Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 52
Dzisiaj w pracowni: 5
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Myśliwyikonka kopiowania

Autor: Adam Gabrysz twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Kolce ostrokrzewu raniły mnie głęboko, wrzynając się w policzki, jakby nóż rzeźnika w tuszę wieprza. Wiatr targał połami niemal spleśniałego, skórzanego płaszcza. Buty ugrzęzły głęboko w błocie, choć dałbym głowę, że jeszcze pół godziny temu były ponad jego powierzchnią. Siąpił lekki deszcz, kłując twarz lodowatymi igłami bólu. Wokół panowała głucha, niemal martwa cisza. Na karku czułem miliardy odnóży pełzających pośpiesznie. Bicie mojego serca stawało się coraz wolniejsze. Każde uderzenie rezonowało po ciele gęsią skórką. Płuca bolały, jak gdyby kowal ścisnął je kleszczami. Bezlitośnie.
Każdy ruch mógł skutkować porażką, nie mogłem sobie pozwolić na błąd. Nie tym razem. Po chwili wyczułem paskudny fetor padliny. Smród niemal unosił się w materialnej formie wokół mnie. Bił od trupa leżącego nieopodal. Mojej przynęty na Pokraka.
Czas odznaczał swój ubieg kolejnymi szramami na policzkach i coraz to bardziej przemokniętymi butami. Wszystko to było niczym wobec smrodu, ten wdzierał się do nozdrzy i podrażniał niby kwas. Przed oczyma miałem powykręcane pośmiertnym grymasem bólu twarze

1




wieśniaków, którzy zmarli na Trupią Febrę. Jeden z nich przed śmiercią mamrotał wizerunek potwora, który zaatakował ich grupę tamtej nocy...
„Wielki... wielki był. Khe, khe. Straszny, jakby na dżumę chory. Skóra odchodziła mu pła-płatami. Smród od niego bił, niby grób rozkopany... khe, khe. Szybki jak myśl, mało com widział, ale... eeehhhh... jedno wiem, bodaj przeklęty był ten, kto na pomstę naszych pradziadów i ich mogił kazał iść... khe, khe. Bodaj zdechł jak ja....”
Nagły szelest i dźwięk łamanych gałęzi wybudził mnie z embrionalnego pół snu. Spieszył się, nie uważał na drogę. To dobrze. Był głodny.
Nie minęła chwila i wielki, paskudny łeb wyłonił się zza krzewów. Robakowaty nos wił się na prawo i lewo podrygując rytmicznie. Nagle nos stanął w pełnej erekcji, skierowany na padlinę. Rozsądek pokonał głód, Pokrak upewniwszy się, że nie ma zagrożenia ruszył nieśpiesznie do przodu. Tym razem bezszelestnie. W jego chodzie było coś hipnotyzującego, nieregularne kroki, zgarbiona sylwetka, gwałtowne ruchy głową w każdą ze stron. Najbardziej niezwykłym był fakt, że Pokrak w połowie goleni ma

2




dodatkowe stawy, które powinny bardziej przeszkadzać, niż pomagać. Cóż, mutacja genów nie raz mnie zaskoczyła. Pokrak był już przy padlinie. Ukląkł i pochylił się nad nią, szykując się do posiłku. To był ten moment.
Zerwałem się z miejsca wznosząc strzelbę do strzału, niestety zdrętwiałe nogi odmówiły posłuszeństwa i runąłem na ziemię z głuchym jękiem. Pokrak podniósł łeb i spojrzał w moim kierunku. Nawet jak na jego anatomię miał wyjątkowo dziki wyraz twarzy. Przez krótką chwilę patrzył się w stronę miejsca skąd dobiegł hałas i wrócił do ucztowania. W duchu przeklinałem swoje szczęście w nieszczęściu. Gdyby uciekł, prawdopodobnie zaszyłby się w którejś z jego jam i nigdy bym go nie znalazł. Przeczołgałem się kilka metrów do przodu aby zwiększyć szansę zabicia potwora jednym strzałem. Powolnymi ruchami rozmasowałem odrętwiałe kończyny i spiąłem się w sobie. Następnej szansy nie będzie, pomyślałem. Spojrzałem ostatni raz na swoją broń. Mossberg pięćset.
Szybki wyprost i przycelowanie. Oko idealnie zgrało się z linią lufy. Na końcu tej smutnej, stalowej drogi znajdowała się moja ofiara.

3




Wyuczonym i zdecydowanym ruchem nacisnąłem spust. Huk wystrzału rozległ się szerokim echem po głuszy, a kopnięcie dało się we znaki. Pokrak w jednym momencie rozłożył się na łopatki, leżąc nieruchomo. Lecz coś było nie tak. Odrzut był zbyt niewielki jak na... o cholera. Wystrzeliłem śrut na drobną zwierzynę, a Breneki zostały w torbie! Rzuciłem się i jednym susem dopadłem do torby z nabojami. Ręce mi się trzęsły i coraz to kolejny nabój wylatywał z rąk. Za sobą usłyszałem głośne charczenie i zgrzytliwy jęk. Było bardzo mało czasu. Pokrak zabiłby mnie od razu, bez potrzeby drugiej szansy. Chwyciłem jedną łuskę i wsadziłem do komory nabojowej. Szybkim ruchem przeładowałem i błyskawicznie obróciłem się za siebie trzymając broń w pogotowiu. Nic. Śmiała mi się w twarz padlina, którą specjalnie tam umieściłem. Pokrak zniknął. Ale wiedziałem, że zraniony będzie szukał zemsty. Natychmiastowej i bezwzględnej. Miałem się na baczności. Liście na prawo ode mnie poruszyły się lekko, szeleszcząc złowrogo. Ale to nie był on, Pokrak nie dopuściłby do zdradzenia swojej pozycji. Było tylko jedno wyjście. Zamknąłem

4




oczy. Czekałem. Bicie serca stało się chaotyczne, wręcz irytujące. Coś za mną się poruszyło, mrówki na karku znów zagrały walca i tym razem mnie nie zawiodły. Odwróciłem się i momentalnie wypaliłem w pędzącego w moją stronę Pokraka. Potężny kawał ołowiu w kształcie bolca kalibru .12 wyrwał Pokrakowi łeb, a będące w pędzie ciało poleciało kilka metrów i zatrzymało się u moich stóp. W koronach drzew żaden ptak nie zaznał dziś spokoju.

      •

     -Z nieba żeście nam spadli, Panie! Powiedzcie no, ciężko było tego bydlaka ubić? Tfu! – Wydyszał zdumiony sołtys, gdy truchło Pokraka legło na werandzie domu.
-Ciężko, łatwo, jaka to różnica? Potwór zabity. Należy mi się nagroda. – Powiedziałem, choć skłaniałbym się do innej konkluzji.
-Ano, co racja to racja. Wyście jednak profesjonalista, teraz nieco żal mi naszych chłopów, com ich posłał na odwet... – Zamilkł chwycony za szyję i przyparty do framugi.
-Czy ty zdurniałeś? Nie miałeś bladego pojęcia co rozkopało groby, a jednak wysłałeś chłopów na pewną śmierć?!
-P...puśćcie Panie... khe, khe, khe... ehhhh... Ależ

5




skąd ja miałem wiedzieć co to było? A nuż to jakieś zwierzęta przyszły z lasu toczone głodem, przecie wie Pan jakie teraz czasy są... – Nie zdążył powiedzieć ani słowa więcej. Uderzyłem go w skroń, padł na drzwi chaty wpadając do środka.
-Powtórz to żonom zabitych i ich dzieciom, gdy zapytają dlaczego nie ma taty. Brzydzę się tobą i twoją gotówką. Zatrzymaj ją sobie. – Rzuciłem plik banknotów na podłogę obok zdezorientowanego sołtysa.
Awantura pod domem sołtysa wsi Podgórze szybko zaowocowała niemałym tłumem gapiów. Ludzie szemrali między sobą niespokojnie, czasem wskazując palcem w moim kierunku. Atmosfera niczym napięta struna wibrowała wyczuwalnie, grając melodię rozsierdzenia.
- A kim ty kurwa jesteś, że podnosisz rękę na dobrego człowieka? – zakrzyknął najbardziej śmiały z tłumu chłop o twarzy koloru kory dębowej. Był barczysty, a gdy splótł ręce wydawać by się mogło, że ktoś splątał dwa potężne pnie drzew.
- Właśnie! Igor to dobry człowiek! Bezbronnego łatwo powalić, zobaczymy czy z nami będzie ci tak łatwo! – Zza barczystego drągala wystąpił przed szereg niewielki mężczyzna o

6




skrzekliwym głosie. Dumnie wypinał pierś i wymachiwał rękoma w stronę tłumu.
- Jak to jest ludziska, będziemy tolerować takie bezprawie? Trzeba nam ukrócić te anarchiczne zapędy tego człowieka, kto wie, może teraz będzie chciał nazwać siebie nowym sołtysem?
Tłum zareagował wyraźną aprobatą, kątem oka widziałem błyszczące klingi noży schowanych za pazuchę. Poniektóry zaciskali mocniej ręce na trzonkach wideł. Wszystkim uczestnikom wyraźnie wizja samosądu się podobała. Nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, z uścisku Morfeusza uwolnił się sołtys. Lekko zataczając, podniósł się z ziemi. Otrzepawszy koszulę z kurzu wskazał palcem na mnie, po czym siarczyście splunął mi na buty
- Brać go do domu cieśli... jutro zawiśnie! – Krzyknął, po czym rozkaszlał się na dobre.

      •••

     Rozdział II

     Dom cieśli Kazimierza był wyjątkowo niewielki i skromny. Składał się z jednego sporego pomieszczenia, które pełniło rolę kuchni, jadalni i sypialni. Wewnątrz było duszno, drewniane okiennice najpewniej spuchły i już ich nie otwierano. Powietrze było bardzo gęste, niemal wlewało się do

7




płuc, niby strumień wody. W rogu domu, na prawo od drzwi stał sporych rozmiarów piec kaflowy, choć stan w jakim się znajdował, pozwalał tylko na nazywanie go piecem. Po przeciwnej stronie, również w rogu pokoju znajdował się stół z drewna Olchowego. Gdy na niego patrzyłem, do głowy powracał mi ojciec, również cieśla, który zwykł mawiać, że: „Drewno Olchowe jest bardzo wdzięczne. Odpowiednio wysezonowane nie pracuje, przez co bardzo rzadko pęka"
Do stołu w zestawie były dwa ręcznie rzeźbione krzesła. Miejsce przy stole zajmowało jednak tylko jedno. Na drugim, w środku pokoju siedziałem ja, związany. Konopne liny były wyjątkowo szorstkie, czułem, że przeguby rąk mam przetarte niemal do mięsa. Z godziny na godzinę ręce z braku dostępu do świeżej krwi puchły, co w najmniejszym stopniu nie polepszało sytuacji. Byłem zmęczony. Nie miałem możliwości się ruszyć. Musiałem spać.

     Sen przyszedł z wielkim ociąganiem. Widocznie już wtedy zwariowałem, bo w śnie sceneria nie odbiegała od rzeczywistości. Wciąż czułem ogromny ból na przegubach i tyłku, natomiast dłoni w cale już nie czułem. W moim śnie panowała noc,

8




jedynie przez ubrudzone okno widziałem płomienie pochodni rozpalone na uliczkach. Wędrowały, wirowały i rozmywały się za szklaną ścianą. Podrygiwały, tańcząc fascynującą, choć nikomu nie znaną choreografię. Miałem coraz to większe obawy, że ten sen okaże się koszmarem. Przecież we śnie nie czuje się głodu. Z wycieńczenia wyobrażałem sobie, jak sam tańczę z płomieniami, błyskając blaskiem na twarze gapiów. Nagle we śnie rozniósł się strzał, rozdzierając moje marzenia o pięknym walcu. Potem kolejny i jeszcze kolejny. Potem krótka seria. Znów pojedyncze pukanie 9mm Parabellum.
Pocisk, który wlatując do pomieszczenia roztrzaskał piec kaflowy w drobiazgi, wyzbył mnie wątpliwości. Ja nie śpię, a na Podgórze ktoś napadł.

9




Wyrazy: Znaki: