Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 51
Dzisiaj w pracowni: 5
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Na srebrnej tacyikonka kopiowania

Autor: Lana twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




W pociągu panuje cisza przerywana jedynie przez szelest przewracanych kartek i stukanie zręcznych palców na klawiaturach laptopów. Wciągam głęboko powietrze i próbuję wygodniej umościć się na siedzeniu. Moje miejsce jest przy jednym ze stolików i, zamiast na oparcie siedzenia przede mną, mój wzrok chcąc nie chcąc pada na dystyngowaną starszą panią, która przygląda mi się badawczo. Może nawet z cieniem dezaprobaty, a może tylko tak mi się wydaje? Sama czuję się nieswojo w pożyczonej od Julki bluzce. Ma zdecydowanie zbyt duży dekolt i czuję, że moje piersi nie są wystarczająco obfite, żeby go wypełnić. Wczoraj wieczorem, kiedy przymierzałam go za namową przyjaciółki, czułam się pociągająca. Czułam, że jej jasny kolor podkreśla moją opaleniznę, a krój moją szczupłą talię. Julka wie, że w piątki mam zajęcia z Adamskim, najmłodszym profesorem na mojej uczelni, którego intelekt jest pociągający w podobnym stopniu, co jego ciemne jak węgiel oczy. Według niej powinnam w końcu “zabawić się trochę”, skoro wreszcie mogę, a romans z młodym profesorem to dla niej definicja dobrej zabawy. Dziś jednak czuję się w

1




pięknej i drogiej bluzce zupełnie nie na miejscu. Z zażenowania wyginam palce tak mocno, że w moich stawach rozlega się głośny trzask. Kobieta krzywi się jeszcze bardziej i odwraca wzrok w kierunku okna. Wzdrygam się lekko i również zaczynam obserwować widok. Mijamy pofałdowane pola, które w tym roku wyjątkowo wcześnie zrobiły się zielone i soczyste. Uśmiecham się na widok całego rzędu jabłoni, które z daleka wyglądają jak delikatna różowa chmurka. Powietrze jest dziś bardzo przejrzyste i nawet w dusznym wnętrzu pociągu czuję jego rześkość. Wracam do domu i wszystkie niespełnione oczekiwania na temat życia w Warszawie zostają daleko w tyle. To jedna z tych chwil, w których myślę, że wszystko da się ze sobą pogodzić. Oczekiwania mamy, że zawsze przy niej będę i moje pragnienie, by poznać świat inny od mojego. Chęć bycia błyskotliwą panią doktor i śmiech trójki dzieci w moim przyszłym domu. Życie chyba nie musi być jednokolorowe. Zamykam oczy i pozwalam promieniom słońca ogrzewać moje policzki. Potem prostuję się i z nową determinacją wracam do czytania podręcznika.
Po dwudziestu minutach wytężonego skupienia nad

2




zawiłościami immunologii ciszę wagonu przerywa chrapliwe rzężenie. Zastygam, obawiając się, że ktoś się dusi. Co z tego, że jestem studentką medycyny? Przecież na tym etapie nie wiem jeszcze nic. Zupełnie nic. Unoszę wzrok i dostrzegam źródło dźwięku. Wytrzeszczam oczy. Dama z miejsca na przeciwko śpi z odchyloną do tyłu głową i otwartymi ustami, a z jej ust malowniczo ścieka strużka śliny. Na kołnierzu pięknej seledynowej bluzki tworzy się wilgotna plama. Przeraźliwe chrapanie raz po raz przerywa ciszę wagonu. To dopiero nieprzyzwoite zachowanie. Śmieję się w duchu i unoszę z dezaprobatą jedną brew. Ktoś głośno parska i mój wzrok wędruje na chłopaka siedzącego obok starszej pani. Choć może właściwie powinnam nazwać go mężczyzną. Jest ubrany w sfatygowany t-shirt z Hard Rock Cafe i skórzaną kurtkę. Wygląda bardzo młodo, z rozwichrzoną fryzurą i w czarnych trampkach, jednak jego twarz równomiernie przykrywa brązowy zarost, a oczy emanują pewnością siebie niespotykaną u moich rówieśników. Podoba mi się. Podoba mi się i to nawet bardzo. W dodatku uśmiecha się do mnie porozumiewawczo. Mam szansę odwzajemnić

3




uśmiech lub chociaż spojrzeć mu w oczy. Wbijam jednak wzrok w kolana. Przecież nie mogę. Moja przyszłość jest już jasna i przeznaczona jednemu. Zanim dociera do mnie, że to już nieprawda i unoszę wzrok chcąc promiennie się uśmiechnąć, on już na mnie nie patrzy. Jego kciuki śmigają po klawiaturze smartfona. Marszczy brwi w skupieniu. Moja chwila minęła.

     Dworzec kolejowy w Zadrze składa się tylko z jednego peronu. Pociąg zatrzymuje się na nim ze zgrzytem, a ja nieśpiesznie nakładam na siebie płaszcz i pozwalam grupom ludzi mijać mnie, zanim sama dołączam do tłumu torującego sobie drogę do wyjścia. Niestety nikt na mnie nie czeka. Zwykle zaraz po wyjściu z pociągu przylegam na dłuższą chwilę do mamy albo śmieję się do taty, który wita mnie cotygodniowym dowcipem. Ostatnio nawet mój młodszy brat, dumny właściciel siedmioletniego Opla Astra, odbiera mnie czasem z dworca, witając niedźwiedzim uściskiem. Tymczasem schodzę po schodkach na peron jako ostatnia pasażerka i z niechęcią myślę o ponad godzinnym czekaniu na bardzo powolny autobus. W myślach układam listę zakupów w drogerii za rogiem, licząc, że w ten sposób czas

4




minie mi szybciej. W ostateczności mogę też wrócić do zgłębiania tajemnic immunologii, ale po całym tygodniu na uczelni nie jestem już w stanie zapamiętać nawet jednego zdania. Poprawiam ciężką torbę na ramieniu - to jeden z tych nadzwyczaj pojemnych worków, w których można zmieścić naprawdę wszystko. Nie mam innego bagażu. Owijam się ciaśniej szalikiem, bo kwietniowe powietrze jest wciąż zaskakująco rześkie. Cieszę się, że mam na sobie wygodne trampki. Jeśli posłuchałabym Julki miałabym na sobie kremowe szpilki. Idealnie pasowałyby do bluzki, owszem, ale musiałabym się w nich męczyć przez wiele godzin. Szybkim krokiem ruszam w kierunku drogerii, chociaż nigdzie się nie śpieszę. Ja po prostu nie potrafię chodzić powoli.
-Ala! -słyszę aż za dobrze znajomy głos za plecami -Boże, zapomniałem jaka zawsze jesteś szybka!
Odwracam się i już z daleka widzę jego idealną sylwetkę. Patryk. Jest ubrany w zieloną koszulkę polo i dżinsy. Rusza w moją stronę leniwym, nonszalanckim wręcz krokiem. Jego włosy ułożone są jakoś inaczej niż kiedy ostatni raz go widziałam. Kiedy to było? Ponad dwa miesiące temu? Nie wiedziałam,

5




że to możliwe, ale wygląda jeszcze lepiej. Jego orzechowe oczy błyszczą młodzieńczą radością, a przenikliwy wiosenny wiatr wydaje się nie robić żadnego wrażenia na jego odsłoniętych ramionach. Czuję jak w moim gardle tworzy się gula i po raz kolejny zastanawiam się, czy na pewno podjęłam dobrą decyzję. A może wszystko zepsułam? Może już nigdy… Te wszystkie myśli przebiegają mi przez głowę, ale pytam tylko:
-Co ty tu robisz?
To oschłe pytanie ściera na chwilę uśmiech z jego twarzy, ale szybko wraca do siebie.
-Twój brat mówił, że akurat w domu wszyscy są zajęci i nie ma Cię kto odebrać z dworca… - wzrusza delikatnie ramionami i opuszcza wzrok, w tym dobrze znanym mi geście, który kiedyś brałam za nieśmiałość - Pomyślałem, że nie warto, żebyś w taki piękny dzień tłukła się autobusem.
-W takim razie dziękuję - odpowiadam, tym razem trochę łagodniej.
- No i w ogóle to… cześć. Witaj. - mówi lekko nieskładnie i nachyla się, żeby pocałować mnie w policzek. Jest w tym jakaś nietypowa dla niego niezdarność. Denerwuje się? Ta myśl wydaje mi się tak absurdalna, że aż się uśmiecham. On odpowiada mi tym

6




samym i wrażenie, które miałam przed chwilą, znika. Prostuje się i mówi:
-Podaj swoją torbę. - waham się przez chwilę, ale jak zawsze w jego obecności czuję się pozbawiona woli. Pozbawiona siły. Wręczam mu mój tobołek i ruszam wraz z nim w kierunku parkingu. Jego kroki są długie, sprężyste, ale powolne. Czuję się jakbym poruszała się w gęstej smole. Wzdycham, ale utrzymuję to absurdalne tempo. W duchu postanawiam zabić Maćka jak tylko wrócę do domu.
Mkniemy jednopasmową drogą tak szybko, że pola zlewają się w wielką zieloną plamę. Nie ma żadnych szans na podziwianie prześlicznych drzew owocowych ani statecznie stąpających bocianów. Zaciskam dłonie na brzegu siedzenia, ale nic nie mówię. Dobrze wiem jak to się skończy. “Daj spokój Ala, ograniczenia prędkości są tylko umowne". Najprawdopodobniej okrasi tą idiotyczną wypowiedź jeszcze bardziej kretyńskim mrugnięciem.
-Jak tam na uczelni? - pyta, chociaż wiem, że to go w ogóle nie interesuje. Z jakiegoś powodu bardzo mnie to irytuje.
- Bardzo dobrze - mówię - Czuję, że to zaczyna sprawiać mi coraz większą przyjemność. Może dlatego, że mamy coraz więcej

7




kontaktu z pacjentami. Lubię praktyczne zajęcia. - Patryk kiwa głową, a jego sprawne dłonie redukują bieg i wyprzedzamy mały czerwony samochód, którego kierowca najwyraźniej nie uważa limitów prędkości za umowne. -A jak u Ciebie? - pytam
-Jak zwykle. Staram się. Myślę, że idzie mi dobrze. - milknie na chwilę i rzuca mi badawcze spojrzenie - A… poza uczelnią? Coś nowego? - chyba wiem jak mam rozumieć to pytanie, ale jakaś część mnie chce być wobec niego złośliwa. Wzruszam więc ramionami i odpowiadam:
- I tak, i nie. Poznaję dużo nowych ludzi. - jest w tym trochę prawdy, chociaż niewiele. Owszem, staram się wychodzić na imprezy. Byłam nawet na kilku randkach, ale żadna nie była udana. Spoglądam na profil Patryka. Czy naprawdę nie byłabym z nim szczęśliwa? Czy nie byłoby to znacznie prostsze, kroczyć utartą ścieżką?

     Przypominam sobie nasze pierwsze spotkanie. Mieliśmy wtedy po szesnaście lat, a on już wtedy był jak młody bóg. Podczas gdy inni chłopcy wyglądali jeszcze niezdarnie, z trądzikiem i przydługimi kończynami, on był jak wycięty z magazynu dla nastolatek. Ale to, co najbardziej odróżniało go od

8




rówieśników to jego błyskotliwość i zdecydowanie. Już wiedział, że pójdzie na prawo i bardzo podobało mu się, że ja zamierzam iść na medycynę. Kiedy pierwszy raz go spotkałam, ujął mnie jednak czymś innym. Czekałam wtedy na autobus do domu ze szkoły. Zwykle chodziłam pieszo, ale tamtej jesieni skręciłam kostkę i ledwo doczłapałam nawet do przystanku. W liceum nie byłam zbyt pewna siebie, uważałam, że wszystkie moje koleżanki są dużo ładniejsze, a przede wszystkim dużo bardziej przebojowe. Czasami nawet zastanawiałam się, dlaczego się ze mną przyjaźnią. Byłam jak podwójny agent, malowałam się za mocno i wkładałam mini spódniczki, ale po południu odczuwałam ulgę, że mogę przebywać tylko z Julką, zajmować się oglądaniem starych filmów i obżeraniem się popcornem. Na przystanku obejmowałam się w pasie rękoma i przestępowałam z nogi na nogę. Przenikliwe zimno wdzierało się w każdy zakamarek mojej srebrnej kurteczki. Była śliczna i nosiłam ją codziennie. Musiałam długo kłócić się z mamą, żeby mi ją kupiła. Twierdziła, że jest za krótka i niepraktyczna, bo w ogóle nie daje ciepła. Zbywałam wszystkie

9




jej argumenty poirytowanymi prychnięciami, ale teraz w myślach przyznawałam jej rację. Żółte liście szybowały wszędzie dookoła, ciskane wiatrem we wszystkich kierunkach. Konary drzew były już praktycznie nagie i w moim małym miasteczku zadomowiła się na dobre jesienna wilgoć, która nie znika nawet w słoneczne dni. W uszach dudniła mi głośna muzyka. W tamtym czasie nie rozstawałam się z słuchawkami. Wtedy pod wiatą stanął również on. “Nieprzeciętnie przystojny” - określiła go kiedyś Martyna, jedna z koleżanek w mini spódniczkach. “Chyba nieprzeciętnie bogaty” mruknęła pogardliwie Julka, ale ja czułam, że zgadzam się z Martyną. Stanął jakieś dwa metry ode mnie, ale co chwilę zerkał na mnie z ciekawością. Ja pozwoliłam czarnym włosom opaść mi na twarz i uciekłam wzrokiem przed jego natrętnym spojrzeniem. Właściwie można powiedzieć, że wbiłam wzrok w swoje stopy. Przez słuchawki płynął akurat “Self esteem” zespołu the Offspring. Cause I’ve got no self esteem. Tak, stary, pomyślałam. Mam ten sam problem. Po chwili zobaczyłam duże męskie buty tuż przy moich i poczułam jak czyjaś dłoń wyciąga

10




jedną z słuchawek z mojego ucha. To on. Patryk Zawadzki. Uśmiechnął się do mnie i zapytał:
-Mogę zobaczyć, czego słuchasz? - kiwnęłam przyzwalająco głową. Czułam, że powinnam w środku skakać z radości, ale zamiast tego czułam tylko stres. Już słyszałam jutrzejsze pytania Martyny. “Kto do Ciebie zagadał? O mój Boże, i co powiedziałaś? O czym rozmawialiście? W co byłaś ubrana?!”. I potem zawód na jej twarzy, bo moje odpowiedzi nie były wystarczająco elokwentne. Uwodzicielskie. Patryk jednak nie oczekiwał ode mnie chyba żadnych słów, bo przez chwilę stał tylko i kiwał się w rytm muzyki. Musiał się schylać, bo jest bardzo wysoki, a kabel od słuchawek zaskakująco krótki. Nasze twarze były bardzo blisko, para ulatująca z naszych ust mieszała się przy każdym oddechu.
-Świetne. Czyja to piosenka? -wymruczał, a ja, trochę wynioślej niż zamierzałam, rzuciłam:
-The Offspring, oczywiście - on zareagował na to zrelaksowanym śmiechem i dalej bujał się w rytm muzyki. W końcu nadjechał autobus, a on po prostu wsiadł za mną i usiadł na siedzeniu obok. Nadal byliśmy połączeni białą linią słuchawek.
-Puść jeszcze coś

11




fajnego. - poprosił. Przesuwałam palcem po wyświetlaczu gorączkowo poszukując czegoś odpowiedniego. W końcu zdecydowałam się na Davida Bowie. Patryk uśmiechnął się półgębkiem słuchając pierwszych dźwięków i rzucił:
-Life on Mars. Nie jestem aż takim ignorantem. - spojrzałam na niego zdziwiona i poczułam, że się czerwienię.
-No tak -powiedziałam - Jasne. Zaraz znajdę coś innego. - sięgnęłam w kierunku telefonu, który leżał pomiędzy nami. On jednak ujął moją dłoń i powiedział:
- Zaczekaj - spojrzał na mnie, chyba też zawstydzony swoją śmiałością - Posłuchajmy dalej - kiwnęłam głową i oboje zwróciliśmy wzrok przed siebie. Mojej dłoni jednak nie puścił. Autobus podskakiwał na nierównej drodze, a ja pomyślałam wtedy, że może i jest życie na Marsie. Bo ja nie znajduję się już na planecie Ziemia.

     Jednak dopiero to, co zdarzyło się potem, sprawiło, że naprawdę wpadłam po uszy. W tamtym momencie Patryk był dla mnie niezwykle przystojnym chłopakiem, który znał Davida Bowie i, co najbardziej zaskakujące, chciał ze mną rozmawiać. Wszystkie te cechy sprawiały, że moje serce biło szybciej, ale przynajmniej

12




jeszcze należało do mnie. Patryk wysiadł na moim przystanku, chociaż było to dla niego za wcześnie i zapytał, czy może odprowadzić mnie do domu. Chwilę później spacerowaliśmy leniwie moją ulicą, już nie złączeni słuchawkami, ale za to splecionymi dłońmi. Nie bardzo rozumiałam jak do tego wszystkiego doszło, ale nie zamierzałam zadawać zbyt wielu pytań. On pytał w jakiej jestem klasie i co chcę robić w przyszłości. Ja starałam się odpowiadać szybko, zanim mój mózg zacznie nadmiernie analizować, co powinnam powiedzieć. Nie muszę chyba dodawać, że od samego początku niósł mój przeładowany plecak, za co moja kostka była mu dozgonnie wdzięczna. W końcu zatrzymaliśmy się przed moją furtką, a ja zastanawiałam się, co się teraz wydarzy. Czy zaprosi mnie gdzieś? Może powie tylko “Do jutra” i pójdzie sobie? Chyba nie będzie chciał wejść? Moje myśli krążyły gorączkowo, kiedy staliśmy tak naprzeciwko siebie, onieśmieleni. Nagle on pochylił się w moją stronę i przemknęło mi przez głowę, że chyba chce mnie pocałować. To było absurdalne. Przecież go właściwie nie znam, myślałam. Nigdy wcześniej nikt mnie

13




nie pocałował. Chyba nie chciałam, żeby to był mój pierwszy pocałunek. Mimowolnie odwróciłam głowę, bojąc się, że niweczę tym samym moją jedyną szansę na… Sama nie wiedziałam na co. Jednak po chwili wszystko to wydało mi się nieistotne, bo na kostce brukowej prowadzącej do drzwi mojego domu zobaczyłam leżącą postać.
-Dziadziuś? - nieomal zakrztusiłam się tym słowem. Błyskawicznie otworzyłam furtkę i wbiegłam na podwórko. Rozciągnięty na kostce, z nogą wykręcona pod dziwnym, nienaturalnym kątem, leżał mój dziadek. Jego kamizelka i spodnie były całe mokre, nie miał na sobie nawet kurtki. Pomyślałam, że deszcz padał godzinę temu i ogarnęło mnie przerażenie, na myśl o tym, jak długo tu leżał. Jego siwe włosy lepiły się do czoła, a twarz wykrzywił grymas bólu.
-Nic mi nie jest, dziecko - wysapał i spróbował bezskutecznie unieść się na rękach - Wyszedłem nakarmić psa i się przewróciłem - opadł znowu na ziemię, a jego twarz niebezpiecznie zbladła. Uklękłam przy nim, ale Patryk był szybszy. Już okrywał dziadka swoją nowiutką brązową kurtką.
-Niech Pan lepiej nie wstaje - rzucił przezornie - Ala,

14




daj mi swój telefon - poprosił, a ja popatrzyłam na niego, sparaliżowana szokiem
-Co? - wydukałam.
-Telefon - odpowiedział spokojnie - Zadzwonimy po karetkę, a potem do twoich rodziców. Ja mojego nie mam, bo … hm… jest zepsuty. - później dowiedziałam się, że tak naprawdę miał szlaban na telefon. Podałam mu komórkę i złapałam dziadka za rękę.
-Wszystko będzie dobrze - powiedziałam - Jestem tutaj, dziadku. Niedługo będzie po wszystkim. - przekonywałam chyba bardziej siebie niż jego.
Później, już w szpitalu, kiedy Patryk w błyskawicznym tempie zjednał sobie całą moją rodzinę, z dziadkiem na czele, poczułam, że moje serce już nigdy nie będzie należeć tylko do mnie. Poczułam, że wszystko stało się jakoś za szybko. Patryk śmiał się z żartów mojego ojca, zbywał machnięciem ręki podziękowania mojej mamy i rozbawiał do łez mojego młodszego brata. W pewny momencie tata po męsku uściskał Patryka i za jego plecami puścił do mnie oczko, jakby chciał powiedzieć “Dobra robota!”. To wtedy poczułam, że moja rodzina owinęła moje serce w ozdobny papier i podała mu na srebrnej tacy. Nie mówię, że wszystko ku temu nie

15




zmierzało. Być może przyspieszyli tylko rozwój wypadków. Żałuję jednak, że nie mogłam mu go podarować sama.

     To było jednak sześć lat temu, a ja nie pozwalam już nikomu decydować o moim losie. Kiedy więc jego auto zatrzymuje się przed moim domem, wysiadam szybko i zabieram swoją torbę z tylnego siedzenia, chociaż wiem, że on najchętniej zaniósłby ją do samych drzwi. A najlepiej do mojego pokoju.
-Dziękuję za podwózkę - rzucam, zanim zdąży wpakować się do mojego domu - Następnym razem nie zadawaj sobie trudu. Mówiłam Ci już, że jeździsz jak wariat - kontynuuję - Więcej już nie wsiądę do Twojego samochodu - oczy Patryka rozszerzają się lekko w wyrazie zaskoczenia.
-Okej - mówi powoli - Czy możemy pogadać?
-Chyba nie mamy już sobie nic do powiedzenia - cedzę przez zęby. W jego oczach dostrzegam coś na kształt smutku, który jednak szybko zmienia się w irytację.
-Co ja Ci takiego zrobiłem, że tak mnie nienawidzisz? - wyrzuca z siebie podniesionym głosem. Robi krok w moją stronę, ale ja nie cofam się.
-Nie nienawidzę Cię - mówię, tym razem spokojnie - Po prostu chciałabym żyć dalej, a Ty mi na to nie pozwalasz.
-Beze

16




mnie? - pyta.
-Patryk… - rzucam z westchnieniem i ten lekceważący ton sprawia, że coś w nim pęka. Odwraca się na pięcie, wsiada do swojego samochodu i z piskiem opon odjeżdża nie oglądając się za siebie.

17




Wyrazy: Znaki: