Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 51
Dzisiaj w pracowni: 5
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

IV.Rzym- Pokaz siły- Rozdział IVikonka kopiowania

Autor: Apostoł twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Rozdział IV
Podzieleni
- Poszliśmy szukać Voga. Wrócimy za niedługo. –odczytał, ledwie rozbudzony Vito, po czym dodał. –Co to może znaczyć?
-Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że na pewno pisał to Adam. Nie znam drugiego, który napisałby “wrucimy”. –odparł stojący za nim Otis. Obaj poczuli spory niepokój. Połowa ich towarzyszy zniknęła, a pozostawiona wiadomość ani trochę nie uspokoiła pozostałych.
-To co robimy? –zapytał wielkolud.
-A co mamy robić. Oczywiście, że idziemy ich poszukać. –odpowiedział, zaskoczony pytaniem kolegi, Włoch. Nie tracąc ani sekundy kontynuował. –Budź Grega! Im szybciej ruszymy tym lepiej.
Ostatni mężczyzna także nie spał, lecz leżał obrócony tyłem do kolegów. Po cichu nasłuchiwał rozmowy, udając, że wciąż jest nieprzytomny. Powstał dopiero, kiedy przyjaciel miał go budzić.
-Gdzie znowu chcecie iść? –mężczyzna zaczął zrzędzić. –Skoro napisali, że za niedługo wrócą to znaczy, że wrócą. Bezsensu za nimi łazić, ponieważ w ten sposób mamy większą szansę, iż też się zgubimy.
-A co, jeżeli potrzebują naszej pomocy? –zagadnął Vito.
-Daj spokój! Pewnie Vog

1




zjechał na parter szukając czegoś do jedzenia, a oni spanikowali. Poza tym, gdyby działo się coś złego, to by nas obudzili. –przekonywał drugi.
Mężczyźnie udało przekonać się resztę, aby zostać na miejscu. Nawet nie wiedział, jak bardzo ta decyzja wpłynęła na późniejsze wydarzenia. Nie można go jednak za nic winić. Nie spodziewali się co może się zdarzyć. Może gdyby ruszyli na parter znaleźli by swoich towarzyszy, a następnie pomogli by się rozprawić z patrolem. Zamiast tego siedzieli i czekali, a czas mijał bardzo szybko. Minuta za minutą, aż w końcu zniecierpliwiony Vito zakłócił panująca ciszę:
-Coś długo ich nie ma.
-I co niby mamy zrobić? –zapytał Greg.
-Przydało by się ich poszukać, zamiast siedzieć tutaj założonymi rękami. –odparł Włoch z irytacją w głosie. –Nie pytaj się głupio, tylko pomyśl! Możemy chociaż zejść na parter i tam na nich poczekać.
-No dobra, nie musisz się od razu denerwować. –rzekł tamten, unosząc lekko ręce do góry w geście kapitulacji. Jego odpowiedź jeszcze mocniej wyprowadziła Vita z równowagi:
-Wydaję mi się, że muszę, skoro jeden przygłup leży i wgapia

2




się w sufit, a drugi poszedł plądrować sąsiednie pokoje i zniknął na jakieś 15 minut! –kończąc podciągnął rękaw, aby sprawdzić godzinę, co nie miało większego sensu. Po skradzionym, przez jakiegoś rabusia z Romy kilka tygodni wcześniej, zegarku pozostał jedynie ledwie widoczny ślad i nerwowy odruch. Tuż po tym obaj usłyszeli rozradowany głos Otisa dobiegający z sąsiedniego pomieszczenia:
-Ej, Chłopaki! Jeden komputer działa. –słysząc to Vito osłupiał, jakby nie wierząc w słowa przyjaciela. Greg z kolei, w geście załamania, przyłożył dłoń do twarzy. Nie trwało to jednak zbyt długo, ponieważ po kilku sekundach podniósł głowę i krzyknął:
-Gówno nas to obchodzi! Zamiast zajmować się jakimiś pierdołami, włączył byś się do dyskusji.
-O co znowu się czepiasz? –odrzekł mięśniak, stając przy drzwiach.
-Proszę cię tylko, byś ruszył dupę i posłuchał co ustaliliśmy. –Greg odezwał się zdecydowanie spokojniej niż wcześniej, lecz jego przyjaciel był coraz bardziej zdenerwowany. Ledwie udało mu się skończyć zdanie, a ten już wystrzelił:
-Przecież jestem. Lepiej przestań udawać cwaniaka, żeby cię

3




nie spotkała żadna nieprzyjemność.
Mężczyzna nic nie odpowiedział, a jedynie pokręcił głową. Zamiast niego przemówił Vito, który także zarzucił Otisowi głupotę.
-Czy my prosimy o wiele? Po prostu mógłbyś także poczuć powagę sytuacji. –mówił Włoch. Mięśniak chciał mu przerwać, lecz ten się nie dał. –ja wiem, że twoim wkładem do zespołu jest siła, ale to nie znaczy, że jesteś zwolniony z myślenia.
-Super. Poczułeś się lepiej, jak mi to powiedziałeś? –tamten zagadnął zarozumiałym głosem. Kiedy to mówił Włoch śmiał się ze swojej riposty.
-Uciszcie się na chwilę! –odezwał się w końcu Greg. Podczas, gdy jego towarzysze dyskutowali w najlepsze, używając bogatego języka oraz sypiąc obelgami pod swoim adresem, on nasłuchiwał. Zdawało mu się, że coś słyszy. Najpierw było t ciche echo, które zignorował, myśląc, iż jedynie mu się wydaje. Jednak z każdą sekundą dźwięk nie ustawał i był coraz głośniejszy. W momencie, w którym zrozumiał, że coś musi być na rzeczy. Wtedy też odezwał się, by uciszyć kolegów.
-Słyszycie to? -po jego słowach wszyscy stali nieruchomi i czujnie słuchali.

4




Każdy usłyszał dźwięk, który nieregularnie szarpał ciszę. Brzmiało to tak jakby ktoś wystukiwał wiadomość morsem. Odgłosy były jednak zbyt przypadkowe, jak na wiadomość. Mężczyźni udali się na klatkę schodową, by usłyszeć więcej. Na początku, kiedy tam się znaleźli, trwała cisza. Trwała on dłuższą chwilę. W tym czasie ani jeden się nie poruszył. Wszyscy nieruchomo czekali na kolejne odgłosy. Wgapiali się w to ściany, to w sufit i skupiali się, aby nie umknął im ani jeden dźwięk.
W końcu cisze przerwały te same odgłosy. Tym razem było je słychać wyraźniej niż w pokoju. Dźwięk był głośniejszy, ale był taki sam jak przed chwilą. Brzmiał, jak Seri szybkich uderzeń, która ustawał na krótką chwilę, a następnie znów ruszała od nowa.
-Strzelają. –odezwał się Greg, zirytowany faktem, iż wcześniej nie rozpoznał charakterystycznego odgłosu.
-Gdzie? –zapytał gwałtownie wystraszony Otis, rozglądając się dookoła. Z tej trójki miłą najsłabszy słuch, i bardziej udawał, że razem z resztą nasłuchuje, niż to faktycznie robił.
-Do ciebie. Wiadomo, że na dole ciole! –odparł silnemu koledze Greg.

5





-To co robimy? -zapytał lekko wystraszony Vito.
-Jak to co? Ruszamy! –odrzekł energicznie Otis, rozpychając towarzyszy i biegnąc po schodach na dół. Pozostała dwójka popatrzyła się najpierw na niego, potem na siebie. Potem znów na niego oraz znowu na siebie. W końcu pełen dezorientacji wzrok zatrzymali na sobie nawzajem. Obaj zastanawiali się, co to właściwie było. Mimo niepokojących odgłosów udało im się zachować zdrowy rozsądek.
-Winda? –odezwał się w końcu jeden patrząc na przyjaciela.
-Będzie szybciej. –odparł drugi. Pośpiesznie ruszyli do elewatora, lecz szybko wyszło na jaw, iż ten nie działa. Zrezygnowani pobiegli schodami za kolegą.
-Jak coś ruszyliśmy od razu za nim, żeby nie myślał, że jest mądrzejszy od nas. –rzekł nie stając ani na chwile Greg.
-No jacha. –wymamrotał coś pod nosem, zdyszany Vito. Bieg z 15. piętra szybko ukazał stan jego kondycji. Jego przyjaciel nie do końca zrozumiał co mówi, ale najważniejsze było to, iż zgadzał się z nim.
Mężczyźnie pokonywali kolejne piętra, jak najszybciej tylko mogli. Co chwile mijali kolejne wyjścia ewakuacyjne na klatkę schodową. Dźwięki

6




wystrzałów były coraz wyraźniejsze i częstsze. Z każdym kolejnym odgłosem broni biegli coraz szybciej. Czuli, że koledzy bezzwłocznie ich potrzebują. Starli się, jak mogli, ale dotarcie na parter zajęło im bardzo dużo czasu. Zmęczenie dawało im się we znaki, lecz nie zamierzali stanąć. Z wyczerpaniem walczył szczególnie Vito. Mimo tego nie zwalniał i utrzymywał tempo Grega. Obaj nie byli w stanie dogonić trzeciego towarzysza, który znajdował się według nich trzy lub cztery pietra niżej. Gdy znaleźli się na szóstym piętrze, dźwięki walki nieco ucichły, co jeszcze bardziej ich zaniepokoiło. Zebrali w sobie resztę sił i przyspieszyli. Tymczasem na chwile nastąpiła całkowita cisza. Jedynie słychać było czyjeś kroki i jakieś krzyki. Wtedy zrozumieli, że wpadli w samo centrum jakiejś większej operacji.
Po kilku minutach znaleźli się w głównym holu. Widok, który tam ich zastał, wprawiał w zaskoczenie. Wszędzie leżały trupy strażników miejskich. Dokoła nich rozlane były kałuże krwi, a znajdujące się dookoła meble i ściany przyzdabiały dziury po kulach.
-Co tu się do cholery stało? –krzyknął zadziwiony Greg.

7




Obracał głową to w jedną, to w drugą stronę, jakby chciał swoim wzrokiem objąć całe pomieszczenie. Ostatecznie zatrzymał ją lekko skręconą w lewo, a wytrzeszczone oczy wlepił w Otisa. Ten właśnie uderzył głową, atakującego go nożem żołnierza, a następnie założył mu dźwignie swoją wielką ręką i zaczął go dusić. Strażnik chwile próbował uwolnić się z uścisku, szarpiąc przeciwnika rękami. Oprócz tego energicznie machał nogami, lecz nie próbował go kopnąć. Po prostu odruchowo wszystkie kończyny zaczęły się poruszać. Jednak nic mu to nie dało i po krótkim czasie mięśnie strażnika zaczęły wiotczeć, aż w końcu całkiem znieruchomiał i wyzionął ducha.
Kiedy w końcu wielkolud puścił swoją ofiarę spojrzał w stronę swoich towarzyszy. Bardzo rozradował go ich widok. Wyciągnął w ich stronę rękę i machnął przywołującym gestem, po czym odezwał się:
-Chodźcie szybko! Nasi tu są.
-Świetnie, ale najpierw powiedz co tu się dzieje. –odparł Vito. Greg tym razem się nie wypowiedział, ale jego spojrzenie także pytało o to samo.
-Sam nie wiem. Ledwie udało mi się wyjść z klatki schodowej i

8




zobaczyłem to całe zamieszanie. Miejscy strzelają przy wejściu, a na zewnątrz nasi. Po chwili strażnicy już uciekali, a że dwóch mnie zauważyło, to chyba stwierdzili, że mnie załatwią. –mięśniak przerwał na chwilę i wskazał na dwa trupy, znajdujące się w pobliżu, po czym mówił dalej. –No cóż mieli pecha. Myśleli, iż jeden z rebeliantów zgubił się i łatwo będzie go załatwić, ale wypadło na mnie. –mężczyzna zakończył wypowiedź i wzruszył ramionami. Pozostała dwójka próbowała to zrozumieć, bez przerwy wpatrując się w zwłoki.
-Na co czekacie? Musimy iść. –Otis znów się odezwał. –jeden ze strażników mówił coś o jakimś bombardowaniu. –urwał bezceremonialnie i podszedł do wejścia.
-Jakim bombardowaniu? –zapyta nieco przestraszony Greg.
-Cicho! -usłyszał w odpowiedzi. –chyba słyszałem Wiktora.
Otis ledwie skończył zdanie, a kolejne jego słowa zagłuszył ogromny hałas. Mężczyźni złapali się za głowy chroniąc uszy. Niewyobrażalny hałas nie miał sobie końca, ale najgorsze miało dopiero nadejść. Po chwili Greg zrozumiał co się dziej. Tuż po tym krzyknął do towarzysza, aby odsunął

9




się od wejścia. Jedna ogromny hałas nie pozwolił dotrzeć komunikatowi do stojącego dalej mięśniaka. Trudno było się temu dziwić. Mężczyzna nie słyszał nawet własnych myśli. Jeszcze raz spojrzał na Otisa, który tak samo jak on trzymał się za głowę. W ułamku sekundy nagły i gigantyczny huk całkowicie ogłuszył mężczyznę. Widział jak fala uderzeniowa wypycha z okien, przetrwałe poprzednią strzelaninę, szyby, a następnie przechodzi przez całe pomieszczenie. Nim położył się na ziemi i schował głowę widział, jak uderzenie szarpie oddalonym kolegą.
Minął kolejny ułamek sekundy i już było po wszystkim. Greg podniósł głowę. Kiedy spostrzegł się, iż wciąż żyje, powstał. Vito zrobił to samo. Tuż po tym Włoch zaczął rozglądać się za Otisem. Próbował także krzyczeć, lecz jedyne co słyszał on jak i reszta to pisk w uszach. Oglądał się jeszcze chwile to w jedną to w drugą stronę. Jego uwagę przykuł Greg. Mężczyzna biegł w stronę wyjścia od strony zaplecza. On także poczuł, że coś się dzieje, więc ruszył za nim. Myślał, iż kolega zauważył Otisa. Jednak po chwili okazało się, że znaleźli się

10




na zapleczu. Nie minęła minuta, a razem z Gregiem znaleźli się na zewnątrz. W tamtej chwili obaj odzyskali słuch, więc Vito zapytał:
-Gdzie ten idiota? –nie usłyszał odpowiedzi na to pytanie. Jego kompan biegł przed siebie. Zatrzymał się jedynie przy kontenerze na śmieci, by rozejrzeć się ostrożnie. Kiedy to zrobił ruszył dalej. Włoch podążał za nim, cały czas zadając pytania.
-Cicho! –mężczyzna odparł w końcu opryskliwie, nie zwracając specjalnie uwagi na towarzysza. Później przebiegł szybko przez hałdę gruzu, będącego pozostałością po sąsiednim budynku. Tuż po tym jak znalazł się na samym szczycie, zsunął się na drugą stronę. Vito zrobił to samo. Dopiero wtedy zrozumiał o co chodzi. Kiedy tylko ukryli się za osłoną ujrzeli oddział strażników. Wrodzy żołnierze wchodzili do budynku przez te same drzwi, przez które przed chwilą udało im się wyjść. Włoch wpatrywał się w grupę strażników forsujących drzwi, natomiast jego towarzysz obrócił się na plecy, położył się i odetchnął z ulgą. Greg dopiero wtedy poczuł, jaką presję wywierał na nich czas. Wystarczyła by sekunda zwłoki na poszukiwania

11




Otisa i z pewnością zostali by złapani. Tak samo Vito miał szczęście. Gdyby instynkt nie podpowiedział mu by biegł za kolegą, pozostałby w środku na pewną śmierć z rąk przeciwnika. Obaj nie chcieli jednak o tym myśleć. O ile oni mieli szczęście nie można tego samego powiedzieć o ich przyjacielu. Ten zapewne został w budynku.
-Musimy iść. -odezwał się po krótkiej chwili Greg. Nie zamierzał tracić czasu, siedząc tuż pod nosem wroga. Z kolei Vito chciał zostać, by zaczekać na kolegę. W przeciwieństwie do drugiego mężczyzny gryzło go sumienie. Nie chciał słuchać towarzysza, namawiającego go do ruszenia w dalszą drogę. Zgodził się dopiero po kilku minutach, ponieważ kilku strażników zaczęło patrolować otaczające ich gruzowisko.
Blask latarek żołnierzy sprawił, że Vito szybko zapomniał o nieuzasadnionym poczuciu winy. Dlaczego nieuzasadnionym? Tuż po tym jak zaczęli się oddalać od wieżowca natknęli się na trzech innych strażników, którzy akurat siedzieli przy jakiś skrzyniach i rozmawiali o całej zaistniałej sytuacji. Z spokojnej dyskusji wyrwali ich właśnie Vito i Greg. Wzburzeni chwycili za broń i wycelowali w

12




kierunku rebeliantów. Sytuacja zrobiła się dla nich dość nieciekawa. Obaj stanęli w bezruchu i wyciągnęli ręce do góry. Nie było po nich tego widać, ale kolana trzęsły im się ze strachu. Oprócz tego towarzyszył im ciężki oddech. Zrozumieli, że nic już nie zrobią i pozostało im jedynie poddać się. Każdemu z nas zdarzają się takie sytuacje. Dopóki możemy liczyć na siebie, możliwe jest wyjście z każdej opresji. Problem robi się, kiedy jesteśmy bezradni i nie możemy zrobić nic więcej, jak liczyć na to, że ktoś przyjdzie nam z odsieczom. Wtedy jednak pojawia się pewien dyskomfort. Raczej nie chętnie powierzamy swój los innym. Dokucza nam brak pewności czy jesteśmy bezpieczni, wiedząc, że nie zależy to od nas. Każdy w innym stopniu odczuwa to poczucie ryzyka. Niektórym wydaje się, iż jeżeli zrobili wszystko co się da, to oznacza, że już nic więcej nie jest możliwe do zrobienia. Inni spokojnie podchodzą do każdej sytuacji, wierząc w pomoc, którą zawsze mogą otrzymać w razie porażki. Wszystko zależy od tego jakim zaufaniem darzymy swoje otoczenia. Ludzie często powtarzają „Nie można ufać nikomu” lub „Umiesz

13




liczyć, licz na siebie”, jednak szybko może się okazać, że im bardziej ufamy otaczającym nas ludziom, tym luźniej podchodzimy do każdego zadania, a w związku z tym działamy lepiej niż zwykle. Ostatecznie można polegać na cudach, które wcale nie są rzadkością. Taki właśnie niespodziewany cud spotkał, znajdujących się w opresji przyjaciół. Cud w postaci wysokiego, umięśnionego i całkiem sprytnego trzeciego towarzysza. Mogło by się wydawać, że tylko Włoch razem z Gregiem wystraszyli się w związku z zaistniałą sytuacją. Tak naprawdę niedoświadczeni strażnicy, także nie wiedzieli do końca co robić. Z równowagi wytrąciło ich dziwne spojrzenie Vita. Ten właśnie zauważył Otisa, który machnął mu ręką, aby na jego znak uciekli w jego stronę. Widząc to jeden z żołnierzy chciał krzyknąć, lecz nie zdążył.
-Granat! –zawołał chowający się za gruzami mięśniak. Odezwał się tuż po tym, jak rzucił coś pod nogi zdziwionych strażników. Ci jeszcze bardziej się przerazili i rzucili się na ziemie, starając się odskoczyć jak najdalej. Nim zauważyli, iż obiekt, którego się przestraszyli, to zwykły kawałek kamienia

14




rebelianci przejęli nad nimi kontrole. O ile przed chwilą uzbrojeni żołnierze mieli przewagę liczebną nad bezbronnymi powstańcami, tak w tamtym momencie wszystkich było tyle samo (chyba, że Otis liczy się jako 1,5 strażnika). Po tym jak przeciwnicy upadli na ziemie, Vito chciał od razu uciec. Greg natomiast zachował się całkowicie inaczej. Nie wiedział, że jego przyjaciele umówili się na znak do ucieczki, więc zamiast ruszyć za Włochem, doskoczył do jednego ze strażników i energicznym ruchem ręki uderzył go w głowę metalowym prętem, stanowiącym część zbrojenia rozbitego kawałka żelbetonu. Kiedy to zrobił szybko podniósł się. Poczuł niepokój, gdy zauważył, że jego koledzy oddalają się, a reszta żołnierzy powoli zaczyna się podnosić. Vito razem z Otisem także byli zdziwieni, na widok walczącego Grega.
-Co on robi? Przecież miał uciekać. –odezwał się zdumiony wielkolud.
-O cholera! –powiedział, oglądając Grega, Vito, po czym dodał. –Zapomniałem mu powiedzieć, że ma uciekać.
-To nieźle. Musimy teraz wracać nim zrobią z niego durszlak. –po tych słowach Otisa, obaj mężczyźni zawrócili na pomoc koledze.

15




Kiedy znaleźli się bliżej zauważyli jego wściekłą minę skierowaną w ich stronę. Następnie obrócił głowę w stronę pozostałej dwójki strażników. Błyskawicznie chwycił za broń i wycelował w stronę wstających przeciwników. Biegnący w jego stronę towarzysze kiwali mu, aby tego nie robił, lecz nie miał już czasu na inne rozwiązania. Stracił już bardzo dużo czasu i obaj strażnicy zdążyli wstać i zaczęli podnosić broń. Miał pewność, że nie zdąży zabić obu od razu. Miał bardzo krótki moment, aby spojrzeć na każdego i wybrać, który pierwszy padnie trupem.
Nie tracąc czasu skierował karabin w kierunku strażnika po lewej. Za przyciemnianym szkłem hełmu było ledwie widać duże, osadzone szeroko oczy. Nie było w nich niepewności, a jedynie niepokój oraz stres. Próbował znaleźć w nich coś więcej, lecz nic to nie dało. Tylko wzburzone spojrzenie, które równie dobrze mogło oznaczać strach, jak i wściekłość. Doświadczony gangster mimo swoich umiejętności nie mógł przewidzieć co się stanie. Wiedział jedynie, iż stracił już za dużo czasu na obserwowanie tego przeciwnika, iż ten ułamek sekundy to wszystko co

16




miał. Bez wahania odchylił prawy bark i automatycznie strzelił do drugiego przeciwnika, którego setne sekundy dzieliły od naciśnięcia na spust, ale tego powstaniec już nie zobaczył. Wrócił do pierwszego strażnika no i cóż... tym razem też miał szczęście. Wystraszony wróg cofnął ręce, odsłaniając klatkę piersiową. Trzy głuche uderzenia i jasny mundur zaczął się czerwienić. Greg wreszcie wypuścił powietrze z płuc. Minęły zaledwie dwie sekundy. Ranny śmiertelnie ranny przeciwnik spróbował usiąść na kawałku betonu, ale od razu niezdarnie zsunął się na ziemię. Z bólem walczył o kolejny ciężki oddech, nie mogąc się pewnie pogodzić ze swoim losem. Powolnym ruchem rąk przyłożył drżące dłonie do masywnego hełmu, by ściągnąć go z głowy. Wtem szyba osłaniająca twarz rozbryzgnęła się na małe kawałki. Łeb rannego odskoczył w tył, po czym opadł, jak po legendarnym prostym Otisa. Ręce także bezwładnie poleciały na ziemię, a po szyi zaczęła spływać wąska struga krwi. Greg znów opuścił broń, wpatrując się w trupa z chłodnym zażenowaniem. Bez krzty współczucia.
Huk broni rozniósł się dużym echem,

17




sygnalizującym tym samym wszystkim dookoła, że coś jest nie tak. Następnie do Grega dołączyli towarzysze. Cieszyli się, że mimo zaistniałej sytuacji mężczyzna przeżył. On jednak nie odwzajemnił tej radości.
-Co wy do Kurwy nędzy sobie myślicie? –przywitał przyjaciół, cały czas ciężko oddychając po szoku doznanym przed chwilą. –Jak chcecie uciekać to powiedzcie szybciej.
-To tak trudno się domyśleć, że bierzemy nogi zapas. –odparł Włoch ukrywając się za Otisem. Niepokoił go fakt, iż wzburzony przyjaciel wymachuje bronią w jego stronę.
-Tak, nie jest to takie oczywiste, jeżeli mamy szanse rozbroić skurwysynów. –krzyknął jeszcze bardziej rozwścieczony mężczyzna.
Kiedy Vito i Greg kłócili się ze sobą, ich kolega otworzył znajdujące się obok skrzynie. Wiedział, że skoro pilnowali ich strażnicy, to musi to być coś ciekawego.
-Chłopaki popatrzcie! –odezwał się po zdjęciu wieka jednej z nich. W środku znajdowała się duża wyrzutnia rakiet, obok której znajdowały się trzy dodatkowe głowice. Oprócz tego w skrzyni obok znajdował składany dron do namierzania celów, pięć karabinów i amunicja. Każdy z

18




nich wziął po jednym egzemplarzu i kilku magazynkach.
-Panowie mamy towarzystwo. –odezwał się Vito wskazując placem na smugi światła wydobywające się z latarek wrogich żołnierzy. W tamtej chwili wystarczyłoby uciec w bok i zniknąć między gruzami. Włoch razem z jednym z przyjaciół chciał tak zrobić. Nie zgodził się, jednak Otis, któremu żal było zostawiać wyrzutnie.
-Po co ci to? I tak nie będziesz wiedział, jak to wykorzystać. –odradzał mu Greg, lecz nie chciał dać za wygraną. Widząc upór kolegi mężczyźni pomogli mu opróżnić skrzynie. Na szczęście mięśniak mógł przewiesić ogromną broń przez ramię, a dodatkowe głowice, dron i dodatkowa amunicja do karabinów znalazły się w obszernym plecaku Grega. Co prawda przyjaciele mogli już się wycofywać, ale wróg znalazł się bliżej niż myśleli. Nagle trójka rebeliantów znalazła się pod ogniem przeciwnika. szybko jednak odpowiedzieli strzelając w stronę świateł, lecz te ich oślepiały i nie wiedzieli w co właściwie strzelają. Niecelny ostrzał nie dawał większego efektu, więc jedynym wyjściem z tej sytuacji była szybka ucieczka. Udało im się na chwile

19




przydusić wroga ogniem, dzięki czemu łatwiej było im oddalić się w mroku. Przyczyniła się także do tego mała liczba goniących ich do tamtej pory żołnierzy. Było to spowodowane tym, że większość oddziału przeciwnika goniła wycofujących się do drugiej strony powstańców, w tym między innymi dwóch rebeliantów, którzy skutecznie wyprowadzali strażników miejskich w pole.
Trójka towarzyszy wykorzystała szanse i pod nieuwagę wrogich żołnierzy, znikła w ciemnościach. Kiedy oddalili się jakieś sto metrów od tamtego miejsca zauważyli, że na miejsce dotarł większy oddział od strony Nowobelgradzkiej.
-Nie wiele brakło, a zrobili by z nas sieczkę. –powiedział cicho Otis.
-Ty się lepiej nie odzywaj. To przez ciebie musieliśmy odpowiedzieć ogniem, zamiast czmychnąć niespostrzeżenie. –odparł wciąż poirytowany całą sytuacją Greg.
-Przynajmniej, kiedy znajdziemy naszych nie przyjdziemy z pustymi rękami. –mówił dumnie wielkolud, poprawiając położenie, ciężkiej i z pewnością niewygodnej do noszenia na plecach, wyrzutni. –Poza tym każdy dostaje broń adekwatną do swojej wielkości.
-Sytuacja była by całkiem inna,

20




gdyby zależało to od inteligencji. –dodał drugi mężczyzna, patrząc się na wysokiego kolegę z złowrogim uśmiechem.
-Wydaje mi się, że jeżeli zależało by to od inteligencji, -odezwał się w końcu Vito. –to patrząc się na nasze dotychczasowe dokonania, wszyscy chodzilibyśmy bezbronni.
-Dobra, dobra. Mów za siebie. Według mnie idzie mi całkiem nieźle, skoro jeszcze żyje. –odrzekł Greg. Po jego słowach nastała cisza. Każdy z nich chciał poruszyć temat kierunku wędrówki, lecz żaden tego nie zrobił. Nikt nie chciał zaburzyć ciszy, dzięki której mogli pomyśleć o reszcie ich oddziału. Stanowili już tylko połowę całej grupy. Co prawda nie bali się tak bardzo o los Wiktora, Adam i Voga. Czuli, że oni również nie wpadli w ręce wroga. Mogli jedynie podejrzewać, że w drugą stronę nie ma tej pewności. Dobrze wiedzieli, jak Wiktor zareagowałby na utratę kolejnych trzech ludzi. W związku z tym musieli jak najszybciej ich znaleźć, aby znów zebrać się w całość. Powinno pójść łatwiej, gdyby zastanowili się wspólnie, gdzie iść. W tamtej chwili jednak nie zamierzali tego zrobić. Po prostu zmierzali przed siebie, licząc

21




na uśmiech od losu. W pewnym sensie już mogli się nim cieszyć, jeżeli można tak nazwać wschód słońca. Nastał dzień, a trójce przyjaciół drogę przed siebie wskazywało światło.
*
Czas na trochę matematyki. Jeżeli podzielimy oddział naszych bohaterów na trzy, pierwszą stanowiła by cała grupa, drugą Wiktor i Adam, a trzecią Greg, Vito i Otis. Otrzymane w ten sposób zbiry w pewnym sensie nachodzą na siebie. W końcu Adam i Wiktor są podzbiorem całego oddziału, tak samo jak Greg, Vito i Otis. Jedna suma tych dwóch zbiorów nie da nam zbioru całej grupy. Aby w taki sam sposób wytłumaczyć kogo brakuje musimy wystarczy zsumować oba podzbiory i odjąć je od całości. Powstały zbiór posiada jeden element, a mianowicie osamotnionego i zagubionego Voga.
Powyższy wywód może się wydawać dość poplątany, lecz tak samo poplątana była sytuacja mężczyzny w tamtym czasie. Obudziły go nieustające dźwięki strzałów dochodzące z… właściwie nie wiedział, czy dobiegają one z góry, czy z dołu, czy może z boku. Trudno mu było też określić, gdzie się znajduje. Gdy pierwszy raz otworzył zaspane oczy pomyślał, że jest w jakiejś

22




klatce. Następnie znów opuścił powieki, aby po kilku sekundach znowu je podnieść. Nie, to nie była żadna klatka, przynajmniej nie taka zwyczajna. Mężczyzna wciąż siedział w windzie. Trochę go to zdziwiło, ponieważ był pewien, że nim zasnął znalazł się w jednym z pokoi na 15. piętrze. Kiedy wstał, zachwiał się i uderzył w jedną ze ścian. Opierając się o nią poczuł, że coś jest nie tak. Winda musiał być krzywa, ale by nabrać pewności co do tego położył an jej środku jedną z puszek, które miał przy sobie. Ta od razu po puszczeniu zaczęła turlać się w jego stronę. Ucieszył się na ten widok, ponieważ zrozumiał, że to nie z nim jest coś nie tak, tylko windą. Szybko jednak uśmiech znikł z jego twarzy. Zrobił krok w stronę drzwi, a wtedy cała konstrukcja zachwiała się. Mężczyzna przypomniał sobie wtedy Erika i to w jaki sposób zginął. Od razu po tym spróbował otworzyć drzwi. Te ani nie drgnęły, więc włożył w to tyle siły, ile tylko miał. Przestał dopiero, gdy trzeszcząca winda gwałtownie opadłą w dół o jakieś dwa, trzy metry i jeszcze bardziej się przekrzywiła. Vog puścił się drzwi i upadł na

23




ziemie. Albo kręciło mu się w głowie, albo cała konstrukcja bujała się to w jedną, to w druga stronę, wydając przy tym podejrzane dźwięki. W tej sytuacji mężczyzna całkiem zapomniał o odgłosach walki, wydobywających się z… chyba z niższych pięter oraz położył się płasko na podłodze. Bardzo realna stała się w tamtym momencie wizja urwania się lin podtrzymujących całość w powietrzu. Nieszczęśnik próbował dowiedzieć się, na którym właściwie znajduje się piętrze, lecz wyświetlacz nie działał. Nie wiedząc, gdzie właściwie się znajduje, próbował wymyślić jakiś plan działania, lecz ciągła kołysanie i zgrzytanie nie pozwoliło mu się skupić. Rozradował się, kiedy wreszcie winda stanęła w miejscu. Zamiast wstać, dorszu zaczął myśleć leżąc na ziemi. Tam czuł się bezpieczniej. Mimo, że podejrzane dźwięki ustały, stan konstrukcji wciąż nie dawała pewności działania. Tak więc leżał na podłodze i myślał. Zastanawiał się w jaki sposób może wydostać się z tej przeklętej windy. Było by to łatwe, gdyby miał przy sobie jakiś długi i twardy przedmiot, jak łom. Mógł by go użyć jak dźwigni, by

24




otworzyć drzwi. Jego ręce były za słabe na przesunięcie masywnych, metalowych płyt. Oprócz tego, duży wysiłek mógł spowodować zerwanie się reszty lin trzymających, a tego mężczyzna bał się najbardziej. Już ostatnio był świadkiem urwania się windy. Wtedy jednak było przynajmniej widać, ile metalowych sznurów trzyma konstrukcje. Tym razem mógł on tylko liczyć na to, że jest ich jeszcze sporo, lecz to nie dawało by mu pewności. Mimo wszystko nie mógł zwlekać. Miał nadzieje, iż będzie jeszcze przez chwile bezpieczny. Próbował się w ten sposób pocieszać i motywować do skupienia. I w tamtym momencie usłyszał gigantyczny hałas zakończony ogromnym hukiem. Ten poruszył całym budynkiem w posadach, co między innymi odczuł przerażony mężczyzna. Winda wydała głośny trzask, a następnie odgłos pęknięcia. Były to z pewnością ostatnie liny, spełniające swoje zadanie. Następnie ruszyła z ogromnym piskiem w dół. Z każdym kolejnym metrem przyspieszała, a znajdujący się w niej Vog czuł, jak jego ciało traci ciężar i unosi się lekko w górę. Na jego szczęście nie zdążyła się rozpędzić za mocno, a już gwałtownie

25




się zatrzymała. W tamtym momencie mężczyzna poczuł szarpnięcie, przez które uderzył w podłogę. Cały oblały podparł się rękami, by wstać. Wiedział, iż nie ma czasu na odpoczynek i musi jak najszybciej wydostać się na zewnątrz. Rzeczywiście nie mógł liczyć na to, że cała konstrukcja wytrwa więcej niż pół minuty. Wszystko trzymało się na ciężarku tworzącym przeciwwagę dla windy. Zaklinował się między dwoma metalowymi słupami gdzieś na górze. Pół minuty, właśnie na tyle czasu mógł liczyć mężczyzna, nim napierający na metal ciężarek, obróci się w odpowiedni sposób i prześlizgnie się między przeszkodami. Okazało się, że to wystarczy. Prawie całość tego czasu zajęło mu rozwarcie drzwi o pół metra. Stwierdził, że taka szerokość wystarczy mu, żeby wyjść. Później podjął szybkom decyzje, dotyczącą wyboru jednej ze szczelin, dzięki której mógł wydostać się na jedno z pięter. Oczywiście wybrał tą na znajdującą się przy podłodze. Co prawda była węższa niż ta położona przy suficie, lecz okazał się bezpieczniejsza. Mężczyźnie udało się przecisnąć do pasa, ale później otwór był za

26




mały. Wtedy też winda z piskiem ruszyła w dół. Po ułamku sekundy, napierający cały czas do przodu Vog, wypadł na zewnątrz nim spadający elewator zdążyłby rozciąć go na dwie części. Gdyby wybrał szczelinę na górze z pewnością skończyłby jako człowiek w dwuczęściowej wersji, choć ciężko mu by było zebrać wszystko do kupy, jeżeli nogi do pasa znajdowały by się kilka pięter w górę. W każdym razie mężczyzna wylądował w wielkim holu na parterze. Chciał od razu wstać, lecz nim to zrobił zauważył strażników miejskich biegnących w stronę sklepiku. Widząc to skrył się za znajdującą się obok rzeźbą. Pewnie ozdabiała niegdyś mały korytarzyk do windy. W tamtej chwili jednak idealnie zakryła Voga. Kiedy nie widział już żadnego żołnierza w wielkim pomieszczeniu powstał i rozejrzał się dokładniej. Rzeczywiście wszyscy wyszli z budynku. W środku zostały jedynie ciała zabitych wcześniej strażników. Mężczyzna dopiero, gdy to zobaczył przypomniał sobie o odgłosach walki, które go obudziły i swoich kolegach. Zamierzał wrócić na górę zobaczyć, czy wciąż tam są. Nim jednak to zrobił przeszedł się po holu.

27




Porozglądał się po trupach. Jego uwagę przykuł jeden z nich, który wydawał się zbyt żywy, jak na trupa. Vog pochylił się, by spojrzeć na jego klatkę piersiową. Ta wyraźnie się unosiła. Ten widok zdziwił go. Nie odwracając uwagi od śpiącego żołnierza, złapał za leżącą obok broń. Szybko sprawdził, czy jest naładowana. Co prawda jej poprzedni właściciel zużył połowę magazynka, ale pozostała część w zupełności wystarczyła, by rozbroić strażnika.
-Ej ty! –mężczyzna podszedł bliżej i szturchnął przeciwnika lufą karabinu w rękę. Kiedy zobaczył, że ten się budzi kontynuował. –Tak, do ciebie mówię.
Gdy wreszcie zaspany żołnierz zrozumiał co się dzieje przeraził się. Nic nie mówiąc podparł się rękami by odepchnąć się trochę do tyłu.
-Hej! Nie ruszaj się! –na komendę rebelianta wystraszony strażnik znieruchomiał. Widząc to Vog mówił dalej. –Dobrze. Teraz wstań! Tylko bez gwałtownych ruchów.
Ten nic nie mówiąc pokiwał głową i spokojnie wstał. Nie tracąc go z oczu, mężczyzna obrócił głowę, to w jedną, to w drugą stronę. Chciał sprawdzić, czy za głównym wyjściem nie znajduje

28




się żaden przeciwnik, lecz nikogo nie było. Wszyscy rozpierzchli się, goniąc za powstańcami. Mimo to wiedział, iż nie może zwlekać. Najłatwiej było by dla niego wyjść niespostrzeżonym, czmychnąć, gdzieś za rogiem, a następnie ruszyć w poszukiwania kolegów. Problemem było jedynie, że jego ucieczka nie byłaby niezauważona. Dobrze wiedział, iż wystarczy puścić żywcem pojmanego żołnierza, a po minucie sprowadziłby swoich kolegów. Z drugiej strony nie chciał go zabijać.
-Dobra. Ruszaj do przodu! –w końcu odezwał się zamyślony Vog. Kiwnął jeńcowi bronią, pokazując tym samym, gdzie ma iść. Obaj ruszyli w stronę zaplecza sklepiku. Z tego co pamiętał tam znajdowało się tylne wyjście. Kiedy znaleźli się już przy drzwiach na zewnątrz, Vog przypomniał sobie o swoich towarzyszach.
-Czekaj! –odezwał się gwałtownie do strażnika. Ten przestraszył się gwałtownym komunikatem rebelianta i podniósł ręce w górę, lecz tamten tego nie zauważył. Obrócił głowę do tyłu, zastanawiając się co zrobić. Nie chciał już wracać, choć wiedział, że powinien. Z drugiej strony zaczął wątpić w to, że jego przyjaciele

29




pozostali w środku. Następnie obrócił głowę do przodu i popatrzył dziwnie na jeńca, trzymającego ręce w górze.
-Opuść ręce. Masz wyglądać naturalnie! –powiedział, a następnie nietypowo popatrzył się na żołnierza. Najwyraźniej wpadł na pomysł, który mógł rozwiać jego wątpliwości. Nie zwlekając popchnął drugiego mężczyznę do przodu. Kiedy znaleźli się już na zewnątrz Vog wyostrzył swoją czujność. Musiał uważać do momentu, w którym razem ze swoim jeńcem zniknęli między gruzami. Dopiero wtedy znów się odezwał:
-Kto tak urządził ciebie i twoich kolegów?
-Nie wiem. –odpowiedział krótko strażnik. Widząc, iż nie jest skłonny do rozmowy, Vog przytknął mu lufę do pleców i odezwał się:
-Radzę ci się dobrze zastanowić i odpowiedzieć drogi raz bardziej konkretnie.
-Zapewne to byli twoi koledzy. Jakimś dwóm typkom udało się nas rozbroić podczas patrolu. Zapewne szybko zjawiły się wasze posiłki i reszta naszego oddziału. Sam możesz sobie odpowiedzieć co się później stało. –odparł, lekko zirytowany pytaniami rebelianta, żołnierz.
-Was, znaczy kogo? –zagadnął mężczyzna, lecz nie dał

30




swojemu jeńcowi ani chwili na odpowiedź. –Albo inaczej. Jakich dwóch „typków” was rozbroiło.
-Mamo nich powiedzieć? –zapytał zrezygnowany żołnierz.
-Nie, zaśpiewać. Nie narzekaj lepiej. Nie jesteś w takiej sytuacji, by być wybrednym. –odparł Vog, znów szturchając drugiego mężczyznę bronią. Tamten jeszcze bardziej zdenerwował się, ciągle powtarzanymi uderzeniami karabinem.
-Zrób to jeszcze raz, a jedyne co usłyszysz, to mój krzyk przywołujący wszystkich moich towarzyszy znajdujących się w okolicy. –powiedział z poirytowaniem w głosie.
-No dobra, ale zacznij już mówić coś przydatnego. –odpowiedział drugi.
-Tak więc… -jeniec ledwie zaczął, a następnie zrobił przerwą, aby przypomnieć sobie napastników. Kiedy już mu się to udało, dalej widział ich jakby przez mgłę. Mimo to kontynuował w obawie przed rebeliantem. –Jeden z nich był chudy i dość wysoki. Miał krótka ścięte włosy i zarost. Drugiemu się nie przejrzałem. Pamiętam jedynie…, że był średniego wzrostu i chyba miał kręcone włosy oraz brodę. Nic więcej nie mogę sobie przypomnieć.
Te informacje starczyły, aby rozradować Voga.

31




Wiedział już, że mowa była o Wiktorze i Adamie. Nie zwlekając znów zapytał;
-Co zrobili po tym jak was rozbroili?
-Nie wiem. Jeden z nich uderzył mnie miotłą w głowę. –odrzekł strażnik. Ta informacja dość zdziwiła pytającego. Zdumiony mężczyzna znów się odezwał;
-Miotłą?
-Tak się złożyło, że miotłą. –odparł rozdrażniony żołnierz, a następnie dodał. –I pomyśleć, że gdybym zignorował swoją nadgorliwość i dał spokój temu przeklętemu powstańcowi, nic by się nie stało.
-Cóż, tak to już jest, że czasami próbujemy robić coś jak najlepiej, a wychodzi tylko gorzej. –mówił Vog. –Z drugiej strony powinieneś się cieszyć. W spotkaniu z moimi kolegami miałeś małe szanse, by przeżyć.
Po tych słowach żaden już się nie odezwał. Strażnik wolał nie ciągnąć rozmowy, ponieważ zastanawiał się nad ostatnią wypowiedzią rebelianta. O ile chodziło mu tylko o nastraszenie rozmówcy i tak miał rację. Może sytuacja żołnierza nie była najlepsza, lecz w sumie była lepsza niż mógł się tego spodziewać. Gdy tak zastanawiał się nad swoim losem, drugi mężczyzna obrał za cel przemyśleń bardziej

32




przyziemną kwestię. Oglądał się to w jedną to w drugą stronę, zastanawiał się, gdzie powinni się udać. Niewiele wiedział o bagrze, więc skupił się na tym co wiedział. Jedyną lokacją, do której był w stanie dojść w tamtej chwili, była Nowobelgradzka. Nie był pewien czy to dobry pomysł kierować się w tamtą stronę. Mogło się okazać, iż jest ona pod kontrolą miejskich, lecz było to i tak najlepsze wyjście z tamtej sytuacji. Vog raczej nie podejmował złych decyzji (przynajmniej, gdy był wyspany). Miał także pomysł jak przejść przez teren opanowany przez przeciwnika. Co prawda nie miał jeszcze dopracowanych szczegółów, ale tym zajął by się, jeżeli naprawdę zaszła by taka potrzeba. Tymczasem miał inne zmartwienia na głowie. Musiał przemknąć nie zauważonym, trzymając na muszce złapanego strażnika. W dodatku wstał nowy dzień i promienie słońca oświetliły wszystko, przez co trudniej było się ukryć przed patrolami.
*
Mieszkańcy całego miasta przyzwyczaili się do życia pod ziemią. Większość z nich miała już rozregulowany zegar biologiczny. Trudno się dziwić, skoro zamiast promieni słonecznych, musieli

33




zadowolić się chłodnym i srebrzystym światłem dostarczanym przez lampy znajdujące się w ich mieszkaniach i na korytarzach. Może dla ludzi, witających się każdego ranka ze złocistym wschodem słońca, brzmi to źle, ale trzeba pamiętać, iż mieszkańcy Nowokrasnojarsku nie pamiętają tych czasów. Od kiedy dostają jedzenie bogate w witaminę A, słońce stało się dla nich zbędne. Reszta to już tylko kwestia przyzwyczajenia. W końcu człowiek jest istotą, która w gruncie rzecz łatwo przystosowuje się do nowych warunków. Zarówno, gdy się pogarszają, jak i polepszają. Jest to jedynie kwestia wejścia w nawyk. Weźmy na przykład ulubioną kawę czy rozkład tramwajowy. Mogliśmy mieć przez całe życie dostęp do ów napoju lub do idealnego rozkładu. W związku z tym każdego dnia rano wstawalibyśmy rano o, dajmy na to 7:30. Nie jest to za wcześnie, ale i tak potrzebny jest kubek ulubionej kawy na rozbudzenie. Moglibyśmy się nim delektować bez przeszkód przez nawet kwadrans, ponieważ i tak starczyło by nam czasu na inne, niezbędne czynności, jak reszta śniadania czy szybki prysznic. Następnie wychodzilibyśmy z domu i ruszyli w kierunku

34




przystanku. Dzięki idealnemu zgraniu w czasie, tuż po naszym dotarciu na miejsce przyjechał by tramwaj. W ten sposób o godzinie 8:25 wsiedlibyśmy do niego, aby znaleźć się w pracy bądź w szkole o 8:45. Wszystko idealnie zgrywa się ze sobą do momentu, aż nadchodzą nieuchronne zmiany. Nagle okazuje się, że z powodu zamknięcia wytwórni, musimy poradzić sobie bez ukochanej kawy. Oprócz tego w związku z małą ilością ludzi w okolicy ograniczona zostaje ilość tramwajów na danej linii. W związku z tym zamiast o 8:25, odjazd jest 8:40. Nie no, to trochę za mało na dotarcie do celu, więc trzeba wybrać wcześniejsze połączenie (jeżeli takowe istnieje). Oczywiście, że jest, lecz godzinę wcześniej. I tak na przystanku musimy być już o 7:40, a budzik ustawić na pół godziny wcześniej. Od tego momentu poranek wyglądał by całkowicie inaczej. Wstajemy nie wyspani, w pośpiechu pijemy jakąś plujkę, by zdążyć jeszcze się ogarnąć. Następnie biegniemy na tramwaj. Z brakiem tchu wbiegamy do środka, mając pewność co do braku wolnych miejsc. Wcześniejszy bieg powoduje, że jest na cieplej. Przyczynia się jeszcze do tego ogrzewanie w

35




pojeździe. Zdejmujemy szalik i rozpinamy płaszcz, prosząc w myślach o trochę chłodu. Po 20 minutach nasza prośba zostaje wysłuchana z nawiązką. Po wyjściu na zewnątrz czeka nas dłuższa chwila czekania na mrozie.
Wszystko to brzmi strasznie, jednak z czasem zaczynamy się przyzwyczajać do nowego schematu. Po miesiącu nie mamy większego problemu ze wstaniem. Wszystko robimy tak, by bez zbędnego pośpiechu dotrzeć na przystanek. Kiedy już dojedziemy na miejsce, zamiast marznąc bezcelowo chodzimy do tej małej kawiarenki za rogiem, której nigdy się nie odwiedzało z powodu braku czasu. 45 minut to idealna ilość czasu na przeczytanie jakiegoś ciekawego artykułu w gazecie naukowej, rozegranie krótkiej partii szachów, czy choćby na rozmowę z drugim człowiekiem. Żadna sytuacja nie jest tak zła jak nam się wydaje. Wystarczy, że wejdzie nam w nawyk, a wtedy może się okazać, iż wykorzystujemy czas lepiej niż wcześniej. Czasami nam się zdarzy wrócić w myślach do tego co było niegdyś, a wtedy dotyka nas nostalgia.
Tak tez właśnie jest z mieszkańcami Nowokrasnojarsku. Wiktor i Adam także przyzwyczajeni byli do braku naturalnego światła,

36




lecz widok pięknie wschodzącego słońca wzbudził w nich nostalgię. Z pewnością chcieliby zostać, choćby na chwilę. Nie pozwalał im jednak na to zaistniała sytuacja. Przy zejściu zaraz zjawiliby się wrodzy żołnierze, a poza tym nie po to znaleźli oddział rebeliantów, aby teraz go zgubić. Będąc już na jednym z niższych pięter poziomu E mogli zwolnić. Udało im się dogonić resztę. Później wszyscy ruszyli w dalszą drogę. Dotarcie do bazy na Bagrze zajęło im niewiele czasu. Tam panował wielkie zamieszanie, tak jak na G2. Wszyscy biegali w amoku, trzymając w rękach skrzynie z amunicja, broń, czy noszę z rannymi. Kolejne oddziały grupowały się przy jednym z wyjść i ruszały na front. Kiedy gotowi do walki żołnierze wybiegali z głównego pomieszczenie, w przeciwną stronę zmierzali ranni. Ci mocno wyróżniali się w otoczeniu. Powoli wchodzili do bazy, z pożółkniętymi i przesiąkniętymi krwią bandażami, które nadawały się tylko do wymiany. Cali obolali kierowali się w stronę punktu sanitarnego, tym samym zwiększając i tak długą, kolejkę. Niektórzy widząc, iż nie ma na co liczyć stawali z boku oraz zbierali się w kilku

37




osobowe grupki. Nie chcieli rozmawiać z innymi. Woleli swoje towarzystwo, a na jakiekolwiek pytania reagowali odczepnie, z pogardą w głosie. W tym wszystkim Adam zaciekawiło najbardziej same drzwi wyjściowe, znajdujące się po drugiej stronę dużego pomieszczenia. Trudno było mu się dziwić, ponieważ panujący tam tłok przyciągał uwagę.
-Wyjście na Nowobelgradzką. –powiedział jeden z żołnierzy, wchodzący w skład oddziału, który przyszedł im z pomocą. Szybko zauważył zdziwienie w oczach mężczyzny, obserwującego tłum ludzi przy wysokich drzwiach.
-No jasne. –odparł Adam, po czym dodał. –Myślałem, że miejscy są tylko przy placu Dunajskim.
-Jeszcze cztery godziny temu, też tak myśleliśmy. –mówił rebeliant. –Dobrze przypatrz się jak w najszybszy sposób przejść przez tamto przejście. Za niedługo sami będziemy się tam przeciskać.
-Nareszcie dostaniemy jakąś porządną misję, co nie? –znów odezwał się Adam, kierując pytanie do Wiktora. Ten jednak trochę się oddalił. Widząc, że nikt mu nie odpowiada zaczął się obracać szukając wzrokiem kolegi. Ten znajdował się kilka metrów dalej i wpatrywał się w

38




rannych.
-Ej! Co tam robisz? –zawołał go. Nim przyjaciel zdążył odpowiedzieć już do niego podbiegł.
-Szukam znajomego. –rzekł Wiktor. Rzeczywiście nie bardzo interesowało go samo wyjście z bazy. Zaciekawili go bardziej ludzie, którzy je pokonywali, a szczególnie ranni. Na widok obolałych, powracających z walki żołnierzy przypomniał sobie o ojcu Erika. Wiedział od chłopaka, że jego tata ruszył na Bagr już na początku. Duże było prawdopodobieństwo, iż znajdzie go wśród zluzowanych żołnierzy. Tak samo duże było prawdopodobieństwo, iż znalazł się w jednej z zbiorowych mogił.
-Kogo? –zapytał go towarzysz.
-Ojca chłopaka. –odparł krótko, przesuwając wzrok na kolejne twarze.
-Ojciec Erika był na Bagrze? –zdziwiony odpowiedzią Adam, zadał kolejne pytanie.
-Z tego co pamiętam to tak. –Wiktor nawet nie spojrzał na kolegę. Zdezorientował go dopiero nagły śmiech z jego strony. Spojrzał na niego dziwnie i zadał pytanie. –Z czego się śmiejesz?
-Ironia losu. –odrzekł krótko, rozweselony mężczyzna. Widząc, iż jego przyjaciel nie zrozumiał odpowiedzi dodał. –No pomyśl! Ojciec szedł na pierwszą linię z

39




małymi szansami na przetrwanie, podczas gdy jego syn miał nosić skrzynię z dala od frontu. I kto przeżył?
-Z moich obserwacji, żaden. –odpowiedział sucho. Adam zauważył, że zamiast rozbawić towarzysza, jeszcze bardziej go rozzłościł. Z drugiej strony był ni pocieszony, że żart mu ni wyszedł.
-Nie możesz tak mówić. Nie wiesz, czy obaj nie żyją. –powiedział do przyjaciela.
-Jak na razie nic nie wskazuje na to, by obaj żyli. –odparł ponuro mężczyzna.
-Skoro tak twierdzisz, to po co pytasz? –odrzekł do kolegi. Ten chciał powiedzieć pewnie coś w stylu „odwal się” albo po prostu „spierdalaj”. Powstrzymał się jednak wziął głęboki wdech, patrząc się wrogo na kolegę, a następnie rzekł cicho:
-Raz okazał byś się pomocny. Ten jeden, jedyny raz!
Po tych słowach Adam pokiwał głową, widząc rozpacz i bezradność kolegi. Łatwo było się domyśleć, iż niewiele zdziała patrząc się na odwróconych plecami rannych, z obandażowanymi głowami. Wtedy też mężczyzna zadał koledze ostatnie pytanie:
-Jak, twoim zdaniem, mam ci pomóc, skoro nawet nie wiem, jak on wyglądał?
Wiktor nawet nie spojrzał na niego. W

40




odpowiedzi machnął ręką i ruszył do dalszych poszukiwań. Adam wiedział, iż są one z góry skazane na porażkę. Przynajmniej w takiej formie. Rozejrzał się dookoła, aby pomyśleć, co zrobić. Szybko wpadł na pewien pomysł, który wydał mu się odpowiedni. Jego przyjaciel w skupieniu przypatrywał się kolejnym twarzą, kiedy gwałtowny krzyk przerwał ten spokój.
-Tunnen! Czy ktoś zna jakiegoś Tunnena? –wołał mężczyzna. Potem przerwał na chwile, by odezwać się od kolegi. –jak on miał na imię?
-Chyba Robert. –po tej odpowiedzi wznowił wołania:
-Robert Tunnen! Czy ktoś zna Robert Tunnena?
Stojący przy ścianie ludzie zwrócili na niego uwagę. Wszyscy oderwali się od rozmów i innych czynności i spojrzeli na niego. Niektórzy patrzyli na wołającego mężczyznę ze zdziwieniem. Inni zaś wrogo spoglądali na niego. Wiktor najpierw nie chciał się do niego przyłączyć, lecz po chwili zrozumiał, iż jest to lepszy sposób niż przyglądanie się każdemu z osobna z boku. W ten sposób szybciej przesuwali się, najpierw od ściany, przy której stała część rannych, a następnie przesunęli się w stronę kolejki. Tam reakcja była

41




trochę inna. Mało kto obracał się w ich stronę. Wyglądało to tak jakby bali się obrócić i wyjść z kolejki. Dochodził do tego także niechęć do rozmowy o wspomnieniach z ostatnich dni. Brak rezultatu spowodował utratę motywacji ze strony dwójki przyjaciół. Przechodząc koło wyjścia n Nowobelgradzką Adam ostatni raz krzyknął ze zrezygnowanym głosem w stronę stojącej nieopodal grupy młodych żołnierzy:
-Robert Tunnen! Mówi wam coś nazwisko Tunnen? Tunnen!
Na pierwszy rzut oka nikt nie zareagował, więc mężczyźni nie zatrzymując się ruszyli w stronę punktu zbornego, wyznaczonego przez dowódcę. Nie zwrócili uwagi na jednego z próbujących się dostać do środka rannego, który ruszył za nimi, po tym jak usłyszał znajome nazwisko ruszył w stronę dwójki mężczyzn. Ci go nie zauważyli, ponieważ byli odwróceni tyłem. Widząc jak daleko się znaleźli mógłby dać sobie spokój, ale poczuł się potrzebny i za wszelką cenę chciał pomóc. Kiedy zrezygnowani koledzy szli powoli, nagle usłyszeli za plecami czyjś głos:
-Hej! Ja znam jednego Tunnena.
-Udało się! –rzekł Wiktor do swojego towarzysza na widok żołnierza, który

42




do nich przemówił. Nie zwlekając, mówił dalej. -Jesteś pewien, że znasz Robert Tunnen?
-Nie do końca. –słowa nieznajomego trochę rozczarowały pytającego. Adam był jednak wciąż pełen nadziei, lecz nim zdążył cokolwiek powiedzieć mężczyzna kontynuował swoją wypowiedź. –Nie wiem, czy miał na imię Robert. Właściwie to nie wiele o nim wiem.
-To nie ważne. Grunt, że go znałeś. –odezwał się jeden z przyjaciół.
-W sumie to nie. Dokładniej mówiąc nawet go nie widziałem. Po prostu o nim słyszałem. –odpowiedział ranny. Jego słowa jeszcze bardziej rozczarowały Wiktora.
-Możesz nam coś o nim powiedzieć? Nie wiem, gdzie się na niego natknąłeś, albo raczej, gdzie o nim słyszałeś?
-Jeden z naszych wypowiedział to nazwisko, kiedy mijaliśmy strażnice na E3. Wiecie, gdzie to? –żołnierz zapytał.
-Nie do końca. –odparł Wiktor, powtórnie włączając się do rozmowy.
-Prosto jak się idzie na Nowobelgradzką, tylko nim się wyjdzie na górę w E2 trzeba skręcić i iść za strzałkami w stronę stacji metra Nowobelgradzka-wysoka-4. –wytłumaczył dokładnie nieznajomy.
-Dzięki wielkie. –obaj mężczyźni

43




podziękowali, ruszając w dalszą drogę do punktu zbornego. Mówiąc między sobą jeden z nich rzekł jeszcze. –Może mówili o nim jeszcze jak żył.
Żołnierz usłyszał te słowa, więc podbiegł oraz zatrzymał ich, po czym zaczął tłumaczyć:
-Tak! Kiedy o nim rozmawialiśmy jeszcze żył. Wyglądało to tak, że gdy dotarliśmy do strażnicy zapytałem się o to czy będą jakieś posiłki. Dowódca tamtego stanowiska nie był wstanie mi odpowiedzieć, dlatego też kazał jednemu ze swoich ludzi zawołać jakiegoś Tunnena, lecz ten się nie zjawił, ponieważ wyszedł za potrzebą. Mówili, bym zaczekał, ale nie miałem czasu i musiałem ruszać dalej.
-Świetnie. Jeszcze raz wielkie dzięki za wszystko. –powiedział Wiktor, ruszając do celu. Podczas gdy ranny żołnierz mówił zauważył, iż ich oddział się zbiera. Szturchnął Adam w ramię, by ten także się ruszył. Ten akurat szperał w swoim plecaku. Pośpiesznie wyciągnął coś ze środka.
-Ej! –krzyknął w stronę odchodzącego nieznajomego, a następnie rzucił w jego stronę wyjęty przedmiot. Była to paczka z dobrą kawą, którą Adam trzymał przy sobie od samego początku. On i tak

44




zaraz miał iść do walki, a rannemu żołnierzowi o wiele bardziej się przyda na rozgrzanie, Poza tym na pewno będzie miał większe możliwości na jej zaparzenie, niż on.
-Dzięki! –krzyknął rozradowany nieznajomy, po tym jak przyjrzał się podarunkowi. Tamten kiwnął mu ręką na koniec, a następnie znikł za stojącymi obok skrzyniami.
Obaj mężczyźni przyszli do punktu zbornego chwile po ustalonej godzinie. Nie czuli się jednak spóźnieni, widząc, a raczej nie widząc reszty oddziału. Ciężko było się dziwić. Mieli się zebrać o konkretnej godzinie, tylko dowódca nie wziął pod uwagę, iż nikt oprócz niego nie miął zegarka. Jako jedyny posiadał stary model Swissa. Mimo to też nie zjawił się na czas, ale to też było do przewidzenia. Jeżeli takie zamieszanie panowała wśród czekających w głównym pomieszczeniu żołnierzy, sytuacja wzdłuż korytarza dowództwa musiała być o wiele gorsza.
-Może poszli bez nas? –odezwał się zaskoczony brakiem pozostałych Adam.
-Cholera ich wie. –odrzekł mu Wiktor. Wyglądał na bardziej zestresowanego niż jego przyjaciel.
Uspokoił ich dopiero widok znajomych twarzy. Wreszcie grupa

45




składająca się z kilku członków oddziału zebrała się na miejscu. Przybyli rozweseleni żartem jednego z nich. Od razu po przyjściu stanęli w kółku parę metrów od dwójki przyjaciół. Raczej nie chcieli rozmawiać z nowymi towarzyszami, których dopiero co uratowali z tarapatów. Wiktor kilka razy próbował nawiązać rozmowę, lecz jego starania nie dały żadnego skutku. Drugi mężczyzna, widząc brak ten rezultatów podszedł do grupki, aby samemu spróbować.
-Gdzie jest dowódca? –zaczął schematycznie. Mężczyźni zwrócili na niego uwagę, lekko obracając głowy w jego stronę. Z obojętnym wzrokiem wzruszyli ramionami i wrócili do rozmowy.
-Chyba cały czas siedzi w gabinecie pułkownika. –odezwał się żołnierz stojący tuz przy Adamie.
-Długo tam jeszcze będzie? –zadał kolejne pytanie. Tym razem skierował je tylko do znajdującego się obok niego mężczyzny.
-Człowieku, skąd mam to wiedzieć? Nie widzisz jaki tu jest chaos. Może przyjdzie zaraz, może za godzinę lub dwie. Może spędzimy tu cały dzień, czekając na przydział. Nie wiem. –odparł tamten próbując zbyć swego rozmówce, lecz on nie chciał dać za wygraną:

46





-Gumy? –zaproponował. Nowy znajomy niepewnie po nią sięgnął, lekko kiwając przy tym głową.
-Dziękuje. –powiedział cicho, jakby wciąż bał się kontynuować rozmowę z natrętnym mężczyzną. Już wiedział, iż będzie on mówił dalej. Chciał jakimś sprytnym posunięciem rozpocząć prawdziwą rozmowę. Tymczasem właśnie ta guma miała być czymś w rodzaju propozycji do rozpoczęcia jej. Pytanie „Gumy?” tak naprawdę oznaczało „Porozmawiamy?”. Gdyby żołnierz odmówił wiadomo by było, iż plan Adama się nie powiódł. Ten jednak przyjął propozycje, przygotowując się na niekończący się potok słów (tak przynajmniej mu się zdawało, patrząc na swojego rozmówcę).
-Śmieszna sprawa z tymi gumami, nie? –Adam zaczął spokojnie, próbując zahaczyć o humor.
-Czemu? –zapytał mężczyzna, wyraźnie zaznaczając brak zrozumienia dla uwagi drugiego.
-Oglądałem wiele filmów wojennych. Zawsze przerwa od walki, odpoczynek były naznaczone rozmową przy papierosie. Dzisiaj byłoby ciężej, ponieważ palenie w słabo wentylowanych, niższych poziomach to niezbyt dobry pomysł. Gdybyśmy mieli do nich dostęp prawie każdy w tym

47




pomieszczeniu paliłby. Można by powiedzieć, iż bezpowrotnie straciliśmy dobrego towarzysza w dyskusji i nie tylko, ale zamiast tego dostajemy gumy z zawartością z aromatem tytoniu. Dzięki nim możemy do woli ulegać nałogowi w nowej postaci, a przy tym nie musimy bać się o nasze bezpieczeństwo.
-Nowoczesne problemy wymagają nowoczesnych rozwiązań. –mężczyzna krótko skomentował wywód Adama oraz zaśmiał się pod nosem.
-Dokładnie. –tamten też zareagował śmiechem. Po chwili, ni tracąc uśmiechu na twarzy przedstawił się. –Adam.
-Pablo. –usłyszał w odpowiedzi.
-Kolejny boss mafii. –powiedział, jakby sam do siebie.
-Może i Pablo brzmi jakbym był z mafii, al. lepsze to niż Vito. –odparł nowy znajomy.
-I tu masz racje! –Adam roześmiał się jeszcze bardziej. Nie trwało to długo, jednak zdążył zwrócić na siebie uwagę reszty grupy.
-Z czego się tak śmiejecie? –odezwał się jeden z żołnierzy.
-Nic, nic. Taki żarcik sytuacyjny. –odpowiedział Pablo, starając się odwrócić uwagę kolegów od siebie i nowego znajomego.
-To powiedzcie co was tak rozbawiło. Skoro musimy tu czekać na Cola, to lepiej posłuchać

48




żartów. –po tych słowach Adam podszedł bliżej grupki.
-Ja znam jeden ciekawy żart. Jak chcecie to mogę powiedzieć. –oznajmił żołnierzom.
-No jasne! Mów! –przekrzykiwali się wszyscy. Nagle bardzo zainteresowali się mężczyzną i tym co mówi.
-A więc tak, pewnego dnia doszło do katastrofy budowlanej, gdzieś na dole. Z tego powodu musiał pojawić się inspektor wraz ze swoim asystentem. Sprawdzanie okoliczności trwało bardzo długo i po skończeniu inspekcji było już bardzo późno. Skoro czas pracy minął, to inspektor stwierdził, iż od razu pojedzie do domu. Na to samo pozwolił swojemu asystentowi. Tak więc wsiedli do windy, asystent wybrał jedno z pięter na poziomie E, a inspektor, jako że był to bogaty człowiek, oczywiście poziom A. w ostatnim momencie drzwi otworzył robotnik, który akurat skończył pracę i chciał jak najszybciej zabrać się do domu. Drzwi zamknęły się za nim, a następnie wybrał jedno z pięter na poziomie G. No i dobra, winda ruszyła w górę. Jadą. Winda pokonywał coraz wyższe piętra, aż tu nagle, wskaźnik pokazujący aktualny poziom wysiadł, a całość zaczęła nienaturalnie przyśpieszać. „Co

49




się dzieje?” zastanawiali się wszyscy. I w pewnym momencie winda gwałtownie zahamowała. Drzwi się otworzyły. Do środka dostał się wielki blask, który oślepił całą trojkę. Przed drzwiami zobaczyli czyjąś sylwetkę, a za nią światło. „Witajcie!” mówi nieznana postać „Ja jestem aniołem, a wy zostaliście przez naszego pana wybrani by dostać się do niebios.”. Po tym komunikacie zaczęli powoli wychodzić z windy. Pierwszy wychodzi robotnik. Patrzy się dookoła i rozradowany krzyczy „Hura! Jestem w niebie!”. Drugi wychodzi asystent. Niepewnie rozgląda się, jednak po chwili także pełen radości woła „Hura! Jestem w niebie!”. W końcu wychodzi inspektor. Podejrzliwie patrzy to w jedną stronę, to w druga stronę. Uważnie wszystko obserwuje, po czym wraca do windy mówiąc „Przepraszam, ja mieszkam wyżej.” –długi żart wywołał u wszystkich słuchaczy śmiech. Każdy z osobna klepał opowiadającego po ramieniu. Kiedy trochę spoważnieli po kolei witali się z Adamem oraz Wiktorem. Ten drugi podawał po kolei ręce i powtarzał swoje imię, jednak nie zwracał uwagi na to jak przedstawiali się inni. Zastanawiał się jak jego

50




przyjacielowi udało się dogadać z niedostępnymi żołnierzami. Worgule nie pomyślał o tym, aby ich rozbawić.
Minęła kolejna godzina. Stojący w grupie członkowie oddziału cały czas rozmawiali. Do tej pory, nawet Wiktor zdążył zapoznać się ze wszystkimi. Co chwile dołączały kolejne osoby, a reszta witała ich mówiąc „Żałujcie, że was nie było.”, albo „Nawet nie wiecie, co was ominęło.”. To wszystko trochę zdziwiło dwójkę przyjaciół. Adam wiedział, iż zdoła ocieplić swój wizerunek opowiadając żarty, ale nie spodziewał się, że pójdzie mu tak dobrze. W każdym razie był zadowolony ze swojego sukcesu. W końcu darowanemu koniowi w żeby się nie zagląda. Wracając do mijającego czasu. Kiedy minęła ów godzina na horyzoncie pojawił się dowódca oddziału. Spokojnym krokiem podszedł do grupy żołnierzy i oznajmił:
-Panowie, mamy rozkazy.
-Czekamy z niecierpliwością. –odparł jeden z mężczyzn. Był to ten, który spytał się wcześniej Adama o kawał. W sumie w całej tej grupie miał najwięcej do powiedzenia, co wskazywało na to, że był jednym z podoficerów, a może nawet zastępca dowódcy. Z tego co

51




zapamiętał Wiktor mówili na niego Trasko. Imion i przezwisk większości żołnierzy już nie pamiętał, ale jego ciężko by było zapomnieć.
-Dwie godziny czekania, tylko po to, aby dowiedzieć się, że idziemy tam, gdzie wszyscy. –powiedział poirytowany przywódca.
-Czyli cel- Nowobelgradzka? –zapytał inny. Jego także Wiktor kojarzył. Pamiętał, iż jego imię zaczynało się jakoś na „P”. Stawiał na Poliego, lub na Patrika.
-Miałeś jakieś wątpliwości Pit? –odrzekł dowódca, przypominając tym samym bohaterowi ulotny pseudonim żołnierza.
-To po co właściwie czekaliśmy? –tym razem odezwał się Louis.
-Bez rozkazu nie wydaliby nam amunicji. –usłyszał w odpowiedzi. Faktem było to, że każda próba pobrania broni czy uzupełnienia amunicji bez rozkazu była karana. Adam widział kilka razy, jak kogoś w związku tym łapali.
-To nie ma sensu. –kontynuował żołnierz. –marnujemy cenny czas na siedzenie w bazie, podczas gdy nasi czekają na posiłki. Cały czas przeciwnik na nich napiera, a my nie możemy iść im z pomocą, ponieważ „nie mamy rozkazu na piśmie”. Trzeba powiedzieć tym biurokratą z dowództwa, żeby poszli

52




na front kłócić się z wrogiem, iż nie mogą zaatakować, ponieważ nie mają zgody na piśmie.
-Rozumiem twoją frustracje, ale skoro mamy już potrzebne papiery, to możemy załatwić jak najszybciej co trzeba i ruszyć do walki. –powiedział stanowczym głosem dowódca.
-Właściwie to co mamy wziąć? Szykuje się jakiś transport ekstra? –zagadnął Pit.
-Nie nic specjalnego. Po prostu uzupełnijcie amunicje, a później możemy iść. Zrozumiano?
-Tak jest! –odpowiedzieli chórkiem żołnierze, po czym ruszyli do magazynu z bronią. Nim wszyscy zdążyli się zaopatrzyć w odpowiednią ilość magazynków, granatów i pasów z nabojami do RKMu, minęło 15 minut. Później wszyscy zebrali się nieopodal wyjścia. Gdy dowódca stwierdził, że wszyscy są powiedział krótko „Wyruszamy”, a następnie ruszył w stronę dużych drzwi. Wtedy też Wiktor ostatni raz popatrzył na otaczających go ludzi. Poruszający się to w jedną, to w drugą stronę sali mężczyźni ze skrzyniami cały czas wywoływali zamęt wśród reszty zgromadzonego w pomieszczeniu tłumu. Kolejka wciąż był długa. Grupy rannych, wchodzących do środka wciąż się nie

53




zmniejszały. To samo dotyczyło obolałych żołnierzy odpoczywających przy ścianie i tych, którzy wychodzili do walki. Różnica była jedynie taka, iż teraz wśród nich znaleźli się nasi bohaterowi. Niepewni przyszłości, wkraczali w mrok znajdujący się za progiem. Powoli oddalając się od bazy było coraz ciemniej, a wielkie drzwi zdawały się małym prostokącikiem na horyzoncie. Ten kontrast odczuwały także ich uszy. Zgiełk panujący na Sali nie pozwalał im się skupić tymczasem kilkaset metrów dalej wszystko było inne. Im bardziej zgłębiali się w korytarz, tym większa cisza panowała wokół nich. Nie miała trwać ona zbyt długo. Już kilometr na wschód oraz trzy pietra w górę, niekończące się korytarze wypełniały krzyki rannych i eksplozje bomb, wybuchających de facto nad ich głowami.
*
Kiedy Wiktor wraz z Adamem podążali wraz z nowym oddziałem w stronę Nowwobelgradzkiej, Vog wraz ze swoim jeńcem zbliżał się do nich od drugiej strony frontu. W dwujke przemykali między, nad i pod gruzowiskami oraz ruinami, niegdyś stojących dumnie nad poziomem E budynków. Cały Bagr coraz bardziej przypominał sektor elektrowni, w którym nie

54




znajdowała się ani jedna konstrukcja docierająca do poziomu D. Od pierwszego dnia walk cała dzielnica była coraz niższa. Z każdym bombardowaniem upadały kolejne wieżowce, przerzedzając tym samym krajobraz. Wszystko wyglądało bardzo ponuro, lecz dla Voga liczyło się każde możliwe schronienie. Bez trudu skrywał się za pozostałościami po budynkach. Kiedy było to potrzebne schodził na niższe piętra i znajdował się w nich do momentu, aż nie usłyszał w pobliżu odgłosy walki. Nie raz musiał się mocno wysilić, by uniknąć spotkania z patrolem przeciwnika. Szczególnie, gdy pojmany przez niego strażnik próbował zawiadomić swoich towarzyszy o swoim losie. Po trzech takich sytuacjach, Vog zakneblował niepokornego strażnika. Od tamtej pory łatwiej było mu umknąć przed wrogimi żołnierzami, przez co coraz szybciej zbliżał się do swoich przyjaciół.
O ile Vog oraz Wiktor i Adam zmierzali ku sobie, pozostał trójka cały czas się oddalała. Od chwili, w której opuścili wieżowiec uciekali przed miejskimi. Trwało to kolejne 3 godziny. W ich ciągu zdążyli całkiem stracić orientacje. Przez jakiś czas myśleli, iż poruszają się

55




równolegle do ulicy Nowobelgradzkiej. Kiedy zreflektowali się, że to nie prawda, obrali kurs na Zil. Według ich planu po drodze na pewno spotkaliby resztę. Szybko jednak musieli zawrócić, ponieważ narazili się na ostrzał artyleryjski. Po kolejnej godzinie nie wiedzieli już, gdzie zmierzają. Wszystko wydawało im się takie same, przez co nie byli w stanie zorientować się w terenie. Szczęście w nieszczęściu było takie, iż przecinające się pod kontem prostym ulice bardzo dobrze działały jako punkt odniesienia. Dzięki nim trójka rebeliantów nie musiał się obawiać krążenia w kółko. Przez cały czas poruszali się w jedną stronę, aż w końcu na horyzoncie zaczęły majaczyć nie zniszczone budynki. Prawdopodobnie należały one do innej dzielnicy. W miarę czasu robiły się coraz większe i wyraźniejsze. Byli już pewni, że zbliżają się do innej dzielnicy. Nie wiedzieli jedynie do jakiej.

56




Wyrazy: Znaki: