekła dziewczyna pewnym głosem, jakby oznajmiała mu jakąś oczywistą prawdę.
Po kolejnej bezskutecznej próbie uruchomienia telefonu, policjant cisnął nim o chodnik i pobiegł w kierunku najbliższego domu, by ostrzec jego mieszkańców. Jego towarzyszka pozostała przy samochodzie, najwyraźniej nieczuła na cudzą krzywdę. Jak oszalały dobił do drzwi i zaczął łomotać w nie z całą siłą, jaka mu pozostała. Nikt jednak mu nie otworzył. Sytuacja powtórzyła się w przypadku każdego innego budynku. Mężczyzna miał wrażenie, że stracił zmysły. Stanął na środku ulicy, obracając się wokół własnej osi, szukając wzrokiem choćby jednego okna, w którym po jego rozpaczliwym nawoływaniu rozbłysłoby światło. Okolica była jednak martwa i całkowicie głucha na jego heroizm. Zrezygnowany

23




skierował swe kroki z powrotem do miejsca, gdzie pozostawił samochód i opartą o niego dziewczynę. Deszcz ściekał po jej wątłej, zobojętniałej postaci dokładnie tak samo jak wtedy, kiedy ujrzał ją po raz pierwszy. Wpatrywała się w płonący dom, a raczej w ogromnych rozmiarów ognisko, którym się stał. W miejscu ścian, balustrad, schodów i drzwi powstało jedno wielkie gruzowisko, nijak nie przypominające swej pierwotnej formy. Płomienie tańczyły na jej twarzy i wirowały na tle jej czarnych źrenic. Mężczyźnie wydało się, że ten spektakl śmierci i zniszczenia zafascynował jego towarzyszkę bardziej, niż cokolwiek do tej pory, choć nie zdradzała tego niczym, poza całkowitym skupieniem. Oparł się o samochód tuż obok niej i z rezygnacją skierował swój wzrok tam, gdzie ona utkwiła swój. Kiedy gniew i wzburzenie stopniowo ulotniły się z jego umysłu, w ich miejscu poczuł przygnębienie i na swój sposób sentymentalny smutek, którego źródła nie potrafił odgadnąć. Nie należał do nazbyt wrażliwych ludzi, nigdy wcześniej nie pojawiały się w nim tego typu emocje, a w czasie swej kariery brał przecież udział w niezliczonych

24




scenach tego typu. Tej nocy najwyraźniej wszystko miało być inne. Niezrozumiały marazm przeszywał jego tkanki i przecinał kości, dostawał się do szpiku i płynął tętnicami, rozlewając się po całym ciele. Niespodziewany ciężar przygniótł go tak intensywnie, że osunął się po karoserii na chodnik. Czuł się osaczony przez niewytłumaczalne zjawiska, które rozgrywały się jedno po drugim w przeciągu ostatnich dwóch godzin. Chciał uciec z tamtej przeklętej ulicy i zaszyć się w swoim mieszkaniu, by odzyskać spokój i poczucie bezpieczeństwa. Zakołysał się w tył i w przód z rozpaczą, po czym ukrył twarz w dłoniach.
- Nie szkoda ci czasu? – usłyszał nad sobą surowy głos towarzyszki.
Kiedy odsłonił oczy, tuż przed nimi załopotał na wietrze skrawek papieru, trzymany przez dziewczynę w dłoni. Nie był w stanie odczytać tego, co na nim napisano, bowiem jego wzrok już dawno za sobą miał swoje lata świetności. Dostrzegał jedynie zamazane karykatury liter i słów.
- Znalazłam to, zanim zaczęło się palić. – rzekła górująca nad nim, ponura postać, celem wyjaśnienia.
- Nie widzę, co jest na niej napisane. Nie wziąłem

25




okularów. – odparł mężczyzna, podnosząc się z kucek.
- Poprowadzę cię. – rzuciła krótko, zamaszyście odwracając się do niego plecami i ruszając w kierunku drzwi od strony pasażera.
Nadal skonsternowany, wsiadł do samochodu i przekręcił kluczyk w stacyjce. Postanowił poddać się losowi i nie wzbraniać się przed niczym, co zostało dla niego zaplanowane tej nocy. Posłusznie ruszył przed siebie, całkowicie zdając się na znajomość topografii miasta pasażerki. Apatycznie zmieniał biegi i z mozołem przekręcał kierownicę o odpowiednią ilość stopni, kiedy jego pilotka wypowiadała krótkie, schładzające atmosferę komendy, patrząc gdzieś w dal. Deszcz znów się wzmógł, jakby pokrzepiony spolegliwością byłego policjanta. Bębnił w dach i maskę samochodu, wystukując nieznane, przedwieczne melodie. Monotonia jazdy, późna godzina i milcząca od dłuższego czasu towarzyszka wpędziły mężczyznę w stan półsnu, z którego oswobadzał się co jakiś czas na kilka sekund, by zapanować nad pojazdem i rozejrzeć się mętnym wzrokiem wokół siebie. Czerwone światło na jednym ze skrzyżowań pozwoliło mu na odrobinę spokoju i

26




możliwość wyłączenia stale aktywnej czujności. Spod mimowolnie zamykających się powiek zerknął przez boczną szybę na opuszczony chodnik i osamotnione latarnie. Obrzeża miasta o tej godzinie wyglądały, jakby biblijna apokalipsa miała już miejsce – brak jakiegokolwiek ruchu, czy to przechodniów, czy samochodów, wprawiał go w przygnębiający nastrój. Jedynie kołyszące się na wietrze korony drzew ożywiały nieco krajobraz, choć rosło ich w pobliżu zbyt niewiele, by mogły stanowić istotny element otoczenia. Senne obserwacje stały się ostrzejsze, kiedy w bocznym lusterku pojawiła się postać kobiety ciągnącej za rękę dziecko, sądząc po ubiorze – najpewniej dziewczynkę. Szła wraz z pociechą w tym samym kierunku, w którym podążał mężczyzna i jego nieletnia towarzyszka, dopóki nie zatrzymało ich światło. Usiłował dostrzec szczegóły przedzierających się przez ulewę, pochylonych postaci, jednak obie trzymały się w cieniu, unikając światła latarni. Kobieta – zapewne matka – wyraźnie się spieszyła, nerwowo szarpiąc ociągające się dziecko. Ruchy te, podobnie jak jej wyniosły chód, wydały mu się znajome. Nie

27




było to wrażenie powierzchowne, jakie często powtarza się przy rutynowych czynnościach mijanych osób. Nie, tym razem czuł podskórne przeświadczenie, że niegdyś dość regularnie obserwował tę charakterystyczną paletę niuansów. Nie potrafił jednak żadnym sposobem przypomnieć sobie gdzie ani kiedy miało to miejsce. Jego umysł był na to zbyt wycieńczony wydarzeniami minionych chwil i wizją kolejnych, haratających jego pojmowanie świata scen. Gdy tak rozmyślał, kobieta i jej córka zrównały się z jego samochodem i przystanęły. Odniósł wrażenie, że zwróciły się w jego stronę, porzuciwszy wcześniej obrany cel.
- Zielone. – oznajmiła jego pasażerka, jakby zupełnie nieświadoma obecności nieznajomych.
On jednak nawet nie usłyszał jej słów, oczekując na to, co miały mu do przekazania dwie kobiety. Wykonał zapraszający gest ręką, sądził bowiem, że czekają na jego ofertę podwiezienia w tak paskudną pogodę. Mimo tego ani drgnęły.
- Ruszaj. – rzekła stanowczo dziewczynka.
Zignorował tę komendę, próbując usilnie odkryć, dlaczego matka i córka tak raptownie przystanęły. Powtórzył swój gest, podejrzewając, że

28




pierwotnie nie został zauważony. Kobieta zrobiła krok do przodu, a za nią uczyniła to samo jej podopieczna. Wreszcie znalazły się w zasięgu światła latarni i mężczyzna mógł się im przyjrzeć.
- Ruszaj! – krzyknęła jego zakapturzona towarzyszka.
Ze zgrozą dostrzegł, że choć stały już w jasnym polu latarnianej jurysdykcji, czerń ich postaci nie uległa zmianie. Resztki ubioru, które okrywały ich ciała były osmalone i poszarpane, a w miejscach, gdzie tkaniny nie sięgały, przebijała się trupia czerń spalenizny. Ramiona, nogi, brzuchy, a przede wszystkim twarze dziewczynki i jej matki były do cna zwęglone. Z ich oczodołów ziała porażająca pustka, a łyse czaski dopełniały traumatycznego obrazu odczłowieczenia. Mężczyźnie serce zabiło jak szalone, a ręce zatrzęsły się na kierownicy. Zdołał jednak wrzucić bieg i ruszył z piskiem opon. W lusterku dojrzał, jak makabryczne postacie weszły na jezdnię, pomachały w stronę oddalającego się forda i zajęły się ogniem.
- Mówiłam, żebyś ruszał. – rzuciła ponuro dziewczynka, kiedy dwie na wpół żywe żagwie zniknęły za zakrętem.
Były policjant nie potrafił opanować

29




drżenia nóg i przyspieszonego oddechu. Z nadludzkim wysiłkiem prowadził prosto samochód i dostosowywał kierunek jazdy do kolejnych wskazówek.
- Też to widziałaś? – zapytał bezmyślnie po dłuższej chwili dochodzenia do siebie.
Milczała.
- Kim jesteś? Dlaczego musiałaś przyjść akurat do mnie? – zapytał znów, zrozpaczony swoją sytuacją i przybijającym brakiem odpowiedzi na jakiekolwiek pytanie.
- Byłeś policjantem, intuicja powinna być twoim kamieniem węgielnym. – odparła.
- Nigdy jej nie miałem. Odpowiedz mi! – krzyknął.
- Być może odpowiedzi pojawią się same z czasem. – odpowiedziała, zatrzepotawszy długimi rzęsami – chyba jedynym ewidentnie dziewczęcym elementem jej urody.
Zaniechał dalszych pytań, zdając sobie sprawę z bezcelowości ich zadawania. Jego rozmówczyni należała do tego rodzaju przesłuchiwanych, który jeśli nie zechce, nie wyjawi ani słowa. Każda wypowiedź stanowiła wykalkulowany zestaw przeanalizowanych „za” i „przeciw”, odnoszących się do, być może, nawet pojedynczych liter. Tak czy owak wiedział, że nie ma szans na pozyskanie jakichkolwiek nadprogramowych informacji. Wiedziony

30




ciekawością, lecz także i poczuciem anachronicznego, policyjnego obowiązku, prowadził samochód w kierunku centrum miasta, zgodnie z instrukcjami towarzyszki. Wkrótce nakazała mu zaparkować pod kilkunastopiętrowym, przeszklonym hotelem, do którego prowadziła krótka, brukowana alejka. Choć i w tamtej okolicy wieżowce zbytnio nie różniły się jeden od drugiego, tym razem miał stuprocentową pewność, że z autopsji zna budynek, włącznie z jego wnętrzem. Przekonanie to, jak wcześniej, nie dawało się zdefiniować, jednak jego przejrzystość była nieporównywalna z zamazanym obrazem przeszłości, który malował się w jego myślach, kiedy pojawił się na osiedlu jednorodzinnych domków.
- Nie zostaniesz w aucie, prawda? – zapytał dziewczyny, kładąc dłoń na klamce od drzwiczek forda.
Popatrzyła na niego przeciągle, bez mrugnięcia okiem - słowa nie były już potrzebne. Wysiadł z samochodu, a jego towarzyszka postąpiła analogicznie i podążyła za nim, cicho jak duch. Ruszyli w kierunku obrotowych drzwi, oddzielających wnętrze hotelu od świata. Ilość wody, która spływała chodnikiem w dół ulicy była nieproporcjonalna do opadów.

31




„Studzienkę musiał szlag trafić.” – pomyślał mężczyzna, choć próżno wodził wzrokiem za choćby jedną z nich. Zbliżając się alejką do wejścia budynku, odrzucił swoją teorię o genezie strumienia. Ze zdziwieniem dostrzegł, choć nie powinno go już nic zaskakiwać, że potok wypływał nie ze studzienki, lecz wprost przez obrotowe drzwi hotelu. Domyślił się, że doszło do awarii, najpewniej jakiegoś rozerwania rury lub czegoś w tym rodzaju. Z wysiłkiem przepchnął skrzydło drzwi, blokowane od wewnątrz przez napierającą wodę, która sięgała mężczyźnie kostek. Kiedy wraz z towarzyszką znaleźli się w eleganckiej recepcji hotelu okazało się, że budynek, przynajmniej na parterze, opustoszał. Wszelkie lampy i inne źródła światła były zgaszone, a woda swobodnie przemykała przez całą długość stylizowanego na lata sześćdziesiąte pomieszczenia. O dziwo cały wystrój, wszelkie meble i dekoracje znajdowały się na swoich miejscach, niezniszczone mikrokataklizmem. Strumień łaskawie omijał skórzane, pikowane kanapy, rzeźbione, ciężkie krzesła i poustawiane w kątach pomieszczenia rośliny. Płynął między nimi, jakby

32




stanowił nieodłączny element krajobrazu, jakby przecinał jakąś dziewiczą dolinę, a nie środek pięciogwiazdkowego hotelu. Mężczyzna, wiedziony instynktem, postanowił podążyć jego śladem i zbadać jego źródło. Podświadomie liczył na to, że kiedy je znajdzie, pozna choć część odpowiedzi na dręczące go pytania. Ruszył w kierunku klatki schodowej, usytuowanej na prawo od recepcji, skąd woda rozlewała się po pomieszczeniu. Choć zamiast schodów, można było skorzystać z dwóch wind, nie skusił się na tę wygodę. Wątpił z resztą, biorąc pod uwagę obecny stan hotelu, by którakolwiek z nich była sprawna. Zaczął wspinać się po śliskich stopniach, przytrzymując się żelaznej, kutej poręczy. Każdy krok obarczony był ryzykiem przewrócenia się i nieodwracalnego, w jego wieku, uszkodzenia kolan lub innych części ciała. Spływający kaskadami strumień zaburzał równowagę mężczyzny, a stawianie obuwia na niepewnym gruncie, i to w dodatku po ciemku, już samo w sobie nie należało do najłatwiejszych. Żałował, że wychodząc z domu nie przygotował się lepiej i nie zabrał ze sobą choćby najmniejszej latarki. Któż mógł

33




jednak przewidzieć, że sytuacja zmieni się w coś tak absurdalnego. Poskręcana klatka schodowa zdawała się nie mieć kresu, w przeciwieństwie do zapasu sił byłego policjanta, który był już niemal do cna wyczerpany. W okolicy dziesiątego piętra sytuacja, ku jego radości, uległa zmianie. Tym razem woda nie spływała już z kolejnej kondygnacji, lecz z korytarza, w którym mieściły się pokoje gościnne. Ruszył żwawiej, z ulgą przyjmując do wiadomości prawdopodobny koniec wyczerpującej wspinaczki. Szybkim krokiem wdarł się do korytarza, brodząc w lodowatym potoku. Na końcu pogrążonego w mroku tunelu dostrzegł światło, padające przez otwarte drzwi jednego z pokojów. Przyspieszył jeszcze bardziej, dysząc i sapiąc, chcąc jak najszybciej zakończyć koszmar, którego stał się głównym bohaterem. Blask wydobywający się z sypialni pozwolił mu, kiedy zbliżył się na dostateczną odległość, rozejrzeć się wokół. Z przerażeniem napotkał na ścianach krwawe napisy „MORDERCA”, „WSTYDŹ SIĘ” i „TO TY POWINIENEŚ BYŁ UMRZEĆ”. Zaaferowany makabrycznymi znaleziskami potknął się i upadł twarzą w wodę. Poczuł jej dziwny,

34




choć znajomy smak – smak krwi. Z obrzydzeniem podniósł się na kolana i zbadał wybałuszonymi oczami barwę strumienia, w którym dotychczas brodził. Jej szkarłat stanowił dla niego szok. Wstał jak rażony piorunem i obejrzał się za siebie, poszukując wsparcia w swej ponurej towarzyszce. Nigdzie jej jednak nie było. Trzęsąc się z zimna i strachu skierował kroki do otwartej na oścież sypialni i wszedł do środka. Firanka powiewała na wietrze, który hulał od ściany do ściany, wpuszczony przez rozwarte szeroko okna. Przeciąg sprawił, że mężczyźnie zaszkliły się oczy, choć równie dobrze mogły być to łzy. Powiódł wzrokiem po wyłożonej dywanami podłodze. Czerwona woda wypływała z łazienki. Roztrzęsioną dłonią chwycił się framugi prowadzących do niej drzwi. Wziął kilka głębokich oddechów i wychylił się zza ściany. Z zatkanej wanny, niczym z fontanny, z każdej strony wylewała się krwista ciecz. Policjant zatkał usta dłonią, by nie krzyknąć. Na uginających się nogach zbliżył się do źródła potoku, spodziewając się, że uświadczy najgorszego. Wanna okazała się jednak pusta. Mężczyzna zatoczył się, poczuwszy

35




niewypowiedzianą, odbierającą równowagę ulgę. W ostatniej chwili złapał się kwadratowej umywalki i oparł na niej ciężar całego ciała. Rozmazanym spojrzeniem popatrzył w lustro i krzyknął najdonioślej w swoim życiu. Ogarnięty obrzydzeniem i strachem wybiegł z łazienki, odbił się od stojącej naprzeciwko szafy, po czym z całej siły uderzył goleniem w kant łóżka. Upadł na podłogę, niemal tracąc świadomość z bólu. Jego poorane zmarszczkami oblicze znów pogrążyło się w zmieszanej z krwią wodzie. Nie chciał ponownie poczuć jej smaku, dlatego przezwyciężył promieniujące od nogi cierpienie i podparł się dłońmi. Podniósł nieznacznie głowę i spojrzał przed siebie, w kierunku okien i powiewających firan. Z parapetu zwieszały się skrzyżowane, obute w glany nogi. Mętnym wzrokiem ogarnął postać towarzyszki. Podparta rękami z tyłu, wpatrywała się w niego przeszywającym, czarnym spojrzeniem, a jej włosy unosiły się w powietrzu, szarpane podmuchami wiatru. Wyciągnął w jej kierunku drżącą dłoń, szukając pomocy. Ona jednak pozostawała nieruchoma. Nie wzruszył jej nawet przepełniony bólem płacz mężczyzny, który

36




wkrótce rozbrzmiał w każdym kącie pokoju.
- Odpowiedzi nadeszły, prawda? – zapytała spokojnie.
Podczołgał się w jej stronę i z wysiłkiem oparł się o zimny kaloryfer, umocowany pod parapetem. Dyszał głośno, próbując opanować targający nim szloch i utrzymać w jedności rozdarte serce. Domyślał się, że z podkurczonymi jak dziecko nogami i strumieniami łez spływającymi po policzkach wygląda żałośnie, nie był jednak w stanie powstrzymać emocji.
- Opowiedz mi. – rzekła nieco przyjaźniej niż dotychczas.
Mężczyzna nabrał powietrza w usta i wstrzymał je na chwilę w płucach. Zamknął oczy i nie otworzył ich aż do końca swojej opowieści.
- Przypomniałem sobie… przypomniałem wszystko. – zaczął powoli, jąkając się i dławiąc. – Dziwiłem się wcześniej, skąd znam ten dom, do którego mnie przywiodłaś. Każdy kąt, każda rysa na ścianie była dla mnie oczywista, jakbym oglądał ją codziennie przez dwadzieścia lat. To był mój dom i doskonale o tym wiedziałaś, prawda? – zapytał, lecz nie czekając na odpowiedź, kontynuował. – Miałem niegdyś rodzinę, miałem żonę i prześliczną córeczkę. Była moim

37




skarbem, moim promykiem. Wątpię jednak, czy kiedykolwiek naprawdę to poczuła, choćby przez chwilę. Wówczas przedkładałem wódkę i kolegów nad domowe ognisko. Wpadałem tylko na chwilę, by zjeść obiad i przynieść wstyd przed sąsiadami, kiedy zataczając się, awanturowałem się z żoną. Pomimo zła, które wniosłem do tego domu, ona nie potrafiła ode mnie odejść, a córka patrzyła na mnie jak na obrazek świętego, łaknąc mojej uwagi i czasu, których nie potrafiłem, a raczej nie chciałem jej dać. Byłem wiecznym chłopcem, żądnym krótkich, ulotnych wrażeń i niczego więcej. Tak bardzo gardziłem statecznością i ich miłością. – rzekł z goryczą, po czym ponownie zapłakał. – Boże, ona miała dziesięć lat!
- Co się wydarzyło? – zapytała studzącym emocje tonem.
- Pewnego dnia trafiła mi się paskudna sprawa. Seryjny morderca panoszył się w okolicy, pozostając nieuchwytnym. Wybierał sobie mieszkania i domy osamotnionych matek z dziećmi, gdzie nikt nie mógł stawić mu oporu. Zabijał w różny sposób, jednak przy każdej zbrodni powtarzał się jeden element – podpalał zwłoki i puszczał z dymem całe nieruchomości.

38




Pomimo powagi sytuacji nie przejąłem się swoimi obowiązkami. Nie zamierzałem poświęcać swojego cennego czasu dla sprawy. Wykonywałem minimum tego, co do mnie należało, zazwyczaj pod wpływem lub skacowany. Pozwoliłem psychopacie zabijać i nie ponosić za to kary. Grałem na zwłokę, zasłaniając się brakiem śladów i zeznań, w rzeczywistości nawet ich nie szukając. Oszukiwanie i kłamstwa należały do wąskiego grona moich umiejętności, toteż nie wzbudzałem nawet najmniejszych podejrzeń. Koledzy, wespół z którymi prowadziłem śledztwo, kryli mnie, samemu mając takie samo, obojętne podejście. Najwyraźniej było to nie w smak mordercy, który liczył na zastrzyk adrenaliny, powodowany oddechem organów ścigania na karku. Wkrótce dał mi o tym znać w najdotkliwszy możliwy sposób… - urwał na chwilę, czując, że nie powstrzyma emocji podczas puenty swej opowieści. – Była sobota. Ulewna, jesienna sobota. Spędzałem wieczór u kochanki, w pokoju, w którym właśnie jesteśmy. Nagle zadzwonił telefon. Na wpół zalany kolega wybełkotał, płacząc do słuchawki, że moja rodzina… że moja ukochana żona i córeczka… że one… że

39




spłonęły. Ten bydlak poderżnął im gardła i polał ich martwe, blade ciała benzyną. Kiedy je zobaczyłem, nie mogłem ich nawet rozpoznać! – krzyknął z bólem i oddał się rozpaczy, przewracając się na bok.
- Czy go złapałeś? – zapytała towarzyszka.
- Zwolnili mnie niemal od razu po tym, jak do wszystkiego się przyznałem. Błagałem ich, by strzelili mi w łeb, zamknęli w komorze gazowej, posadzili na krześle – na próżno. Najgorsze na co mogłem liczyć to zwolnienie dyscyplinarne. A przecież ja je, kurwa, zabiłem! Ten psychopata tylko podłożył ogień, to ja jestem prawdziwym mordercą! – wrzasnął, podnosząc się i chwytając rozpaczliwie za krawędź peleryny dziewczyny.
Pod wpływem jego silnego nacisku tkanina puściła soki – zakrwawiona woda polała się po jego dłoni. Cofnął ją odruchowo, z bojaźnią spoglądając w górę, na powierniczkę jego tajemnic.
- A co stało się z kochanką? Przypominasz sobie?
- Och, to moja… trzecia ofiara. Była bardzo wrażliwa i łatwo było ją skrzywdzić, jak przystało na artystkę. Po tym, jak zabiłem swoją rodzinę, całkowicie urwałem z nią kontakt. Chciałem zaszyć się w jakiejś

40




ciemnej jamie i tam pozostać do końca życia. Nie wytrzymała tego. Nie mogła się pogodzić z tym, jak łatwo ją opuściłem. Kochała mnie, jestem tego pewien. Wiedziałem to i wtedy, tak samo jak miałem świadomość jej nadzwyczajnej wrażliwości i kruchej psychiki. Mimo tego zostawiłem ją, jak przystało na kanalię. Podcięła sobie żyły podczas kąpieli.
- Cieszę się, że mi to opowiedziałeś. – wyrzekła dziewczyna po chwili ciszy, przerywanej jękami mężczyzny. – Teraz znów możesz być człowiekiem. – dodała, pogładziwszy go na wpół spopieloną dłonią po twarzy.

     Oblepiony potem zerwał się na równe nogi z podniszczonej kanapy. Poranek pukał już przez szyby mieszkania promieniami wschodzącego słońca. Przetarł dłonią wilgotne czoło i pozlepiane powieki. Spojrzał pod nogi, na porozrzucane zdjęcia przedstawiające rozbawioną parę z wózkiem w najróżniejszych pozach, spacerującą wśród kojących okoliczności przyrody. Uśmiechnął się niemrawo i sięgnął po fotografie. Kiedy je podnosił, spod sterty wypadł jakiś błyszczący przedmiot. Schylił się po szkarłatny sygnet, popatrzył na niego przez chwilę, po czym

41




nasunął go na palec.

42




Wyrazy: Znaki: