Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 84
Dzisiaj w pracowni: 2
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Mrok, który przyciągaikonka kopiowania

Autor: Agata twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Kiedy byłam mała prawie umarłam na stole operacyjnym. A w zasadzie nie prawie, a w pełni. Przez sześć minut byłam nieżywa, moje ciało przestało działać, tak po prostu, jakby ktoś wyłączył zasilanie. Przez sześć minut byłam tylko kukłą z niefunkcjonującymi narządami. Moje ja gdzieś uleciało, schowało się we wnętrzu czegoś nieskończonego, nabrało barw, nauczyło się słuchać i widzieć rzeczy niepojęte, doświadczyło przemiany i znalazło drogę powrotną. Stałam się kimś nowym, może nawet lepszym, kimś kto może zmienić zapisany nam los, sprawić, że ból minie, że zło nigdy się nie wydarzy.
Gdy wreszcie otworzyłam oczy, wszystko wyglądało zwyczajnie, a jednak wszystko się zmieniło. Świat stał się inny, czułam to, czułam potęgę, które we mnie drzemie i nie wiedziałam co oznacza. Bałam się tej zmiany, bałam się odpowiedzialności jaka się z tym wiązała, więc, gdy zobaczyłam mamę przytuliłam ją mocno, co było o tyle dziwne, bo nigdy nie byłyśmy sobie bliskie.
Mama i ja byłyśmy jak lodowe skały, które dryfują obok siebie na oceanie, od czasu do czasu zderzając się ze sobą i krusząc kawałek

1




siebie.
Tydzień wcześniej wykradłam się na chwilę z domu, a że była to niedziela, miałam na sobie śnieżnobiałą sukienkę i czyściutkie buciki. Ciepły wieczór nastrajał na spacery, a ja bardzo chciałam zobaczyć spadające gwiazdy. Tata mi o nich opowiadał, mówił, że spełniają marzenia.
Postanowiłam to sprawdzić. Wyszłam po cichu z domu, gdy mama przebierała się w domową garsonkę, a tata oglądał telewizję. Przeszłam przez ogrodzenie i pobiegłam na polanę, z której widać było prawie całe miasto. Położyłam się na trawie spoglądając na usiane gwiazdami niebo. Nie leżałam tam długo, a przynajmniej tak mi się wydaje, ale mimo wszystko nagle przestraszyłam się, że rodzice zauważą, że mnie nie ma. Szybko podniosłam się i ile sił w nogach zaczęłam biec w stronę domu. Po drodze się przewróciłam o niewielki konar drzewa. Potem, czym prędzej przeskoczyłam przez płot, raniąc sobie przy tym nogę. Gdy wbiegłam zdyszana do domu, moja sukienka miała zielone plamy od trawy i czerwone od zdartej skóry na łydce, a ja miałam ubrudzoną twarz oraz ręce. Mama, gdy mnie zobaczyła, od razu stała się czerwona jak burak z

2




wściekłości. Skuliłam się ze strachu.
- Co ja ci mówiłam o łażeniu po drzewach?! - Krzyczała. - Zobacz co zrobiłaś z sukienką! Marlena nigdy by się tak nie zachowała w stosunku do swojej mamy. - Wieczne porównywanie mnie do idealnej Marleny było moim przekleństwem.
- Co się dzieje? - Usłyszawszy krzyki pojawił się tata.
- Zobacz jak ona wygląda- mama wskazała mnie palcem. Tata popatrzyła na mnie i tylko się roześmiał.
- Po prostu dziewczyna dobrze się bawiła - Kucnął koło mnie i obejrzał skaleczenie.- Chodź, Saro, przemyjemy tę ranę. A ty, kochanie - zwrócił się do mamy - nie denerwuj się tak. Przecież Sara nie zrobiła nic złego.
- Jak to nie? Zobacz na jej piękną sukienkę, jest cała zniszczona. - Mama aż się trzęsła z wściekłości.
- Sukienka nie jest najważniejsza, kupię jej drugą, taką samą. - Skwitował tonem zamykającym mamie usta.
Od kiedy pamiętam, mama przebierała mnie w eleganckie ciuszki. Musiałam się ładnie prezentować, musiałam wyglądać i zachowywać się jak dama, nie zaś jak zwykłe dziecko. Koronki, lakierki, wstążki we włosach, to była moja codzienność. A ja chciałam jedynie wspinać

3




się na drzewa, przechodzić przez płoty i skakać po kałużach w deszczowe dni. Moja matka nie akceptowała mnie. Nie potrafiła znieść tego, że nie jestem uległa, że potrafię się buntować i mimo że ubierałam się w to co mi kazała, to mój charakter nie był taki jakiego oczekiwała. W jej życiu bardzo liczył się wygląd i to co ludzie sobie pomyślą, dlatego robiła wszystko pod publikę. Ja zaś miała to gdzieś, chyba dlatego nie potrafiłyśmy ze sobą rozmawiać, nie potrafiła stworzyć ze mną więzi, bo nie lubiłam sukienek i nie chodziłam z nią po sklepach w poszukiwaniu nowej, setnej już pary butów. Nie okazywała mi czułości, nie potrafiła się otworzyć, przytulić mnie czy powiedzieć zwykłego ,,kocham cię''. To było dla niej tabu, nie uzewnętrzniała się w taki sposób, a fizyczna bliskość z dzieckiem czy pocałunek w czoło na dobranoc były dla niej czymś obcym. To tata zawsze mnie przytulał, to on kiedyś czytał mi bajki i śpiewał przed snem kołysanki, to w nim miałam oparcie.
W tamtej chwili jednak, tuż po operacji, mój dotyk coś zmienił. Mama jakby się otworzyła, uśmiechnęła i ze łzami w oczach zagarnęła

4




mnie mocniej do siebie. Uczucia wzbudził w niej pewnie fakt, że mogła mnie stracić. Każdy doznaje olśnienia w krytycznych, niebezpiecznych sytuacjach. To wtedy runął mur dzielących nas różnic, to wtedy mama zaczęła bardziej się starać, a ja poczułam się przez nią akceptowana.
Leżąc w szpitalu wyglądałam przez okno. Świat jakby nabrał kolorów, był wyrazistszy, bardziej pełny, prawdziwszy. Chciałam dotknąć kory drzew, zapamiętać jaką na strukturę pod palcami, chciałam powąchać źdźbła trawy i sprawdzić czy jej zapach się zmienił. Chciałam poczuć rześkość powietrza, zobaczyć promienie słońca i usłyszeć powiew wiatru. Wiedziałam, że od teraz wszystko się zmieniło, zaczęłam więcej czuć, więcej widzieć, a przede wszystkim wiedzieć więcej.
Wyszłam ze szpitala ciekawa każdej napotkanej materii, czy to ożywionej czy też tej nieożywionej. Uśmiechu dodawał mi fakt, że rodzice postanowili zabrać mnie nad morze. Jeszcze nigdy tam nie byłam, tak więc moja radość nie miała granic.
Jechaliśmy bardzo długo. Miałam wrażenie, że nigdy nie dostaniemy się na miejsce. Byłam tak podekscytowana, że nie

5




mogłam się doczekać kiedy w końcu zobaczę morze, które do tej pory widziałam jedynie w kolorowych czasopismach. Po drodze zatrzymywaliśmy się chyba z milion razy, na jedzenie, toaletę, aby rozprostować nogi, a ja zniecierpliwiona tymi postojami, w kółko pytałam:
- Daleko jeszcze?
Aż w końcu na horyzoncie ujrzałam bezkresną wodę. Słyszałam mewy skrzeczące swoją historię, czułam zapach soli, a serce dudniło w mojej piersi chcąc wyrwać się na wolność. Nie zdążyliśmy się jeszcze zameldować, a ja już poprosiłam rodziców o to, żeby zaprowadzili mnie na plażę. Szliśmy przez iglasty lasek pachnący świeżością, potem ujrzałam wydmy, a gdy tylko się na nie wspięłam, aż dech mi zaparło. W jednej chwili poczułam potęgę żywiołu. Fale delikatnie lizały brzeg, ale czułam podskórnie, że gdyby tylko chciały, w jednej chwili mogłyby porwać ludzkie istnienie. Nigdy nie sądziłam, że można poczuć taką przewagę przyrody, a jednak żyć z nią w zgodzie i nie bać się jej.
Kilka dni później siedziałam na piasku i budowałam różne rzeczy. W pewnym momencie zobaczyłam panią wchodzącą do wody z dziewczynką w

6




kucykach. Mała nie miała więcej niż sześć lat, dlatego zdziwiło mnie, że idą wciąż przed siebie w coraz dalszą głębinę. Nie zważając na fale kobieta ciągnęła płaczące i zawodzące dziecko. Dziewczynka przez łzy krzyczała: ,,Chcę wracać na plażę. Nie podoba mi się tu. Czemu to robimy? Wracajmy, mamusiu proszę!'' Kobieta z kamienna twarzą odpowiedziała jedynie: ,,Idziemy po szczęście''.
Zaczęłam biec w ich kierunku. Czym prędzej wpadłam do wody, brodząc w niej niczym w błocie. Rozglądałam się rozgorączkowana dookoła, ale nikogo nie zauważyłam. Nie wiedziałam co się właściwie stało. Czy miałam jakieś przewidzenia? Czy za długo siedziałam na słońcu i padło mi na mózg, dlatego mam halucynacje? Czy może zwariowałam? Co to było? Czy ta pani z dzieckiem była jedynie wytworem mojej wyobraźni? Niemożliwe. Widziałam je. Słyszałam. To było tak bardzo realistyczne, że nie mogło być tylko fatamorganą.
Odwróciłam się w stronę plaży i zrezygnowana zaczęłam wychodzić z wody, rozglądając się jednak dalej wokół siebie. Ciągle miałam nadzieję, że gdzieś je zobaczę. I w tym momencie spostrzegłam

7




dwie postacie na piasku. Rozkładały koc, mała wyciągała zabawki z płóciennej torby, aby zacząć budować babki bądź wyśnione zamki. Nie zastanawiając się, czym prędzej pobiegłam w ich kierunku i żwawym krokiem podeszłam do kobiety z dzieckiem.
- Dzień dobry. Nazywam się Sara Kaniuk - wyplułam z siebie z prędkością karabinu maszynowego - Chciałam tylko powiedzieć, żeby pani tego nie robiła. - Nie wiem czemu to powiedziałam. Nie wiem co mnie podkusiło ani co mną kierowało. Nic innego nie przychodziło mi do głowy. Byłam pewna, że kobieta uzna mnie za wariatkę, szybko weźmie dziecko pod pachę i odejdzie jak najdalej ode mnie. Ona jednak spojrzała mi w oczy i ku mojemu zaskoczeniu rozpłakała się. Coś w głębi mnie kazało mi przytulić tę kobietę i tak też zrobiłam, a ona zaczęła mi opowiadać, że nie stać jej na jedzenie, że komornik wystawił nakaz eksmisji, że nie jest w stanie spłacić długów, bo zarabia bardzo niewiele i nie jest w stanie utrzymać córki, dlatego właśnie zdecydowała się na ten desperacki i drastyczny krok. Chciała zakończyć ich cierpienie. Wydawało mi się dziwne, że ta osoba opowiedziała swoją

8




historię dwunastolatce, jednak wkrótce miałam się przekonać, że po prostu mam dziwny dar. Ludzie mi ufają, wierzą, że jestem w stanie im jakoś pomóc.
Wtedy poprosiłam tę kobietę o jeden dzień.
- Proszę się ze mną spotkać jutro o dwunastej w tym samym miejscu. - Powiedziałam pewnie patrząc jej w oczy - Rozwiążę pani problemy. Tylko proszę nie robić głupot. Proszę przyjść, ja wszystkim się zajmę.
Bardzo się denerwowałam. Nie wiedziałam czy ta kobieta dotrzyma słowa. Ja swoje dotrzymałam. Przyszłam w umówione miejsce o umówionej godzinie. Czekałam na plaży co chwila patrząc na zegarek i rozglądając się we wszystkie strony.

9




Wyrazy: Znaki: