Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 117
Dzisiaj w pracowni: 2
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Rusałka żałobnikikonka kopiowania

Autor: Joanna  twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Jednostajne, głuche odgłosy odrywają mnie od pracy. Uświadamiam sobie, że już od dłuższego czasu rozpraszają moją uwagę - widocznie skupiona na pisaniu wypierałam je ze świadomości, póki mogłam. W końcu jednak moje zmysły zaczęły się buntować: ani słowa więcej w takich warunkach.
Odchylam głowę masując obolały kark. Felieton, jak zwykle miał być gotowy na wczoraj; prawie już skończyłam jeszcze tylko drobna korekta i finto – można drukować.
- Co to za hałas – pytam sama siebie zaglądając do łazienki. Wraz ze światłem uruchamia się szemrząca wentylacja, gaszę je szybko i przez chwilę zatopiona w mroku próbuję uchwycić te dziwne odgłosy. Kołaczą się gdzieś w odległym końcu tego budynku, ledwie wyczuwalne niczym puls.
Wychodzę na korytarz, szukając odpowiedzi, ale tam pusto i cicho. Tylko na dole, w hotelowym barze śmiech i muzyka. Jakaś kobieta dudni szpilkami po schodach, by po chwili trzaskiem drzwi pożegnać się z rozbawionym towarzystwem. Nawołują ją jeszcze przez jakiś czas, potem dają za wygraną i bawią się bez niej.
Sho must go on - nie będzie ta, to będzie inna.
Zamykam drzwi i znowu to

1




słyszę:
-Jakby ktoś uderzał kijem w płot – przychodzi mi do głowy - tylko dlaczego akurat w płot?
Rytmiczne, jakby odmierzał je kamerton, tajemnicze dudnienie zaczyna mnie irytować. Z impetem podnoszę słuchawkę obmyślając treść skargi, lecz rezygnuję nim doniosę ją do ucha, bo niby co mam powiedzieć recepcjonistce? - Że coś mi stuka za uszami?
- Może jednak uda się zasnąć- postanawiam nie zwracać uwagi na hałasy - w końcu całe lata mieszkałam przy ruchliwej ulicy. Niedokończony artykuł - niczym wyrzut sumienia spogląda na mnie z otwartego laptopa. Zwalczam pokusę poprawienia błędu w ostatnim zdaniu, który czerwonym wężykiem wyraźnie kpi z mojego perfekcjonizmu. Zamykam klapę urządzenia - jeszcze w pociągu będzie chwila żeby się z nim rozprawić, a tymczasem postanawiam odpocząć. Przez jakiś czas przewracam się z boku na bok, wciąż słysząc miarowe, ciche stukanie, jednak w końcu odpływam.

     Sterylnie białe ściany pokryte do połowy płytkami, przywodzą na myśl szpital. Mijałam drzwi oznaczane czarnymi cyframi, próbując odgadnąć według jakiego klucza zostały oznaczone: 78, 17,54, 3, 25. Potem już nie

2




zwracałam na nie uwagi - znajomy stukot całkowicie przykuwa moją uwagę. Zniecierpliwiona przyspieszyłam kroku w nadziei, że za chwilę odkryję tę tajemnicę. Serce wali mocno, kiedy zatrzymuje się przed drzwiami z numerem 36. Choć wiem, że jestem sama rozglądam się w około, nim delikatnie nacisnę klamkę.

      ***
Moje koszmary zaczęły się gdzieś pod koniec roku; wróciłam z podróży służbowej nabuzowana nowymi pomysłami i nie mogłam działać, bo światem zawładnęła przedświąteczna gorączka; połowa mojego zespołu poszła na urlop, a ci, którzy zostali, potrafili myśleć tylko o prezentach, choinkach, potrawach jakimi będą się raczyć – zupełnie jak małe dzieci, które wierzą w Mikołaja
Zaszyłam się więc w domu, żeby jak co roku przeczekać to całe szaleństwo; wyspać się, poczytać i odreagować stres. To wtedy przyszły te nocne majaki a z nimi dziwne myśli za dnia- coś jak złe przeczucia, bezpodstawna pewność, że wydarzy się coś niedobrego.

     Nie ma okien, ale jest bardzo jasno; lampy wylewają jaskrawe, zimne światło a biel ścian odbija je i rzuca mi w oczy.

3




Przyspieszam kroku bo już wiem, że za chwilę znowu będę pod drzwiami z numerem 36, może tym razem uda mi się rozwikłać ich tajemnicę.

     Niepokój w tamtym czasie był moim nieodłącznym towarzyszem: nieudane małżeństwo, które chciałam ratować ciążą. Nieudana ciąża, po której miałam nadzieję pocieszyć się w ramionach nowego mężczyzny. I kolejne rozstanie, po którym nic już nie chciałam.
Niepowodzenia w życiu osobistym wetowałam sobie sukcesami w pracy. Praca stała się całym moim życiem; zatraciłam się w niej, świat cały przestał istnieć a ja spełniałam się na kolejnych szczeblach kariery - profesjonalna i perfekcyjna do granic możliwości. Przyczajona za maską kobiety sukcesu, nikomu nie ufałam, nikogo nie dopuszczałam do siebie - żadnej przyjaźni i żadnej miłości. Cóż, tak się dzieje, kiedy mąż zdradza cię z twoją najlepszą przyjaciółką.
W zamian miałam kontakty służbowe - masę kontaktów w całej unii i czasem z tych kontaktów rodziły się bliższe znajomości – jedne krótkie a inne… jeszcze krótsze – nic na stałe.
W nawiedzających mnie snach, wydziałam odbicie moich stresów, nie mogłam

4




tylko zrozumieć sensu monotematycznych koszmarów, powtarzających się coraz częściej.

     Mam pewność, że nie znajdę wyjścia, szukam go a jednocześnie wiem, że pochłoną mnie ten biały labirynt, bez drzwi, bez okien i gna w znajomym kierunku. Idę więc posłusznie wzdłuż bezliku ponumerowanych drzwi, by w końcu stanąć przed tymi moimi.

     Budziłam się w środku nocy zlana potem i …. płakałam. Ja silna, niezależna kobieta - najskuteczniejszy menager, nieugięty negocjator wychodzący zwycięsko z najbardziej burzliwych pertraktacji, nie mogłam dojść do ładu z lękami i niepokojem.
Rano wstawałam z opuchniętymi oczyma i zamętem w głowie. Gubiłam się w domysłach, co to wszystko może znaczyć, grzebałam w sennikach i popijałam szklanką whiski tabletki nasenne. Nie chciałam przyznać, że rozumiem co zwiastuje mi ten koszmar a przecież jego przekaz był bardzo czytelny, choć urywał się nim dośniłam go do końca.

      Jestem w białej płóciennej koszuli, moje buty stukają drewnianymi podeszwami i chwilowo zagłuszają tamte wabiące mnie odgłosy ale wiem, że za zakrętem już będę słyszała oba. Kiedy

5




staję się przed właściwymi drzwiami jestem bosa; nie pamiętam kiedy straciłam buty ale czuję się przez to zawstydzona, jakby ich brak zepchnął mnie do gorszej kategorii istot. Podkurczam brudne palce, najbardziej jak mogę staram się ukryć swoją nagość.

     - Musimy powtórzyć morfologię …. i zrobić jeszcze kilka dodatkowych badań – tłumaczył mój osobisty lekarz, studiując wnikliwie wyniki badań. Przyszłam do niego po coś lekkiego na uspokojenie, a on wypisał mi całą litanię badań; pawie dwa dni latałam po tych wszystkich gabinetach, tracąc czas i pieniądze, zanim odhaczyłam ostatni punkt na moim skierowaniu.
- W zasadzie mogłabyś położyć się na oddział …. w dwa, trzy dni zrobimy co trzeba – dodał nie patrząc mi w oczy.
- Jaki oddział? Zwariowałeś?! – nie mogłam pojąć o czym do mnie mówi – jutro muszę jechać do Warszawy, a w piątek mam …
Zamilkłam, bo w końcu podniósł oczy z nad tych papierów i w spojrzeniu przyniósł odpowiedzi na wszystkie moje pytania.

     - To tu! – z impetem szarpię za klamkę. Ustępują, gwałtownie wpuszczając mnie do środka. Przez chwilę nic nie widzę - za

6




drzwiami światło jest jeszcze jaśniejsze, oślepia mnie niczym słońce w upalny letni dzień. Przysłaniam oczy ręką. Powoli przyzwyczajają się do blasku.

     -To tu – otyła pielęgniarka wskazała pierwsze z brzegu drzwi, puszczając mnie przodem. Siadam bezradna na łóżku i nie wiem co dalej robić.
Ściany pokryte bladoniebieską farbą i w pościel tym samym kolorze, mają dawać nadzieję tym, którzy przychodzą tu umierać. Urządzenia do monitorowania parametrów życiowych na razie jeszcze nie mają zajęcia; zostaną włączone dopiero po operacji .
Wszędzie sterylnie, cicho i ładnie.
Przychodzi mina myśl moja ostatnia wizyta w miejskim szpitalu, w którym na ośmioosobowej sali, przeznaczonej dla pacjentów w ciężkim stanie, leżał kiedyś mój dziadek. Wśród smrodu, ciasnoty i pospiechu pielęgniarek, pacjenci po udarach, z ułańską fantazją żegnali się z tym światem - zbereźne kawały z których zaśmiewali się do północy i krótkie spódniczki pielęgniarek, przywołujące wspomnienia z młodości, podnosiły im ciśnienie i odwlekały moment, kiedy ich oczy miały się zamknąć raz na zawsze.
Pielęgniarki

7




skarżyły się ordynatorowi ale i on nie potrafił uspokoić zwariowanych dziadków; sam lubił czasem posiedzieć i pośmiać się z nimi - dopóki nie wezwano go do jakiegoś nagłego przypadku.
Tam było życie, tam była prawdziwa szczera radość z każdego dnia, który udało się przeżyć, z każdej chwili, bo następna mogła okazać się ostatnią; sikając do plastikowych worków, kaszlając i plując zwariowani staruszkowie z moim dziadkiem na czele, rozrabiali jak małe dzieci i za nic mieli tę, która z białą kosą spacerowała pod oknami szpitalnej sali.
Co jakiś czas udawało się jej przyciągnąć któregoś do siebie, co nie przeszkadzało reszcie cieszyć się dalej. Nic dziwnego, że dziadek nie chciał wracać do domu, kiedy stan jego zdrowia niespodziewanie się polepszył.

     Moja pielęgniarka zerkając na mnie ukradkiem, krzątała się po pokoju; uchyliła okno, sprawdziła czy działa światło w łazience, zajrzała do szafy i pod łóżko, a ja w tym czasie bez ruchu siedziałam na krawędzi łóżka, kurczowo ściskając swoją torbę.
- Pomogę się przebrać - oznajmiła w końcu wyciągając po nią rękę. Przez chwilę

8




mocniej zacisnęłam dłoń na uchwytach, potem bezwiednie poddałam się rutynowym czynnościom. Delikatne i stanowcze ruchy jej ciepłych rąk i ciche łagodne komendy, przeniosły mnie w świat po tamtej stronie. Nim ubrałam koszulę nocną, wtajemniczyła mnie we wszystkie szpitalne zwyczaje - z wyczuciem, bym za wcześnie nie domyśliła się swojej sytuacji.
Na odchodnym spytała jeszcze czy czegoś nie potrzebuję.
- Jest okno – schrypniętym głosem wyartykułowałam tę myśl, która kołatała się w mojej głowie od chwili, kiedy stając przed drzwiami sali z numerem zero jeden, zaczęłam przeżywać najstraszniejsze deja vu w swoim życiu.
- Słucham? – moja opiekunka nie bardzo wiedziała o co mi chodzi – mogę zasłonić żaluzje, jeśli pani przeszkadza światło.
Nie zasłaniała ich jednak, nie doczekawszy się mojej odpowiedzi. Przez chwilę stała z jedną nogą za progiem, niezdecydowana czy ma zostać, czy odejść.
- Może do kogoś zadzwonić? – spytała nie patrząc mi w oczy; dobrze wiedziała ze nic nie wpisałam w rubrykę w karcie rejestracyjnej, w którą należy wpisać nazwisko osoby uprawnionej do informacji na

9




mój temat.
- Nie dziękuję - pokręciłam głową szukając w pamięci, kogo może obchodzić moja sytuacja zdrowotna – może potem…..
Uśmiechnęła się i cicho wyszła z pokoju, zostawiając mnie sam na sam z przeraźliwie niebieską pustką.

     Jedyne w całym pokoju łóżko, zasłane sterylnie białą pościelą jest puste. Zatykam uszy dłońmi - nie mogąc znieść hałasu, lecz wciąż nie widzę jego źródła. Dopiero kiedy podchodzę bliżej u wezgłowia na metalowej poręczy dostrzegam motyla. Po raz pierwszy w tym labiryncie bieli i światła moje oczy napotkają kolory; wbijając się w źrenice, przenikają przez oczodoły głęboko aż gdzieś w środek mózgu, gdzie zatrzymują myśli i czas. Nie mogę oderwać wzroku od rozchylających się raz, po raz skrzydeł, które opadając na metalową poręcz, wydają głuche, donośnie dudnienie. Ich aksamitny brąz wykończony misternym jasnym rąbkiem - niczym koronką, przywodzi na myśl wytworną suknie wieczorową.

     Wśród bezsennych nocy targana na przemian strachem i wysoką temperaturą śniłam swój koszmar i na jawie. Nasycał mnie niepokojem i odbierał nadzieję.

10




Światło nocnej lampki, rzadko rozwiewało wrażenie nieuchronnej zagłady, do której - biorąc pod uwagę wyniki moich badań -zmierzałam w piorunującym tempie.

     Bez tchu, z sercem ściśniętym niekończącym się skurczem, chłonę oślepionymi oczyma powłóczyste, dostojne ruchy skrzydeł; delikatnie skrząc się w świetle lampy, na ułamek sekundy stają się cienką kreską, by po chwili znów cieszyć mnie swym urokiem.
- Zbliżyć się, dotknąć, za wszelką cenę, mieć go tylko dla siebie! – podniecona, opętana chciwością, niczym lunatyk, w swojej białej koszuli idę z rękoma wyciągniętymi do przodu. Choć idę szybko on się oddala. Biegnę coraz prędzej lecz on znika mi z oczu. I tylko głuchy łoskot nadal zostaje ze mną.


     W tym szpitalnym łóżku niczym w pułapce nie mogłam się przed nim bronić, bo tu nie było granicy między dniem i nocą, między jawą i snem.

     Korytarz biały i długi, zakręt i znów korytarz. Nie wiem ile już idę, ale wiem, że nie spocznę dopóki go nie posiądę.

     Były tylko odloty w przepaść niebytu lub powroty do bolesnego koszmaru, gdzie czyjeś ciepłe ręce, czyniły swoją

11




powinność.

     Widzę go z daleka. Zmęczona i słaba, ostatkiem sił zbliżam się w końcu na tyle, by znowu go zobaczyć. Moje podniecenie zamienia się w rozpacz na widok tego, co dzieje się z moim skarbem; dudnienie wciąż jest głośne lecz skrzydła całe w strzępach. Przy każdym uderzeniu, ciemne, oślizłe okruchy - niczym wnętrzności patroszonej kury - spadają na poduszkę, a potem z obrzydliwym plaśnięciem lądują na podłodze. Jest ich coraz więcej.
Wstrząśnięta tym widokiem, zapomniałam na moment o łomocie, dopiero po chwili przeraźliwy dźwięk z podwójną siłą wwierca w moje uszy, obezwładnia i przeraża.
Dociera do mnie, że znalazłam się w centrum wszechogarniającej destrukcji i za chwilę ulegnę zniszczeniu, tak jak cała ta wyimaginowana biała pustka. Bezwiednie zaczęłam liczyć uderzenia: osiem, dziewięć, dziesięć - wiem, że nie będzie ich więcej niż trzydzieści sześć. Piętnaście, szesnaście siedemnaście -zatkałam dłońmi uszy, ale to mnie nie może uchronić od głośnych fal dźwiękowych boleśnie odbijających się od moich bębenków. Dwadzieścia dwa - ucieczka jest moją jedyną nadzieją.

12




Dwadzieścia cztery - nogi jak z ołowiu zbyt wolno suną do drzwi, dwadzieścia siedem - klamka niechętne wypuszcza mnie na korytarz, trzydzieści trzy - najszybciej jak mogę przemierzam drogę powrotną, trzydzieści pięć – coraz mniej sił - oglądam się i nie ma już białych kafelków. Rozszalała czarna fala podmywa mi stopy i pogrążam się w mętnej toni, nim wybije ostatnie - trzydzieste szóste uderzenie.

     Nie wiem, w którym świecie dośniłam swój makabryczny sen do końca - tam tak łatwo pomylić rzeczywistość z koszmarem. Byłam jednak pewna, że już wszystko skończone i nie ma ratunku - miałam trzydzieści sześć lat i wszystko wskazywało na to, że to więcej nie będzie.

     Szalejący żywioł niszczy wszystko, co napotka na drodze; mętne, wzburzone fale z hukiem przetaczają się wzdłuż niekończących się korytarzy, wyłamują drzwi, pogrążając kolejne pomieszczenia.

     Moje życie niczym świeca na przeciągu, mogło zgasnąć w każdej chwili; ledwie tlący się knotek, chwilami rozniecał się słabym płomieniem - zbyt słabym, żeby dawać jakąkolwiek nadzieję.
A jednak moje serce wciąż pompowało krew, płuca

13




pracowicie wdychały i wydychały powietrze aż przyszedł w końcu taki dzień, w którym poczułam nadzieję – znacznie szybciej niż, lekarze zobaczyli ją w wynikach badań.
Wracały siły, apetyt i coraz częściej myślałam o przyszłości.
Choć wciąż jeszcze myślałam starymi kategoriami – bolała mnie utrata pracy, martwiłam się czy znajdę nową - budziłam się do życia przepoczwarzona.
To co kiedyś było ważne teraz nie miało znaczenia.

      Woda opada powoli, zostawiając na ścianach brudne zacieki. Cisza nie pasuje do tego miejsca- mam wrażenie, że za chwilę usłyszę znajome dźwięki.

     Słyszę je czasem; przedzierają się prze kakofonię ulicznego gwaru, kiedy zatrzymuję się żeby obejrzeć jakąś witrynę sklepową. Innym razem mieszają się z warkotem silników, kiedy stoję w korku na światłach. Dyskretne, ledwie słyszalne - przypominają, że gdzieś tam wystukują się moje chwile.
Uśmiecham się zawsze wtedy - dobrze jest czuć, że się żyje.

Trzydzieści sześć metrów ma kawalerka, na którą zamieniłam wcześniejsze drogie mieszkanie, myślę jednak, że wciąż nie odnalazłam znaczenia tej liczby; Nie raz

14




przychodzi mi do głowy, że prędzej czy później przekonam się co miała znaczyć - z jakiego powodu dostałam od losu kilka dodatkowych lat życia w pakiecie z poczuciem jego sensu.

     Przyznaję się do znajomych - na face boku i w realu – nawiązuję kontakty, umawiam się na kawę z koleżankami, z którymi nie widziałam się całe lata. Przyglądam się ich życiu i wsłuchuję w historie, które opowiadają; zadziwiające ile emocji wywołuje u młodej matki wyżynający się pierwszy ząbek jej dziecka – jakby to był ósmy cud świata i wygląda na to, że jest.

     Rusałka żałobnik – tak nazywa się motyl z mojego snu.
- Nie będzie po mnie żałoby piękny motylu – jeszcze nie teraz. Żyję i cieszę się życiem, chociaż potrzebny był tragiczny splot wydarzeń, aby skierować je na właściwe tory.

     

     

     
.

15




Wyrazy: Znaki: