Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 52
Dzisiaj w pracowni: 5
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

IV.Rzym -Pokaz siły- Rozdział Vikonka kopiowania

Autor: Apostoł twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Rozdział V

     Nowy plan

     Ulica Nowobelgradzka pojawia się tutaj już od samego początku. Najpierw odwiedził ja Erik wraz ze swoim ojcem. Można powiedzieć, że od tego wszystko się zaczęło. Następnie nazwa ulicy pojawia się co jakiś czas jako miejsce najbardziej zaciętych walk. Bohaterowie dotychczas krążyli dookoła nie mogąc do niej dotrzeć. Wreszcie nadszedł moment, w którym dwójka z nich miała znaleźć się we wspomnianym miejscu. Nie oznacza to jednak finału. Do finału jeszcze daleko. Ciężko by było nie zaznaczyć tego wydarzenia, ponieważ wiele zmieniło w dotychczasowym myśleniu zarówno Wiktora, jak i Adama. Wszystko zaczęło się od tego, że…

     -Nie możemy iść dalej sir. -odezwał się Pit, wracając ze zwiadu, na którym był on i kilku jego ludzi.

     -Co ty razem? -zagadnął dowódca, przyzwyczajony do ciągłych przeszkód.

     -Tuż po bombardowaniu wróg przypuścił atak odpierając naszych. -odparł żołnierz.

     -Dokąd? -zapytał krótko przełożony. Był człowiekiem, skupiającym się raczej na konkretach.

     -Na skrzyżowanie z 47.

     -Przecież to już jest niska IV. -dowódcę zdziwiła odpowiedź. Przekazana informacja

1




zaburzyła mu cały plan działania. W krótkim czasie musiał wymyślić nowy. Mogło by się wydawać, iż to nie jest duży problem, ale łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Bowiem wspomniana wcześniej „niska IV” to jedna ze stacji metra położona przy ulicy Nowobelgradzkiej. Ta znajdowała się jakieś dwa, trzy kilometry od oddziału. Oznaczało to, że musiał by pokonać ten dystans na niższych piętrach poziomu F, ponieważ wyżej na pewno byli już strażnicy. To jednak było najmniejsze zmartwienie dowódcy. O ile nie bał się o los swój i swoich żołnierzy, wiedział w jaki zagrożeniu znalazła się baza. Co prawda umiejscowiona był na poziomie G, lecz znalazła się bezpośrednio na flance pozycji przeciwnika. Jedyną nadzieją był brak wiedzy wroga o położeniu placówki, ale dowódca wiedział, iż wywiad sił miejskich działa bardzo prężnie. Pewnie stała się ona kolejnym celem przeciwnika, dlatego też zaprzestał ataków na przód i ograniczył się do niewielkiego ostrzału.

     -Co robimy sir? -Trasko wyrwał dowódcę z przemyśleń.

     -Zmiana planów panowie. -zaczął mówić oficer. Właściwie dopiero nagłe pytanie podwładnego

2




spowodował, że podjął on szybką decyzję. -Powinniśmy iść na nasze najbliższe pozycje, ale nie możemy tam iść. Musimy wrócić do bazy, ponieważ to tam będzie potrzebna pomoc.

     -Z tego co mi się wydawało mamy wesprzeć naszych na pierwszej linii. -rzekł podejrzliwie Trasko.

     -Patrz! -dowódca wskazał na rysowany na kartce rysunek. -Baza jest tutaj. Na północ znajdywała się linia frontu, która dzieliła Nowobelgradzką prawie na pół. Jednak ostatni atak spowodował, że nasi cofnęli się o kilka przecznic. Pewnie zostawią teraz nasze pozycje w spokoju i ruszą w stronę naszej placówki, nim zdążymy zareagować.

     -Ale sir, pułkownik na pewno wie, jaka jest sytuacja i przygotowuje się do obrony. Nie jest nas wielu i będziemy tam zbędni. -podwładny wyraził swoje pesymistyczne zdanie. -Musimy iść na wschód, ponieważ tam nas oczekują.

     -Musielibyśmy przemknąć tam bardzo szybko, aby nie wpaść na wroga. -zauważył oficer. Nie chciał przekonać się do tego pomysłu mimo namawiania.

     -Może i na poziomie E byłby problem, ale niżej będziemy mogli przejść niespostrzeżenie...

     -Nie rozumiesz? Nie ma pierwszej linii! -krzyk dowódcy

3




zwrócił uwagę pobliskich żołnierzy. Widząc to opuścił głowę, a wraz z nią twarz wykrzywioną w grymasie irytacji, pewnie na samego siebie. Tym samym dał podwładnemu ponownie przemówić:

     -Może linia przesunęła się o dobre trzy kilometry, ale tam wciąż są nasi ludzie. My to wiemy i oni też to wiedzą. -Wskazał palcem na znikający w ciemności korytarz prowadzący na wschód, mając na myśli strażników. -I ruszą dalej dopiero, kiedy zginie ostatni rebeliant na ich tyłach. Dopóki na pierwszej linii jest choćby mały oddział powstańców, i to nie byle jakich powstańców, tylko ludzi z zilowskich klanów, to znaczy, że ta wciąż istnieje. Nie chce się z Panem kłócić, ale wydaje mi się, iż powinniśmy wykonać nasz rozkaz. -odrzekł żołnierz, starając się przekonać upartego dowódcę. Ten jednak był nieugięty. Krótka mowa Trasko nie zrobiła na nim większego wrażenia. Przez cały czas jedynie kręcił głową z dezaprobatą.

     Mijały minuta za minutą, a oddział stał cały czas w miejscu. Większość żołnierzy wykorzystała długotrwająca kłótnię na odpoczynek. Podoficerowie natomiast kolejno przyłączali się do dyskusji.

4




Widząc rosnące dookoła dowódcy grono, także Wiktor ośmielił się włączyć do rozmowy:

     -Może byłaby możliwa inna alternatywa.

     -Zamieniam się w słuch. -odparł, stojący w samym środku zamieszania, oficer. Po jego słowach wszyscy ucichli, czekając na opinie mężczyzny.

     -Myślałem nad ruszeniem do jednej z placówek położonych za linią frontu. Oczywiście jeżeli taka istnieje. -powiedział nieśmiało.

     -Świetny pomysł. Pobawmy się w partyzantkę. -odrzekł sarkastycznie jeden z podoficerów, lecz dowódca nagle mu przerwał:

     -Z pewnością nasi są jeszcze na zdobytych terenach. Uderzenie przeciwnika bardzo nas zaskoczyło i mogę się założyć, iż nie wszyscy zdążyli się wycofać. Co najwyżej zeszli na niższe poziomy, aby ukryć się przed strażnikami, przeszukującymi zdobyty teren.

     -No właśnie. Kłócimy się czy wesprzeć bazę, czy Nowobelgradzką, lecz oni w przeciwieństwie do otoczonych żołnierzy, mogą liczyć choćby na zaopatrzenie. -rzekł Wiktor, widząc zrozumienie ze strony oficera.

     -Co racja to racja. Nie powinniśmy nikogo spisywać na straty. -także Trasko zgodził się z Wiktorem, co jeszcze bardziej go

5




ucieszyło. Były to dwie najważniejsze postacie w oddziale i trzeba było się liczyć z ich zdaniem. Najbardziej przekonany był do pomysłu mężczyzny Pit. On w przeciwieństwie do dwóch wyżej wymienionych był zdecydowanie młodszy, przez co o wiele szybciej i bardziej porywczo podejmował decyzje. Po słowach swojego kolegi włączył się do rozmowy, próbując zachęcić innych do pomysłu nowego znajomego:

     -To dobry pomysł. Dzięki temu, że pomożemy pomniejszym oddziałom, będziemy mogli liczyć na wsparcie z ich strony.

     -No tak. Jeżeli uratujemy pomniejsze grupy naszych ludzi, uzupełnią oni naszą kompanie. -do rozmowy włączył się także Louis. -wtedy może będzie można nazwać to kompanią.

     -Macie rację, pomysł jest nawet dobry, ale to tylko pomysł. -znów odezwał się dowódca. -Teraz potrzebujemy porządnego planu.

     -Najlepiej będzie wyznaczyć sobie trasę, którą przejdziemy, by uratować jak największą ilość naszych towarzyszy, po czym dotrzemy do jednej ze strażnic, w której będziemy mogli odeprzeć ataki miejskich. -Trasko zaczął planować.

     -Pit, mamy jeszcze jakąś strażnicę na wysokiej? -zagadnął oficer. Pit był w

6




końcu dowódcą grupy zwiadowczej, co czyniło go także pewnego rodzaju informatorem. Po chwili namysłu odpowiedział:

     -Z tego co pamiętam najdalej położoną strażnicą, która jest w posiadaniu naszych, jest ta przy stacji Nowobelgradzka-wysoka-IV.

     Ta informacja bardzo ucieszyła Wiktora. Przez cały czas pamiętał słowa, spotkanego w bazie żołnierza. Jeżeli wszystko by się sprawdziło miałby możliwość spotkania pana Tunnena. Wiedział, iż rozmowa o stracie Erika będzie ciężka do przeprowadzenia, ale czuł się odpowiedzialny za chłopaka i wiedział, że mimo wszystko musi odpowiedzieć przed ojcem.

     Kiedy Wiktor zastanawiał się nad spotkaniem z panem Tunnenem, dowódca oddziału zastanawiał się nad podjęciem decyzji. Po chwili przekonał się całkowicie do nowego planu i rzekł:

     -Tak więc zróbmy tak. Ruszamy w stronę wysokiej IV. Mam nadzieje, że wszyscy wiedzą co to znaczy. Będziemy musieli poruszać się bardzo szybko. Poruszać się na wyższych piętrach w poszukiwaniu naszych, po czym schodzić na dół, by uniknąć związania się z walką. Oprócz tego będziemy musieli walczyć z przeciwnikiem nie zatrzymując się, aż do celu.

7




Trzeba pamiętać, że dopiero tam zacznie się piekło, ale jeżeli wszystko się powiedzie uratujemy nie tylko okrążanych żołnierzy, ale i wielu innych, odciążając nasze pozycje. Mówię to wszystko, abyście wiedzieli na co się piszecie, ale i co dzięki temu możemy zyskać. Chce też abyście wiedzieli, iż według mnie te wszystkie trudności, które nas spotkają są ciężkie do przejścia, jednak nie niemożliwe.

     Stojący wokół niego podoficerowie spojrzeli na niego wzrokiem pełnym zaufania i odwagi. Nie tracąc czasu na zbędne dyskusje, dowódca rozkazał im ogarnąć swoich żołnierzy. Grono ludzi wokół niego szybko się zmniejszało. Wszyscy szukali swoich ludzi. Wiktor także wrócił do swojego oddziału. Razem z Adamem trafił do jednej z drużyn uderzeniowych. Po chwili pojawił się także ich przełożony. Był to nie jaki sierżant Karo i od dwóch dni, czyli właściwie początku, miał dowództwo nad trzema drużynami uderzeniowymi i jedną wsparcia. Minęło kilka minut i cała kompania była gotowa do dalszej drogi. Żołnierze rozmawiali między sobą na temat nowego planu i celu jaki sobie obrali. Część z nich nie chciała uwierzyć,

8




że ruszają ze linie wroga. Nikt jednak nie siał pesymizmu, a nawet jeżeli noc by to nie dało. Kapitan wydał rozkaz i nie zamierzał pytać się swoich podwładnych czy chcą to zrobić, czy nie. Z drugiej strony był pewien, iż nowy plan wszystkim się podoba. To w końcu oni wpadli na taki pomysł oraz ustalili plan. On jedynie go zatwierdził.

     Spory oddział szybkim tempem przemieszczał się na wschód. Kapitan rozkazał swoim ludziom przemieszczać się na poziomie dwóch pięter. W sumie to nawet trzech, jeżeli weźmiemy pod uwagę zabezpieczającą od góry grupę rebeliantów z Pit na czele. Pierwsze 30 minut minęły bez żadnych wyróżniających się sytuacji. W ich ciągu pokonali dwa kilometry. Dopiero po przejściu tego dystansu trafili na pierwszy mały oddział zagubionych powstańców. Znajdował się on tuż po nimi i próbował urządzić zasadzkę na zbliżających się żołnierzy. Nie mogli uwierzyć w to, że spotkali na tym terenie inny oddział powstańczy, który przybył im z pomocą. Tak jak zakładał plan, napotkana grupka żołnierzy przyłączyła się do idącego na wschód oddziału. Kolejne pozostałości po znajdującym się tam

9




batalionie spotykały pomoc. Rozradowany, powodzeniem się planu, dowódca zapomniał o tym, że znajduje się pod pozycjami przeciwnika. Mijały kolejne minuty, a on wraz ze swoimi ludźmi znajdował się coraz bliżej wysokiej IV, przy czym do tamtej chwili było bardzo spokojnie. Obawiał się jedynie ataku na bazę. To by wyjaśniło brak strażników w okolicy. Jego zmartwienia rozwiał żołnierz obsługujący radiostacje. Przez cały czas mówił mu jak wygląda sytuacja na zachodzie.

     Niedługo później, poruszający się na wyższym piętrze żołnierz usłyszeli na sobą strzały. Kapitan od razu rozkazał nawiązać połączenie z Pitem. Po krótkiej chwili w radiostacji dało się usłyszeć jego głos, wołający do swoich ludzi.

     -Pit, co tam się dzieje? -zapytał dowódca.

     -Trafiliśmy na patrol przeciwnika sir. -usłyszeli odpowiedź.

     -Trzymajcie się! Wysyłamy wam wsparcie. -powiedział, a następnie obrócił się w drugą stronę i krzyknął -Karo, weź swoich ludzi i idź na górę.

     -Co się stało? -zagadnął Trasko, zdumiony rozkazem.

     -Pit nawiązał kontakt z wrogiem. -odparł oficer, po czym odezwał się do przebiegającego koło niego

10




Karo. -Postarajcie się by szybko to załatwić. Nie mamy czasu na przerwy. – w odpowiedzi sierżant pokiwał głową.

     Wraz z podoficerem na wyższe piętro ruszył cały jego oddział. Znajdujący się w nim Wiktor i Adam z wielkim entuzjazmem przyjęli, że wysyłają ich do walki. Wreszcie mieli szanse się odegrać przeciwnikowi za rozbicie ich oddziału. Rozradowany, były dowódca małej jednostki oczywiście o tym wspomniał:

     -Teraz będziemy mieli szanse się zemścić za wszystkich.

     -Nie mów mi tylko, że musisz zdjąć z siebie hańbę. -odrzekł Adam, idąc za kolegom.

     -Zrozumiał byś, gdybyś to ty był dowódcą i stracił dwie trzecie swojego oddziału. -Wiktor starał się uargumentować swoje zdanie.

     -Było nas 6, więc straciłeś tylko 4 osoby. Zapewne kapitan pierwszego dnia stracił dwa, a może trzy razy tyle. -odparł jego przyjaciel.

     -Oddział jest oddział! Nie ważne, ile ludzi liczył, ale liczy się że był, a teraz go nie ma. -mężczyzna mówił by dalej, ale przerwał mu stojący przy schodach przełożony:

     -Nie czas na rozmowy! Biegiem na górę!

     Żołnierze biegiem ruszyli po schodach na sąsiednie piętro. Dwójka przyjaciół

11




znajdowała się w oddali od pierwszej trójki, przez co minęła chwila nim wydostali się z klatki schodowej. Gdy już to zrobili, bez zwłoki musieli ukryć się za pobliską osłoną by nie zostać trafionym. Widok wielu strażników, przygważdżających ogniem rebeliantów trochę ich zdziwił. Spodziewali się patrolu liczącego co najwyżej od piętnastu ludzi.

     -Starczy! Reszta ze mną na górę! -Karo stał przy schodami rozkazywał. Zamierzał zajść przeciwnika od góry. Po tym jak znikł za drzwiami klatki schodowej, dowództwo przejął jego zastępca Grek. Zdenerwowany ostrzałem przeciwnika rozkazał użyć granatów. Po kilku sekundach Wiktor usłyszał charakterystyczny dźwięk wyciąganej zawleczki. Po kolejnych kilku sekundach przedmiot został wyrzucony w stronę przeciwnika. Nim doleciał odbił się od sufitu, a następnie wybuch tuż nad głowami wrogich żołnierzy. Huk ogłuszył nie tylko ich, ale i znajdujących się bliżej rebeliantów. Mimo tego wszyscy wysunęli się nad swoje osłony i rozpoczęli strzelać. Huk eksplozji był niczym przy odgłosach kilkunastu karabinów strzelających w tym samym momencie. W otwartej przestrzeni nie zrobiłoby

12




to większego hałasu, lecz w wąskim korytarzyku wydawał się być o wiele większy. Po chwili dowódca rozkazał przerwać ogień, ponieważ nie był już w stanie zobaczyć ani jednego żyjącego strażnika. Ci, którzy przetrwali ostrzał z pewnością uciekli na drabinie do góry. Nad głowami słyszeli dźwięki strzałów i krzyki uciekających przeciwników.

     -Zrobiliście niezłe zamieszanie. -rebelianci usłyszeli głos Pita, nadchodzącego z drugiej strony. Po chwili dotarł do nich także karo z resztą swoich ludzi. Po przyjściu od razu zadał drugiemu podoficerowi pytanie:

     -Straciłeś kogoś?

     -Dwóch ludzi zabitych i czterech rannych. -odrzekł tamten.

     -Dobra weźmiemy rannych na dół, a z martwymi zróbcie to co zwykle.

     -Przecież wiem! -Pit podniósł głos, zdenerwowany na siebie stratą dwójki żołnierzy. Karo szybko to zrozumiał i dodał:

     -Spokojnie. Pomyśl jakie straty zadaliśmy przeciwnikowi. 17 strażników gryzie ptaków. Nie wściekaj się teraz, bo i tak nic to nie da. Zrób coś z ciałami i ruszamy dalej.

     -Powiedz kapitanowi, by kogoś tu przysłał. W tym przypadku zaskoczyliśmy przeciwnika, ale następnym razem tak łatwo nie

13




pójdzie. -Pit zakończył rozmowę, odchodząc w stronę swoich ludzi.

     Od tamtej pory nie było już tak spokojnie. Co jakiś czas było słychać odgłosy strzałów na górze. Nietrudno było zorientować się, że są oni tropieni przez wroga. Sytuacja mogłaby się wydawać niezbyt dobra, ale kapitan cieszył się, iż udało mu się odwrócić uwagę od bazy. Tymczasem Pit musiał walczyć z coraz większymi oddziałami. Z drugiej strony nie mógł się zatrzymywać, przez co wyglądało to tak jakby cały czas starał się wycofywać. Po większym ataku dowódca rozkazał mu, aby wycofał się na niższe piętro. Od tamtej pory zmienili swoją taktykę. Zamiast poruszać się w mniejszych grupach na większej ilości pięter, prawie wszyscy wchodzili i schodzili. Jedynie mała grupa żołnierzy został wyznaczona do pilnowania rannych. Oni poruszali się niżej, aby łatwo mogli się wycofać.

     Kiedy znajdowali się oni w odległości pół kilometra od strażnicy na wysokiej IV marsz zamienił się w szaleńczy wyścig. Przez cały czas utrzymywali kontakt z wrogiem, przez co musieli przyspieszyć. Pokonywali kolejne skrzyżowania korytarzy. Kiedy przeciwnik nasilał

14




atak lub pojawił się przed nimi, schodzili niższe piętra. Gdy znów zmniejszała się ilość tropiących ich żołnierzy, wchodzili na górę, wyprowadzając tym samym kontratak. I tak tam i z powrotem, aż nie znaleźli się w okolicy strażnicy. Jedynym sposobem na dostanie się do niej było wyjście wyżej. Ta bowiem położona była na poziomie E, tuż pod powierzchnią. Kiedy kompania znalazła się nie daleko, strażnicy przypuścili szturm na ich piętro. Próba wyjścia wyżej skończyłaby się zdecydowanie za dużą ilością ofiar. Do tego dochodzili jeszcze ranni, których trzeba było osłaniać podczas przemieszczania się. Kapitan potrzebował chwili, by zadecydować o kolejnym ruchu. Decyzję wymusił na nim jednak niespodziewane uderzenie strażników. Jego oddział został zaatakowany, kiedy próbował wejść dwa piętra do góry. Mogli użyć do tego jednej klatki schodowej, ale dowódca rozkazał wejść najpierw na pierwsze piętro, a następnie przejść korytarzem dwieście metrów do kolejnej klatki po czym dostać się przez nią na kolejne piętro. W ten sposób mieli znaleźć się tuż przy jednym z wejść do strażnicy. Plan wydawał się dobry.

15




Kapitan wiedział, że mogą spodziewać się ataku, lecz nie spodziewał się tak dużej liczby przeciwnika. Strażnicy przypuścili szturm na wszystkich trzech piętrach naraz. Z pewnością obserwowali rebeliantów od dłuższej chwili, jednak czekali na moment, w którym rozdzielą się. Zaczęło się od głośnych eksplozji na dolnym piętrze. Zasypany ostrzałem oddział z kapitanem na czele, musiał wycofać się, a raczej ruszyć dalej na przód, przez co po chwili znaleźli się bezpośrednio pod celem. Tymczasem na kolejnej kondygnacji znajdowała się największa część kompani w tym Wiktor i Adam. Ta dwójka miała szczególne zadanie, a właściwie cały ich pododdział. Karo dostał za zadanie osłaniać przejście całej kompani. Dla tego doświadczonego tudzież porywczego i szaleńczo odważnego sierżanta oznaczało to, iż wraz ze swoimi ludźmi może opuścić pozycje, dopiero gdy na górze znajdzie się cała reszta oddziału. Miał on do dyspozycji 23 ludzi. Od strony zachodniej, z której bardziej spodziewali się ataku umieścił dwie drużyny- jedną uderzeniową i jedną wsparcia. Resztę natomiast wysłał na drugą stronę, a sam udał się na

16




rozpoznanie. Za jego mocno lekkomyślny pomysł przypłaciła cała kompania.

     Tuż przed atakiem oficer straży miejskiej rozkazał swoim ludziom przeprowadzić zwiad. Mieli się oni udać najpierw na dolną kondygnację, aby sprawdzić jak nisko znajdują się powstańcy. Po odnalezieniu tyłów kompani mieli ruszyć na wyższe piętro. Oni jednak w pośpiechu ominęli jedno z wyjść przez co zamiast wejść na kolejną kondygnację, od razu znaleźli się dwa piętra wyżej. Tam znaleźli sam przód oddziału rebeliantów. Wszystko wydało im się w porządku. Widzieli jedną część na dole, a drugą na górze. Z powodu tej pomyłki także źle ocenili liczbę powstańców. Ten błąd mogli przypłacić ogromną klęską, jednak ocalił ich nieszczęsny sierżant Karo. Nim strażnicy zdążyli zaatakować jeden z przemieszczających się żołnierzy (nikt nie wiedział co robił tuż przed atakiem na klatce schodowej) zauważył go, kiedy wracał ze swojego rozpoznania. Zabłąkanego strażnika zaniepokoił widok rebelianta, wchodzącego na piętro, na którym nie powinno być ani jednego. Udał się za nim, dzięki czemu znalazł niezauważoną wcześniej część kompani,

17




która była przynajmniej 2 razy większa od tego co myśleli. Strażnik od razu przekazał informacje do dowództwa, które rozkazał ściągnąć oddział zabezpieczający stacje. Nie minęło 5 minut, a wróg był gotowy do ataku na wszystkich trzech kondygnacjach.

     Eksplozje, dochodzące z pod stóp żołnierzy, zaniepokoiły Wiktora, Adama oraz wielu innych. Wiedzieli, że zaczyna się szturm. Nie minęły 2 minuty, a strażnicy pojawili się od zachodniej strony. Pierwsza odezwał się drużyna wsparcia. Jej członkowie wyposażeni byli w ręczną wyrzutnię rakiet oraz rozkładany karabin maszynowy. Obsługujący go żołnierz zaczął strzelać do wszystkiego co się rusza. Wywołało to nie małe zamieszanie wśród reszty rebeliantów. Wszyscy przyspieszyli, aby jak najszybciej dotrzeć na kolejne piętro. Huk strzałów przerwała dopiero potrzeba przeładowania. Podczas gdy jeden z członków obsługi wkładał kolejny pas amunicji, drugi sprawdzał rezultat swojego ostrzału. Szybko zauważył, że nic się nie stało, ponieważ między nim, a przeciwnikiem przesuwała się mobilna osłona. Ta sama, która znajdowała się w bazie na G2. Ta sama, którą tak

18




zachwalał Vog. Kiedy karabin znów był załadowany metalowa tarcza znalazła się w odległości 6 metrów od stanowiska. Wtedy wszyscy znajdujący się w pobliżu powstańcy otworzyli ogień. Po kilku sekundach jednak strażnicy zaczęli strzelać zza osłony. Najpierw uśmiercili żołnierza obsługującego CKM, a tuż po tym jego pomocnika, który próbował kontynuować ostrzał. Następnie pociski dosięgły kolejnej dwójki, która próbowała złożyć rozstawioną broń. Po tym reszta zaczęła powoli cofać się w stronę klatki schodowej. Zostało ich już tylko 8, a na wsparcie nie mogli liczyć, ponieważ już od kilku minut ani jeden żołnierz nie pojawił się w korytarzu. Karo licząc na pomoc reszty swoich ludzi, zabezpieczających drugą stronę ruszył na wschód, pozostawiając drużynę Wiktora i Adama. Ci za wszelką cenę próbowali zatrzymać, bezlitośnie posuwającego się do przodu, przeciwnika. Po chwili sytuacja zrobiła się jeszcze gorsza, ponieważ strażnicy pojawili się także w klatce schodowej przy której się ukrywali. Z tego powodu ostatni pozostały przy życiu członek drużyny wsparcia padł trupem, po tym jak próbował skryć się

19




przed ostrzałem na schodach. Widząc to, reszta żołnierzy musiał podzielić się. Od tamtej chwili pierwsza trójka blokowała strażników na schodach, a druga bezowocnie próbowała zrobić to samo w korytarzu.

     -Gdzie to wsparcie?! -krzyknął jeden z rebeliantów, strzelając bez skutku w metalową osłonę.

     -Zapewne z drugiej strony także atakują. -odparł Adam, zwracając uwagę na odgłosy walki dobiegające z drugiej strony korytarza. On też starał się zatrzymać, napierających przed siebie wrogów. Kiedy wsadzał kolejny magazynek, spojrzał na leżącego pod nogami kolegów trupa, a raczej na znajdująca się na jego plecach wyrzutnie. Nie zastanawiając się dłużej, w sumie to w ogóle się nie zastanawiając, krzyknął do Wiktora. -Podaj wyrzutnie!

     -Co? -odrzekł kolega, nie słysząc nic przez panujący dookoła hałas.

     -Wyrzutnia! -Adam odezwał się jeszcze głośniej. Jego przyjaciel wykonał jego polecenie ani trochę nie domyślając się po co mu wyrzutnia rakiet. Pewnie, gdyby wiedział jaki był jego plan nigdy by tego nie zrobił. Dlaczego? Ponieważ używanie tej broni w małym korytarzyku było skrajnie głupie. Szczególnie, iż cel był

20




oddalony jedynie o 3 metry.

     Adam załadował rakietę, po czym zawołał do znajdującego się obok żołnierza:

     -Osłaniaj mnie! -ten jednak nie zareagował, ponieważ był już martwy. Adam wiedział, iż jest następnym celem, którego strażnicy zza osłony zamierzali zlikwidować. Nie myśląc ani chwili dłużej podniósł się, po czym wysunął tułów za osłonę. Znajdujący się po drugiej strony żołnierz wroga już miał nacisnąć na spust, lecz nim to zrobił jego cel zdążył wystrzelić śmiercionośny pocisk. Był to dla wszystkich ułamek sekundy. Po nim doszło do eksplozji, która przypomniał rebeliantom atak rakietowy z przed wieżowca. Odrzut cisnął Adamem w ścianę tak mocno, że na chwile stracił przytomność. Reszta jego kolegów, zaskoczona wybuchem, upadła na podłogę. Nie odczuli tak uderzenia, ponieważ byli w klatce schodowej. Całkiem inna sytuacja panowała wśród strażników. Eksplozja rozerwała metalową osłonę i znajdujących się przy niej żołnierzy. Reszta jedynie przewróciła się. Żyli wciąż dzięki temu, że ich wielka tarcza pochłonęła ogromną ilość energii. Jednak nim zdążyli wstać, w chmurze powstałego

21




dumy pojawił się Karo z jedną drużyną. Wykorzystując sytuację, zaczęli bezlitośnie strzelać do zdezorientowanych przeciwników.

     -Wstawać! Wycofujemy się! -sierżant krzyknął do leżących żołnierzy. Ci i tak potrzebowali chwili, by zorientować się, do czego właściwie przed chwilą doszło. Następnie wstali i ruszyli do ucieczki. Od razu zaczęli gonić ich strażnicy, stojący na schodach. Jedne z rebeliantów w ostatnim momencie podniósł nieprzytomnego Adama. Nie udało mu się jednak wziąć ze sobą wyrzutni, która mogłaby się jeszcze przydać.

     Po kilkunastu sekundach, pozostali przy życiu ludzie Karo, dotarli do drabiny ewakuacyjnej. Nie mogli już liczyć na użycie klatki schodowej na wschód od nich. Z obu stron zaczęli ostrzeliwać ich strażnicy. Powoli jeden po drugim wchodzili na górę. Problem mieli jedynie z wybudzeniem Adama. Ostatecznie jeden z rebeliantów przerzucił go przez bark i ruszył po szczeblach ku górze. Następnie ruszył Wiktor, a po nim sierżant. Nim jednak wszedł na drabinę, rzucił granat dymny, dzięki czemu bez trudu udało im się przejść między latającymi dookoła pociskami.

     Wychodząc na wyższym

22




piętrze od razu znaleźli się w dużej części oddziału. Na środku stał Trasko i wydawał rozkazy. Zaskoczył go widok żołnierzy, przybyłych z dołu, więc zawołał:

     -Co wy tu robicie?

     -Ktoś was musiał zabezpieczać, a skoro poszliście dalej, to nie widziałem sensu, by tam siedzieć. -odparł mu Karo, po tym jak jego głowa wyłoniła się z otworu.

     -A gdzie kapitan? -Trasko znów zapytał, wchodzącego sierżanta.

     -Nie wiem, ale musieli się chyba wycofać. Od dłuższej chwili nikt nie pojawiał się w klatce schodowej. Dopiero po kilku minutach od dołu zaatakowali nas miejscy. -odpowiedział, przypuszczając co mogło się stać. Mówiąc to zwrócił uwagę na pobliskich żołnierzy. Tworzyli oni gęsty tłum przy drabinie, ale wynikało to raczej z potrzeby schronienia się w wnęce niż zainteresowania rozmową. Był prawie pewien co się mogło stać, lecz i tak zapytał. -Ostrzeliwują was?

     -Przeciwnik odepchnął nas od wejścia do strażnicy nim zdążyliśmy cokolwiek zrobić. -zaczął tłumaczyć podoficer. -Pit chciał nam pomóc, używając karabinu w wartowni, ale nic to nie dało. Musieliśmy się cofnąć. Z drugiej strony natomiast

23




jesteśmy na lepszej pozycji.

     -Dlaczego na lepszej? Przecież nie jesteśmy w stanie dostać się do naszych. -zdziwił się Karo.

     -Fakt, nie możemy dostać się do strażnicy, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by wyjść wyżej. Pójdziemy w kierunku stacji, żeby dać kapitanowi i rannym możliwość przejścia. -rzekł Trasko.

     -No jasne! -zawołał sierżant, rozradowany lekkomyślnym pomysłem.

     -Nie przedłużając, weź swoich chłopaków Karo i wejdźcie wyżej stąd. Będziecie odwracać uwagę wroga, podczas gdy my zbliżymy się do stacji, a następnie osłonimy was, byście mogli do nas dołączyć. -rozkazał podoficer. Tamten skinął głową, a później rozkazał pozostałości swego pododdziału, by wchodził po drabinie do góry. Najpierw patrzyli się na niego ze zdumieniem. Przecież dotarli już na odpowiednią wysokość i niezbyt cieszyli się na myśl wychodzenia wyżej. Szczególnie dotyczyło to Wiktora, któremu z bólu odpadała ręka. Mimo wszystkich wątpliwości sierżant nie musiał się powtarzać. W końcu rozkaz to rozkaz. Nim jednak sam zaczął wchodzić zapytał jeszcze:

     - Co, jeżeli na stacji będą okopani?

     -Wtedy mamy przejebane!

24




-dosadnie odparł Trasko, przeładowując swój karabin, a następnie otwierając ogień w stronę strażników.

     W ten sposób mała grupa rebeliantów z Karo na czele po krótkiej przerwie znalazła się na kolejnej kondygnacji. Teoretycznie bez przeszkód mogliby przejść kilkadziesiąt metrów do schodów oraz zaatakować przeciwnika od tyłu. Nie pozwalała na to jednak technologia, a dokładniej mówiąc sonary, informujące o ruchach na danym piętrze. Informacja o poruszających się intruzach pojawiała się w dowództwie, a następnie była wysyłana do pobliskiego oddziału. Właśnie z tego powodu rebelianci nie mogli się przemieszczać w górnych partiach poziomu E. Sonary mogły dostrzec wszystko od powierzchni w górę, ale mogły też infiltrować 4 piętra w dół. Właśnie na -4. piętrze znalazł się miedzy innymi Wiktor i Adam.

     -Jesteśmy już namierzani? -zagadnął jeden z członków małego oddziału.

     -Zaraz się przekonamy. -odrzekł spokojnie sierżant. Śmiertelna cisza oraz brak ani jednaj żywej duszy, wywoływał u wszystkich niepokój. Karo porozstawiał ich w taki sposób, by zaskoczyć wrogich żołnierzy. Po chwili ciszę zakłócił

25




rytmiczny dźwięk kroków, docierający z klatki schodowej. Nietrudno było go usłyszeć, ponieważ z każdą sekundą nasilał się. Wiktor dostał pozycję niedaleko przy drzwiach. Odgłosy chodu wywołały u niego zdenerwowanie. Poczuł jak jego tętno wzrasta. Ręce zaczęły mu drżeć, a ciężki oddech przyspieszał. Ze stresem nasilał się także przeszywający ból w ramieniu. Mio tego wszystkiego cały czas był skoncentrowany na swoim zadaniu. Miał pozostać w ukryciu, aż strażnicy nie przejdą jego pozycji. Był najbardziej wysunięty i miał ze wszystkich najmniejsze szanse na przeżycie. Wiedział jednak, iż nie można liczyć na chłodne kalkulacje. W gruncie rzeczy wszyscy mieli nikłe szanse, by przetrwać całe to zamieszanie, a ostatecznie przy życiu pozostawali zawsze ci co mieli więcej szczęścia.

     Po chwili wszyscy znaleźli się na swoich pozycjach. Karo zaznaczył, aby nikt się nie ruszał. Gdy zastygli w miejscu, światła włączane na fotokomórkę zgasły po chwili. W pomieszczeniu zrobiło się ciemno, dzięki czemu miało pójść łatwiej. Zaraz po tym w drzwiach pojawił się pierwszy strażnik. Mocnym uderzeniem otworzył drzwi, po czym

26




wychylił się na korytarz. Spojrzał w jedną i drugą stronę. Znajdująca się nad nim lampa rozpaliła się charakterystycznym, chłodnym światłem.

     -Czysto. -odezwał się żołnierz. Po nim na korytarz wychodzili kolejni strażnicy. Ich „małemu” oddziałowi nie było końca. Powoli zaczęli przesuwać się w stronę rebeliantów. Wiktorowi serce waliło coraz mocniej. Kiedy przeciwnik podszedł dostatecznie blisko zapaliła się nad jego głową światło, które wywołało u niego paraliżujący strach. Nie mógł jednak na to pozwolić. Reszta oddziału liczyła na niego. Musiał skoncentrować się mimo świadomości, że nie wyjdzie z tego cało. Minęła kolejna sekunda i idący na czele strażnik przeszedł koło mężczyzny. Wtedy poczuł dziwne rozluźnienie. Naszła go ogromna ochota na śmiech. Zaistniała sytuacja wydała mu się absurdalna, a zarazem komiczna. Kolejni strażnicy przechodzili koło niego, nie wiedząc w jakim niebezpieczeństwie się znaleźli. Od chwili, w której przeszedł koło niego 8. żołnierz skupił się wyłącznie na pobliskiej wnęce. Tam ukrywał się sierżant. Miał on dać sygnał do ataku. Wiktor z bólem podniósł swój

27




karabin i wycelował. Wtedy też zza osłony wychylił się Karo i otwierając ogień do przeciwnika, zasygnalizował wszystkim, że czas wdrożyć w życie plan. Rebelianci otworzyli ogień do, niczego nie spodziewających się strażników. Towarzyszy Wiktora szybko dosięgłyby pociski najbliżej położonych strażników, jednak bez zwłoki rozstrzelał całą 8 przeciwników. Wrodzy żołnierze padli trupem na ziemie nim zdążyli zorientować się kto ich zabił. W ten sposób z 20, zaskoczonych atakiem powstańców, strażników zostało jedynie 7. Dwóch z nich rozpoczęło ostrzał, ukrywając się za drzwiami. Kolejnych dwóch ukryło się w jednym z mieszkań, ale szybko przekonali się, jak zła była ta decyzja, po wrzuceniu do pomieszczenia granatu. Reszta przerażonych strażników uciekła na dół.

     Plan zadziałał. Już wkrótce wróg wrócił, lecz tym razem uderzył z większą siłą, poświęcając małemu oddziałowi całkowitą uwagę. Sierżant nie zamierzał już robić żadnych zasadzek, ponieważ i tak stracił element zaskoczenia. Tak przynajmniej mogłoby się wydawać.

     Wbiegający na górę strażnicy zastali przy drzwiach dwa trupy. Byli to ich

28




koledzy, którzy po poprzednim ataku zostali, by obserwować rebeliantów. Wzięto ich jednak po prostu za zwykłe ofiary wcześniejszej wymiany ognia, co było wielkim błędem. Kiedy straż przednia wkroczyła powoli na korytarz i zaczęła przeszukiwać bezskutecznie kolejne mieszkania, reszta żołnierzy stojących na schodach usłyszała dźwięk spadających z góry przedmiotów. Brzmiało to jakby niewielkie kamienie odbijały się od poręczy. Strażnicy spojrzeli w górę i zobaczyli dwa przedmioty lecące w ich stronę. Ułamek sekundy później eksplozja zwaliła ich z nóg. Dwa granaty wybuchły, lecąc środkiem klatki schodowej. Nie wyrządziły żadnych strat, ale wystraszyły wrogich żołnierzy, którzy nie wiedzieli co się dzieje. Po eksplozji zaczęto do nich strzelać z góry. Był to oczywiście mały oddział powstańców, który pod nieobecność żołnierzy zabił dwójkę strażników i zaczaił się na schodach. Czekali tylko na odpowiedni moment, aby powtórzyć atak z zaskoczenia. Tym razem nie miał on takich efektów jak wcześniej. Strzelali oni za krótko, żeby zadać przeciwnikowi poważne straty oraz za długo, by nie zwrócić na siebie uwagi.

29




Jednak w gruncie rzeczy właśnie o to chodziło sierżantowi Karo. Kazał stać w miejscu tak długo, aż poirytowani strażnicy nie ruszą za nimi. Kiedy to się udało krzyknął do swoich ludzi „Odwrót!” i gestem ręki wskazał by biegli w górę. Znaleźli się na kolejnym piętrze, ale ni czekali już na przeciwnika, tylko biegli, ile sił w nogach. Nasłuchiwali przy tym, czy strażnicy wciąż za nimi biegną. Na ich szczęście wróg połknął haczyk. Dowódca oddziału strażników źle ocenił ilość powstańców w danym miejscu. Był on pewien, iż większość ruszyła do góry, a jedynie garstka został na dole. Tymczasem niewielka grupka rebeliantów wywodził ich w pole, podczas gdy cała reszta przesuwała się na dole w stronę stacji. Zamierzali, jak znaleźć się najpierw centralnie pod stacją, a dopiero później ruszyć schodami w górę. Wszystko po to, by jak najpóźniej zauważyły ich sonary, które na każdym piętrem wyższym działały coraz precyzyjniej.

     Właśnie ta precyzyjność dawał się we znaki odwracającym uwagę. O ile wcześniej mogli przeprowadzić zasadzkę, tak później dowództwo informowało miejskich o każdym ich ruchu.

30




Stamtąd mogli zobaczyć nawet dokładnie sylwetki rebeliantów i zidentyfikować ich tożsamość. Biegnący za nimi strażnicy dobrze wiedzieli o ich położeniu przez co mogli też zastawić na nich pułapkę. Było ją łatwo zrobić, a jeszcze łatwiej w nią wpaść. Wystarczyło by tylko wyprzedzić uciekających powstańców oraz odciąć im wszystkie drogi ucieczki. W obliczu zagrożenia mały oddział musiał zrobić jakiś niespodziewany ruch. Ucieczka na niższe kondygnacje była niemożliwa z powodu ścisłej blokady strażników. Prześlizgnięcie się było niemożliwe, przez co została tylko jedna możliwość. Zbliżając się do schodów Karo oznajmił swoim ludziom nowy rozkaz:

     -Dobra chłopaki, zrobiliśmy co do nas należało. Teraz czas na ruch Traska.

     -Do czego zmierzasz? -zapytał jeden z ludzi sierżanta, nie tracąc zwłoki na wywody przełożonego.

     -Zwróciliśmy na siebie dostateczną uwagę i żeby nie dostać się w ręce wroga wyjdziemy na powierzchnię. -rzekł Karo.

     -Jaki w tym sens? Wychodzić na górę i liczyć na możliwość przetrwania. I to jeszcze, gdzie, na Nowobelgradzkiej. -zagadnął jedne z mężczyzn, sceptycznie nastawiony

31




do pomysłu dowódcy.

     -Wiedzą dokładnie, gdzie jesteśmy, więc mogą zastawić na nas pułapkę. W tych wąskich korytarzach będzie to szczególnie łatwe. -sierżant starał się uargumentować swoją decyzję.

     -Nie możemy zejść na dół? -padło kolejne pytanie, na które bez zastanowienia odpowiedział:

     -Nie prześlizgniemy się niezauważeni. Może jest jakaś szansa, ale trzeba by opracować nowy plan, a nie mamy na to czasu. Z każdą sekundą wróg jest coraz bliżej i zmniejsza pętle. Jeżeli nie chcecie iść ze mną na powierzchnię możecie czekać tutaj, aż po was przyjdą, lecz nie liczcie na litość. Dobrze wiedzą, jak my postępujemy z nimi, a raczej nie kierują się dewizą „Zło, dobrem zwyciężaj”. -sierżant mówił pośpiesznie wymawiając każde kolejne słowo. Słychać było w jego głosie, iż nie chce tracić czasu. Po zakończeniu otworzył drzwi i zapytał. -To co idziecie?

     Mężczyźni popatrzyli się na siebie. Większość od razu ruszyła za sierżantem, a na niezdecydowanych wymusiły to dźwięki kroków i z jednej i z drugiej strony korytarza. Najbardziej sceptycznie nastawiony do pomysłu przełożonego, stanął przy

32




schodach, wciąż zastanawiając się, czy ruszyć za kolegami, czy spróbować swoich sił i ruszyć w dół. Nie minęła minuta, a przypomniał sobie jak kończą ważniaki, działające samemu. Po tym jak usłyszał w pobliżu krzyki strażników docierające zarówno z korytarza jak i z dołu, ruszył w górę za towarzyszami mówiąc zrezygnowanym głosem:

     -Będę tego żałować.

     *

     Na powierzchni spokojnie mijała godzina 15. Niebo było rozpogodzone od samego rana. Lekka bryza przedzierała się między ruinami, a wraz z nią wytłumione echo. Jego źródłem były odgłosy walki przy oddalonych na zachód pozycjach rebeliantów. W takich warunkach do centralnej części dzielnicy zbliżał się Vog razem ze swoim jeńcem. Strażnik już dawno przestał się stawiać. Poszedł na współpracę ze swoim ciemiężcą po tym jak zrozumiał, że prędzej go zabije niż zdoła mu się zaalarmować swoich towarzyszy. Kiedy znaleźli się już niedaleko znalezienie patrolu okazało się prawie niemożliwe. Wszyscy strażnicy gdzieś wyparowali. Powstańcowi wydało się, iż wszyscy skoncentrowali się na Nowobelgradzkiej. Z tego powodu przystąpił do realizacji jednego ze

33




swoich pomysłów.

     Po chwili udało mu się odszukać trójkę odpoczywających żołnierzy. Obserwował ich z oddali, ponieważ nie był pewien czy jego jeniec go nie zdradzi. Miał istotną rolą w jego planie, więc musiał na nim wymusić posłuszeństwo.

     -Słuchaj mnie teraz. Podejdziesz do nich i powiesz, że widziałeś grupkę rebeliantów w pobliżu. Następnie przejdziesz z nimi koło tamtej ściany, a ja wyskoczę i ich zwiążę. -wytłumaczył pojmanemu strażnikowi.

     -I tylko tyle mam zrobić? -jeniec zapytał od razu.

     -W momencie, kiedy wyskoczę pomożesz mi i ogłuszysz jednego z nich, najlepiej tego, który zajdzie się najbliżej ciebie. -odparł Vog. Jego słowa wywołały swego rodzaju oburzenie strażnika. Wystrzelił on z podniesionym głosem:

     -W życiu! Nie obezwładnię swojego. Wezmą mnie później za zbiega…

     Zapewne mówiłby dalej, gdyby nie przyłożona do jego brzucha chłodna, stalowa lufa. Kiedy ją poczuł nagle język ze strachu stanął mu kołkiem. Wykorzystał to drugi mężczyzna, odpowiadając:

     -Spuść trochę z tonu, albo poszukam sobie innego strażnika. Wybieraj! Możesz pomóc mi, a przede wszystkim sobie lub pomóc im.

34




Ja czy tak, czy owak wyjdę bez strat, a w twoim przypadku na szali jest życie.

     -Niech będzie. -odrzekł krótko po chwili zastanowienia.

     Dwójka po cichu zbliżyła się do żołnierzy. Kiedy znaleźli się w miejscu, w którym Vog miał zaczekać, poklepał swojego jeńca w ramię i wyszeptał słowa „Będzie dobrze” jakby chciał go uspokoić. Ten pomimo stresu ruszył. Podszedł do strażników oddalonych o 20 metrów. Czekający w ukryciu mężczyzna cały czas obserwował ich poczynania. Jego jeniec musiał mieć jakieś problemy z dogadaniem się z tamtą trójką, ponieważ z tego co wywnioskował Vog, kazali mu się wylegitymować. Równie dobrze mogło się okazać, że wsypał go. Na wszelki wypadek wycelował w nich karabin. Minęły 3 minuty i strażnicy skończyli rozmawiać. Wszyscy ruszyli w jego stronę. Wydało mu się podejrzane położenie jego jeńca. Znalazł się on tuż za resztą żołnierzy, co tylko zaniepokoiło mężczyznę. Zestresowany przyłożył palec do spustu. Starał się zachować charakterystyczny dla siebie rozsądek i spokój, lecz nie wiedział już czy rozsądniej było by trzymać się planu, czy strzelać. Strażnicy byli

35




coraz bliżej, a on nie wiedział co zrobić. Starał się wziąć głęboki oddech, by uspokoić się. Zamknął na sekundę oczy. Pomogło mu to wszystko szybko przemyśleć. Zrozumiał, iż winą jego podejrzeń jest niepokój, którego musi opanować. W innym razie plan się nie powiedzie. Później spokojnie otworzył oczy. Wraz z widokiem powróciło opanowanie. Spokojnie spojrzał w stronę idących żołnierze. Znaleźli się znacznie bliżej niż wcześniej. Co więcej podnieśli broń. Zdumiony tym Vog, stracił na chwilę równowagę. Zbliżający się żołnierze zauważyli nagły ruch. Jednak nim zdążyli wycelować w stronę rebelianta, wstał i błyskawicznie wystrzelał całą czwórkę, prawie całą. Podczas gdy stojący z przodu strażnicy padli trupem na ziemię, znajdujący się z tyłu jeniec też leżał, ale wystraszony.

     -Nie przypuszczałem, że tak łatwo mnie zdradzisz. -powiedział mocno zdenerwowany Vog.

     -Wcale cię nie zdradziłem! -odparł wystraszony mężczyzna tuż po tym, jak wstał z ziemi. Tuż po tym znów odezwał się z głosem pełnym pretensji. -Po jaka cholerę zacząłeś strzelać?!

     -Nie udawaj, że wszystko było w porządku,

36




tylko z godnością przyjmij swój los. -odrzekł rozgoryczony rebeliant, przeładowując broń. Przeraził tym samym drugiego mężczyznę. Uniósł ręce w geście uspokojenia, czy też przyhamowania w tym przypadku z podejmowaniem decyzji.

     -Ja nic nie zrobiłem. Naprawdę nie zdradziłem cię. Kazali mi się wylegitymować po prostu. -powiedział wystraszony strażnik.

     -No właśnie, po co kazali cię się wylegitymować? I dlaczego ruszyli w moją stronę z wycelowanymi karabinami. -Vog wciąż nie zamierzał wierzyć swojemu jeńcowi.

     -Może dlatego, że nie chcieli uwierzyć w oddział powstańców w tej okolicy. Człowieku jesteśmy daleko za linią frontu. Skąd według ciebie znaleźli się tutaj nagle powstańcy? -mężczyzna starł się usprawiedliwić. Udało mu się to dopiero po chwili. Wtedy wreszcie rebeliantów spokojnie opuścił broń. Następnie popatrzył na ciała. Uklęknął przy jednym i wyciągnął nieśmiertelnik, po czym rzucił go w stronę, stojącego obok strażnika.

     -Zabierz nieśmiertelniki! Później weźmiemy ciała i ukryjemy je gdzieś w gruzach. -powiedział przy tym. Tamten jedynie skinął głową i wykonał polecenie. Po chwili

37




przykryli zwłoki gruzem, a na wierzchu położyli nieśmiertelniki.

     -Nie weźmiesz ich ze sobą? -mężczyzna zapytał wskazując na leżące przedmioty.

     -Spisałem już imiona i nazwiska. To wystarczy. -odparł krótko tamten. Jego ton głosu spowodował, że jego rozmówca już nie kontynuował tego wątku. Zamiast tego zagadnął:

     -Nie chcesz nie czego powiedzieć?

     -Czy to coś zmieni. -strażnik odparł pytaniem retorycznym. Po tych słowach Vog kontynuował:

     -Tak więc ja się odezwę. Można by zapytać, dlaczego oni musieli zginąć? Czemu spotkało ich to w tak młodym wieku…, ile mieli lat?

     -Najmłodszy miał 47 lat, a reszta w podobnie. -odrzekł szybko na pytanie.

     -Mniejsza o to. Wiek w końcu nie jest jakąś miarą przydatności do życia. W każdym razie, z jakiego powodu stało się to co się stało? Tak właściwie wcale ni chodziło mi o nich, lecz o ich mundury. Po prostu potrzebowałem munduru strażnika, lecz wyszło jak zwykle. Ktoś zginął bez powodu. Tak naprawdę nic takiego nie musiało się zdarzyć, ale tak to już jest na tym świecie. Powstają wielki plany i idee, a na koniec bez celu ginie wielu ludzi. Najgorsze jest to, że nie

38




możemy nic na to poradzić. Skończmy już jednak te wywody i skupmy się teraz na najważniejszym. Jakie jest sedno mojej wypowiedzi? Czy ktoś jest w stanie już odpowiedzieć? -zakończył pytaniem i spojrzał z aktorskim wdziękiem na stojącego obok, nic nie rozumiejącego strażnika. Ten jedynie wzruszył ramionami, więc mężczyzna dodał. -Jak właściwie masz na imię?

     -Edward. -odrzekł z podejrzliwym głosem jeniec.

     -Edward... ściągaj łachy! -Vog wydał krótkie poleceni dosadnym tonem i zrobił groźną minę. Nie musiał czekać długo. Po chwili obaj mężczyźni zamienili się swoimi strojami. Obaj byli podobnego wzrostu, więc trudno było spostrzec się, jak jest prawda.

     Kiedy już skończyli się przebierać strażnik przekazał swojemu towarzyszowi nieśmiertelnik i wziął do ręki kamień.

     -Co robisz? -zapytał zaniepokojony mężczyzna, widząc ciężki przedmiot w dłoni drugiego.

     -Idę rozbić nieśmiertelniki. -odrzekł spokojnie tamten.

     -Po co? -padło kolejne pytanie.

     -Najważniejsze informacje i tak zostaną, a przynajmniej nikt nie skontroluje ich rozmów. -odpowiedział Edward.

     -Nawet nie wiedziałem, że tak można. -rzekł

39




rebeliant zdzwiony odpowiedzią towarzysza. Chciał zadać kolejne pytanie, ale tamten wyprzedził go mówiąc:

     -Chodźmy już! Zaraz zjawi się tu pewnie jakiś patrol.

     -Myślałem, że tylko na to czekasz, by przybył jakiś oddział twoich i mnie rozbroił. -odparł Vog, na co strażnik odpowiedział:

     -Można się do ciebie przyzwyczaić. Poza tym spójrzmy prawdzie w oczy. To ty masz broń. Tym razem nie jest to atrapa.

     -I tu masz rację. Wygodne ubrania? -zagadnął rebeliant.

     -Może nie jest to Hugo Boss, ale nie będę wybredny. -usłyszał krótką odpowiedź, po czym dodał:

     -Przyznaj szczerze, iż teraz wyglądamy bardziej naturalnie.

     Rozmowa nie miała końca, a dwójka mężczyzn spokojnie ruszyła w dalszą drogę do... właściwie sami nie wiedzieli, dokąd idą. Za cel obrali sobie dotarcie do Nowobelgradzkiej, aczkolwiek nie miało to większego sensu. W centralnej części Bagru powinno być wielu żołnierzy. Może nie sprawdziło się to w okolicach wokół ważnej drogi, ale sama ulica musiała być dobrze pilnowana. Na pewno nie, aż tak bardzo jak przy linii frontu, co z jednej strony działało na korzyść Voga. Z kolei drugiej podejrzane było

40




znaleźć tak daleko od pozycji rebeliantów strażnika, prowadzącego jeńca. Mężczyzna wiedział, że zwrócą na siebie sporą uwagę. Zamiana strojów nic nie zmieniła, ponieważ teraz gdy ich zatrzymają jemu każą się wylegitymować, a Edwarda zabraliby na dołek, lub rozstrzelali na miejscu. Jego plan zakładał, że zdobyłby mundur dla siebie, nie pozbawiając strażnika jego ubrań. Niestety tym razem się nie udało z powodu jego braku spokoju i opanowania. Zdziwił go trochę ten fakt, ponieważ nigdy nie miał problemów z podejmowaniem szybkich trudnych decyzji oraz zachowaniem zdrowego rozsądku w sytuacjach stresowych. Tym razem nawaliło jedno i drugie. Wynikało to ze smutku i roztrzęsienia, wypełniającego Voga od przygody w wieżowcu. Po tamtych wydarzeniach nie mógł się skupić, cały czas przypominając sobie chwile spędzone w windzie i to, jak głupio się w niej znalazł. Z powodu braku koncentracji poczuł smutek, który nasilił się po próbie przejęcia munduru. Nie zamierzał się jednak rozklejać przy innych tym bardziej przy swoim jeńcu. Zamiast tego od czasu opuszczenia pozycji tamtych 3 żołnierzy i zakończenia rozmowy milczał.

41




Nastała ogromna cisza, przerywana co jakiś czas przez odległe wybuchy i strzały. Ku ich zdziwieniu, kiedy znaleźli się tuż przy Nowobelgradzkiej dalej nie trafili na ani jednego żołnierza. Ten fakt jednak nie uspokoił Edwarda, który dalej czuł na sobie zagrożenie rozstrzelania przez najbliższy patrol. Zaraz po tym jak dotarli do celu gorączkowo zapytał:

     -Gdzie teraz idziemy?

     -Przyznam szczerze, że nie wiem. Miałem plan, by dotrzeć tutaj. Myślałem nad dalszym celem nim tu dotarliśmy, ale nic mi teraz nie przychodzi do głowy. -westchnął mężczyzna, przyznając się do braku pomysłu.

     -Cóż, jestem w końcu jeńcem i byłbym głupi, gdybym ci pomógł. Jednak prawda jest taka, że w tej sytuacji jestem tak samo zagrożony jak ty. Oczywiście przy złapaniu mógłbym krzyczeć, że jestem strażnikiem, a nie powstańcem, i że masz mój nieśmiertelnika, lecz wprawdzie mówiąc miał bym nikłe szanse na przeżycie. Większość strażników najpierw strzela później myśli. -odezwał się Edward.

     -I kiedy na to wpadłeś? Przecież miejscy to bezmózgi od kilku dekad, a ty musiałeś zostać jednym z nich, żeby się o tym przekonać? -mężczyzna

42




odezwał się z ironią w głosie, po czym dodał. -Tak właściwie to skąd jesteś?

     -Nie powinniśmy myśleć, gdzie się udać? -strażnik próbował wrócić do głównego wątku, ale tamten nie dał się zbić z tropu:

     -Jeszcze zdążymy o tym pomyśleć. Jeżeli nie chcesz odpowiadać na moje pytanie, to nie musisz. W końcu obowiązuje mnie dobre traktowanie jeńców fizyczne jak i…

     -Jestem stąd. -powiedział krótko Edward, jakby zmęczony wywodami drugiego mężczyzny. -Mieszkałem kilka przecznic dalej na północ, na poziomie F, w przedziale trzecim.

     -Nie za wysoko. Można się zastanawiać, co w straży robił jeden z tutejszych? -zagadnął Vog, próbując dowiedzieć się jak najwięcej o swoim jeńcu.

     -Wyjechałem stąd w wieku 16 lat i następnie mieszkałem w centrum. Zerwałem kontakty z rodziną i starymi znajomymi. Minęło 8 lat od tamtej pory, ale raczej nie wybiorę się odwiedzić rodzinny dom. Wydaje mi się, że nikogo nie zastanę. -wytłumaczył, a następnie zadał pytanie. -A ty właściwie skąd jesteś?

     -Myślałem, że już spostrzegłeś się, iż jestem tutejszy. -odrzekł krótko pytany, jakby chciał spławić strażnika.

     -Nie,

43




nie jesteś stąd. Powiedziałeś o mnie tutejszy…

     -To jeszcze nic nie znaczy. -tamten przerwał nerwowo wypowiedź, lecz mężczyzna nie dał się uciszyć.

     -Oprócz tego powiedziałeś, że nisko mieszkam. Z tego powodu stwierdziłeś moją przynależność do biednych, rewolucyjnych środowisk. Zapomniałeś jedynie o jednym. Tu jest Bagr i w jego obrębie nikt nie myśli o zbrojnych wystąpieniach. Oczywiście mało kto chce też zostać strażnikiem. Mimo to wszyscy z tego sektora wiedza o tym, a ty się do nich nie zaliczasz. -Edward dobrze uzasadnił swoje podejrzenia. Tamten w odpowiedzi miałczał przez dłuższą chwilę, po czym powiedział krótko z uśmiechem na twarzy:

     -Masz mnie. Fakt, nie jestem stąd, lecz mówię tak przy innych powstańcach. Gdyby wiedzieli kim jestem byliby wobec mnie podejrzliwi oraz, co gorsza nie chcieliby robić ze mną interesów.

     -Interesów? -strażnik zdziwił się ostatnimi słowami. Mogła mu się trafić jakaś ważna postać w strukturach powstańczych.

     -Nic wielkiego. Sprzedaż broni na czarnym rynku i takie tam. -odparł rebeliant.

     -W takim razie skąd jesteś, jeżeli zajmujesz się handlem broni w małych

44




ilościach? -znów dociekliwy jeniec zadał pytanie.

     -Jestem z terenów centralnych. -mężczyzna odpowiedział krótko. Dla Edwarda nie była to wystarczająca odpowiedź, więc już chciał zadać kolejne pytanie. Wtedy odezwał się lekko rozgoryczony Vog. -Starczy tych pytań. I tak dużo ci powiedziałem.

     -Dużo, jak na jeńca? -zagadnął tamten.

     -Masz teraz informacje, które znają moi najlepsi przyjaciele i uwierz mi, gdybym powiedział coś więcej zarówno im jak i tobie musiałbym was zabić. Więcej może wiedzieć, tylko moja rodzina, ponieważ wie, gdzie dokładnie mieszkam. Jednak o mojej pracy nie ma zielonego pojęcia. Rozumiemy się? -Strażnik w odpowiedzi skinął pospiesznie głową.

     Po tym rebeliant usiadł i zaczął zastanawiać się, co dalej. Drugi mężczyzna przyłączył się do niego i tez w milczeniu wgapiał się w, stanowiącą główną ulicę, przepaść. Zawsze w środku był ruch, ponieważ latały taksówki i inne auta, a przede wszystkim w jedną i w drugą stronę krążyły pociągi. Jeszcze 3 dni temu panował na niej gwar. Dookoła handlarze ubijali interesy w swoich biurach, a spacerowicze przechadzali się po mostach

45




stanowiących przejścia dla pieszych, lecz walki spowodowały zanik wszystkich tych czynności i rzeczy. Nie było handlarzy, nie było biur, nie było rozmów o interesach. Znikł też gwar i tworzące go pojazdy i spacerowicze. Nie było nawet mostów, bez których ważna ulica zamieniła się w zwykłą przeszkodę, którą ciężko było pokonać.

     -Przeszkoda! -krzyknął nagle Edward.

     -Co? Gdzie? Jaka przeszkoda? -zaczął pytać Vog obracając głowę we wszystkie strony. Nagły komunikat towarzysza mocno go zdezorientował, więc tamten musiał wytłumaczyć swoją myśl.

     -Przed nami przeszkoda. – powiedział i wskazał palcem na drogę. Drugi mężczyzna zaczął rozumieć o co chodzi, więc z rozczarowaniem w głosie odparł:

     -Co ty nie powiesz? Wiadomo, że jest to przeszkoda.

     -Skoro mamy przed sobą przeszkodę, to znaczy, że musimy ją przejść, ponieważ po drugiej stronie jest nasz cel. -strażnik powiedział ochoczo.

     -Nie wiedziałem, że mamy już ustalony cel. -rebeliant zdziwił się wypowiedzią towarzysza.

     -Nie mamy celu po drugiej stronie. To druga strona jest celem. -tamten stwierdził rezolutnie, czując dumę ze swoich słów. Vog jednak

46




dalej nie rozumiał, o co mu chodzi, więc stał w miejscu, wpatrując się w niego z głupią miną. -Przecież niedaleko na południe od Nowobelgradzkiej znajdują się twoi towarzysze broni. Wystarczy przejść na drugą stronę i dotrzeć do najbliższej strażnicy, znajdującej się z pewnością gdzieś na poziomie F.

     -I jak twoim zdaniem przejdziemy przez głęboką, jak Rów mariański przepaść o szerokości 100 metrów? -zagadnął rebeliant. Był pełen wątpliwości do planu swojego jeńca, ale dął mu obronić swoją koncepcję.

     -Widzisz wiem, jak możemy to zrobić i powiem ci, w jaki sposób, lecz mam jeden warunek. Po pokonaniu przepaści puścisz mnie wolno. -strażnik przemówił całkiem innym tonem niż zwykle. Spojrzał także, groźnym spojrzeniem na pogrążoną w przemyśleniach twarz swojego towarzysza. Zastanawiał się, czy zgodzić się na warunki swojego jeńca. Oczywiście mógłby sam wpaść na sposób przejścia drogi, ale nie miał czasu do stracenia. Z zrezygnowanym głosem odparł krótko:

     -Niech ci będzie, tylko pospieszmy się nim nastanie noc, ponieważ wtedy nie rozpoznają, ani mnie, ani ciebie.

     -Tu masz rację. Nie marnujmy

47




czasy, tylko przejdźmy do planu działania. -Edward tłumaczył przekonującym głosem, jakby chciał sprzedać znajomemu odkurzacz. -Na mosty nie mamy co liczyć, ale przyda nam się to co z nich zostało.

     -Mógłbyś przejść do sedna sprawy? -Vog zaczął się niecierpliwić.

     -Oczywiście! Po prostu użyjemy lin mocujących, które zostały po składanych przejściach, a następnie zrobimy na końcu hak. Później to już jedynie kwestia dobrego rzutu. -skończył wyjaśniać, po czym zamilknął, czekając na odpowiedź kolegi.

     -Cóż… liczyłem na bardziej misterny i wyrafinowany plan, ale liny też dobre. -może mężczyzna chciał powiedzieć coś jeszcze, jednak strażnik przerwał mu krótko:

     -Przestań gadać i chodź szukać tych lin!

     Nietrudno było znaleźć metalowe sznury. Wystarczyło podejść do zniszczonego mostu, gdzie wisiały, przymocowane z jednej strony do ziemi. Szybko okazało się, że wyciągnięcie jednej takiej liny na górę wcale nie było taki łatwe. Uporali się z żelastwem dopiero po 15 minutach i od razu przystąpili do kolejnej części planu. Niedługo później wszystko było gotowe, a dwójka mężczyzn starał się dorzucić

48




linę na drugą stronę. Jednak każda próba kończyła się niepowodzeniem. Wszystko dlatego, że nie byli w stanie w dwie osoby wyrzucić tak daleko ów ciężar. W końcu Edward przestał rzucać i rzekł:

     -Stąd nie damy rady. Musimy znaleźć się bliżej.

     -Tyle to ja też wiem. -odrzekł mu zirytowany towarzysz. Miał już pewien pomysł, lecz nim go przedstawił zaczekał, aż tamten skończy narzekać. Na jego szczęście nie trwało to zbyt długo.

     -Jedyna nasza szansa to tamten urwany most. -strażnik wskazał na fragment starego przejścia, wystający nad przepaść. Docierał on prawie do połowy drogi, gdzie gwałtownie kończył się pozrywaną stalą. Mimo sceptycznego nastawienia Voga, mężczyźni udali się tam wraz ze stalowym sznurem. Zamierzali stamtąd go wyrzucić na drugą stronę. Było to możliwe, tylko dzięki małej odległości, dzielącej połowe mostu, od miejsca, w którym lina została przymocowana.

     Gdy dotarli na koniec urwanego przejścia, spojrzeli w przepaść. Wiedzieli, że musza uważać, jeżeli chcą przeżyć, chociaż pierwszą próbę. Musieli też się bardzo postarać, ponieważ w razie niepowodzenia, sznur wróciłby do

49




swojej pierwotnej pozycji. Nie zastanawiając się dłużej oddalili się od krańca, aby wziąć rozbieg. Nim jednak zaczęli biec jeden z nich powiedział:

     -Cholernie wysoko, nie?

     -Ciężko się nie zgodzić uważaj lepiej, żeby zahamować przed końcem.

     -Czyżbyś się o mnie martwił?

     -Nie, po prostu, jak spadniesz, to razem z moim nieśmiertelnikiem. -strażnik zakończył szybką rozmowę dość ironicznie. Po tej krótkiej wymianie zdań popatrzyli jeszcze raz na siebie, a potem w stronę krańca. Obracali głowę jeszcze kilka razy, po czym obaj wzięli głęboki wdech.

     -Na 3! -oznajmił Vog, na co jego jeniec skinął głową. Następnie obaj zaczęli głośno odliczać:

     -Raz, dwa… trzy!

     Z dużą prędkością ruszyli w stronę przepaści. Nie patrzyli się jednak na pozrywaną stal na końcu mostu, tylko na swój cel, czyli wyraźnie widoczną drugą stronę. Byli coraz bliżej krańca, lecz nie zwalniali. Jedyną szansą był rzut wykonany przez obu w tym samym momencie. W związku z tym musieli zachować równomierne tempo. O ile przedtem było to powodem zwolnienia przed końcem, tak w tamtym momencie, patrzyli wzajemnie na swoje nogi i przyspieszali.

50




Tuż przed krawędziom rebeliant spojrzał w jej stronę i krzyknął „Rzucamy!”. Dwie sekundy później, z jak największą siłą, wyrzucili stalową linę i zaczęli hamować. Lina poleciała mocno w górę, a potem skierowała się na dół, po łuku. Edward przewrócił się i w pozycji leżącej obserwował, jak leci ich nadzieja. Vog natomiast skupił się na niej, od razu po rzucie. Przez to też nie przykuł uwagi do szybkiego zatrzymania. Minął ułamek sekundy i czuł jak twarda stal pod jego nogami, robi się dziwnie pochyła i śliska. Potem czuł, jak robi się coraz lżejsza i rzadsza, do tego stopnia, że nie jest w stanie go utrzymać. Następnie zorientował się, że pod nogami nie ma już stali, ani żadnego innego ciała stałego. W tamtej sytuacji odruchowo zaczął machać rękami, dzięki czemu udało mu się złapać wystającego kawałka metalu. Patrząc na to wszystko, jego towarzysz wciąż leżał. Dopiero później zorientował się, co musi zrobić. Nie miał już jednak czasu na wstawanie, więc szybkim ruchem odbił się nogami od barierki i znalazł się przy krawędzi. Odstający kawałek poszarpanej stali, na której trzymał się rebeliant,

51




pod jego ciężarem odginał się w dół, przez co też coraz ciężej było się na nim utrzymać. Nim się wyślizgnął złapał za rękę strażnika. Ten cały czas leżał, więc z jednej strony złapał Voga, a nogą zahaczył o barierkę, by pod jego ciężarem, także nie stać się ofiarą. Kiedy wreszcie wraz ze swoim kolegą zatrzymał się powiedział głośno:

     -Mam cię!

     -Bardzo się cieszę. Teraz tylko nie puszczaj z łaski swojej! -usłyszał w odpowiedzi. Następnie przystąpił do wciągania roztrzęsionego kolegi.

     -Czemu się nie zatrzymałeś? -zapytał, ciągnąc za rękę rebelianta.

     -Zapatrzyłem się na linę i nie zwróciłem uwagi na kraniec. -odrzekł wystraszony Vog. Po znalezieniu się na stałej powierzchni znów spojrzeli w stronę liny. Na początku nie umieli jej dostrzec, co tylko ich przestraszyło. Dostawali dreszczy na myśl o tym, że musieliby wracać się po sznur, a następnie ponawiać próbę rzutu do skutku. Szczególnie zagrożony czuł się Vog, któremu na nowo zaczął doskwierać lęk wysokości.

     -Popatrz, jest! -Edward szturchnął w ramię swojego towarzysza i wskazał palcem w stronę jednego z balkonów. Na oko

52




rebelianta znajdował się on na poziomie F.

     -Świetnie, czyli co teraz? -zagadnął jeńca, gdy wracali z powrotem do zamocowania liny.

     Teraz, robimy sobie tyrolke. -oznajmił z optymizmem w głosie strażnik.

     -Tyrolkę? -jego towarzysz zdziwił się. Widocznie nie znał zapomnianej już, przynajmniej przez większość ludzi, atrakcji.

     -Nie wiesz co to tyrolka? -on zdziwił się jeszcze bardziej. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale rebeliant wszedł mu w słowo:

     -A ty wiesz co to HF-3370 Air?

     -Nie… -odrzekł zrezygnowany Edward, a tamten dodał:

     -No właśnie! Zamiast się wymądrzać, przejdź do sedna sprawy! Za każdym razem musisz zadawać dodatkowe pytania i prawić wywody. Jak to się stało, że zostałeś strażnikiem, a nie, dajmy na to pisarzem?

     -Tak to już bywa. -żołnierz odparł, ze smutkiem. Przez krótką chwilę wgapiał się w ziemię zamyślony. Po tym jak nostalgia minęła kontynuował. -To nic skomplikowanego, ale trzeba mieć trochę siły w rękach. Bierzesz pręt lub broń i kładziesz ją na linie. Następnie odpychasz się od progu trzymając rękami przedmiot oparty na sznurze. Ten posłuży nam jako prowadnica, a ponieważ jest

53




skierowany w dół wystarczy, żebyś kurczowo trzymał się broni. Resztę zrobi grawitacja.

     -Czyli rozumiem, że nie jest to skomplikowane? -zapytał niepewnie Vog. Miał pewne wątpliwości co do planu, a tym bardziej do swoich sił.

     -Prosta sprawa. Jedyne co się może stać, to zbyt duże obciążenie liny. Wtedy po prostu zostałbyś w połowie drogi nad przepaścią, ale lina wygląda na dość napiętą i nie powinno tak być. -Edward starał się dodać otuchy towarzyszowi. Na konie dął mu jeszcze radę, dotyczącą przejazdu. -W razie czego odepchnij się od krawędzi, jak mocno tylko możesz. Jeżeli uda ci się nabrać prędkości, nie będziesz musiał obawiać się zawiśnięcia nad przepaścią. Żebyś zobaczył jak to się robi pojadę pierwszy.

     -Proszę bardzo! Mi się aż tak nie spieszy. -powiedział mężczyzna, wpatrując się w cienką linę unoszącą się na dużej wysokości. Tymczasem strażnik wziął metalowy pręt, który leżał niedaleko, po czym usiadł na krawędzi i przyłożył go do liny. Jego znajomy obserwowałm, jak patrzy się to na linę, to w przepaść. Wiedział, iż nie powinien, lecz nie mógł się powstrzymać przed

54




wypowiedzeniem swojej uwagi:

     -Widzę, że to jednak nie takie łatwe.

     -Od dawna już tego nie robiłem, ale to jest łatwe. Wysokość, na jakiej to zrobimy może przerazić, ale to tylko kwestia strachu. -odrzekł spokojnym głosem Edward. Kiedy skończył mówić od razu jego kolega dodał:

     -Kwestia strachu? Pomyśl o tym inaczej! Jeżeli spadniesz, znajdziesz się na dole szybciej niż winda w budynku rady miasta.

     -Bardzo śmieszne. -odparł zgryźliwie strażnik, a następnie obrócił głowę w stronę towarzysza, i z uśmiechem na twarzy oraz rozradowanym głosem powiedział. -Ostatnia rada. Nie patrz w dół!

     Od razu po tych słowach z dużą siłą odepchnął się od krawędzi. Gwałtownie znikł Vogowi z oczu i stracił się gdzieś na dole. Wystraszony rebeliant krzyknął, a następnie podbiegł do krawędzi. Nim jednak to zrobił, zauważył, jak strażnik sunie wzdłuż liny do przodu. Pokonywał kolejne metry beż żadnych problemów. Nie minęło pół minuty, a mężczyzna znalazł się na małym balkoniku po drugiej stronię ulicy. Przestraszony Vog odetchnął z ulgą. Pomachał do towarzysza, by sprawdzić czy na pewno wszystko w porządku. Tamten

55




odmachał mu, a następnie dał sygnał do zjazdu. Rebeliant nie czuł się jednak na siłach by to zrobić. Nie powinien już się bać, ponieważ miał zdecydowanie łatwiej, niż strażnik. Kiedy Edward zjeżdżał w pierwszej chwili po odepchnięciu się nagle zaczął spadać, ponieważ lina się naciągnęła, a prowizorycznie zrobiony hak zatrzymał się dopiero na krańcu balustrady. Żołnierz mógł cieszyć się ogromnym szczęściem, ponieważ równie dobrze lina mogła się urwać, a on, w takim wypadku, spaść około pół kilometra w dół. Dal ułatwienia swojemu koledze przejazdu mocniej napiął linę oraz jeszcze raz krzyknął do kolegi, by ruszył.

     Minęła chwila i mężczyzna wreszcie zdecydował się na skok. Gdy usiadł na krawędzi zauważył, jak towarzysz daje mu znak, by zaczekał. W ostatnim momencie spostrzegł zatrzymujący gest dłonią, ponieważ na krótką chwilę stracił kolegę z oczu. Nie wiedząc co się dzieje cofnął się. Wtedy tez usłyszał kroki kogoś, kto nadchodził zza jego pleców. Nierównomierny rytm i duża ilość uderzeń w ziemię wskazywała na całą grupę zbliżającą się do mężczyzny. Nim zdążył się

56




obrócić dotarł do jego uszu nagły krzyk „Stać!”. Był to oddział strażników, biegnący w jego stronę. Nagle poczuł motywację do skoku. Ponownie usiadł na krawędzi, by się odepchnąć. Nim jednak zdążył to zrobić pociągnął odruchowo za linę, żeby sprawdzić, czy jest odpowiednio napięta. Ta okazał się strasznie luźna, a po szarpnięciu mężczyzna poleciał do tyłu. Leżąc widział do góry nogami wrogich żołnierzy, zbliżających się do niego. Momentalnie podniósł się, po czym jego uwagę przykuł stojący po drugiej stronie Edward. Widział z daleka niewyraźnie jego sylwetkę, która energicznym ruchem ręki zrzucała zahaczony sznur w przepaść. Następnie wzrok Voga podążał za jego końcem. Leciał swobodnie torem lotu na kształt łuku, aż w końcu z głuchym hukiem uderzył w ścianę znajdującą się pod rebeliantem. Niedowierzającym wzrokiem spojrzał znów w stronę swojego jeńca. Akurat znikał w drzwiach, prowadzących w głąb klatki schodowej. To wszystko wywarło ogromne wrażenie na mężczyźnie. Nie mógł pogodzić się z tchórzliwą ucieczką strażnika, którego mocno polubił. Pod jego wpływem poczuł pewną

57




zmianę. Wydawało mu się, że stał się bardziej ludzki, co oznaczało dla niego tyle samo co słabszy.

     -Na ziemię! I rzuć swoją broń! -krzyki żołnierzy wyrwały go z przemyśleń. W tamtym momencie całkiem zapomniał o swoich bolączkach z przed chwili. Wtedy też poczuł, iż wraca do siebie. Celujących w niego przeciwników potraktował chłodnym spojrzeniem. Nie wykonując ich rozkazu cofnął się dwa kroki w stronę krawędzi, tak że stanął tuż nad przepaścią. W tym czasie zdążył ułożyć plan ucieczki. Spokojnie usiadł na krańcu, a następnie niezauważalnie złapał się za linę. Żołnierze zaczęli podchodzić coraz bliżej, lecz stanęli po tym jak rzucił w ich stronę kawałkiem kamienia, który wzięli za granat oraz znikł we mgle, unoszącej się na dole. Zsunął się kilka pięter w dół, po czym skoczył w stronę jakiegoś okna. Mocnym uderzeniem rozbił szybę i wleciał do środka. Nie tracą czasu wstał i owijając ranne od tarcia ręce, ruszył wzdłuż korytarza, na którym się znalazł. W pewnym momencie drogę zagrodziły mu otwierające się drzwi. Nie zatrzymując się popchnął je i pobiegł dalej.

     -Czekaj! Vog!

58




-tajemnicza osoba zawołał ze środka znajomym głosem. Przez to też mężczyzna zatrzymał się i spojrzał w stronę drzwi. Zadziwiony tamtym widokiem nie był w stanie nic powiedzieć ani się poruszyć.

     *

     Kiedy najważniejsze wydarzenia skupiały się wzdłuż centralnej ulicy Nowobelgradzkiej, Greg, Otis i Vito byli w całkiem innym miejscu. Po tym, jak spostrzegli budynki na horyzoncie ruszyli w ich stronę. Przedostawali się przez kolejne gruzowiska, powstałe na zgliszczach dawnych budynków. Były one głównym elementem krajobrazu, aż do końca obrzeży dzielnicy. Gdy wydostali się z Bagru znów znaleźli się między wieżowcami. Wysokie budynki były pełne pustych mieszkań oraz biur. Szklane ściany zostały w większości powybijane, a wiele metrów niżej, na ziemi leżały szczątki po wyrzuconych biurkach, komputerach, a w szczególności po zniszczonych statuetkach członków rady miasta. Stały one pewnie na piętrach, należących do instytucji miejskich. Oprócz zniszczonych urządzeń i mebli, wszędzie walały się, także kartki papieru. Dal trójki przyjaciół wystarczył ten widok, aby dowiedzieć się, do której dzielnicy trafili. Z

59




pewnością był to Sibr. Można zrzucić na niego tysiące ton bomb, a i tak nie zniszczyły by go tak bardzo jak jego właśni mieszkańcy. W przeciwieństwie do Zilu, była to część miasta wybudowana w ramach programu urbanizacji. W związku z tym zamieszkali ją przypadkowi ludzie, którzy nigdy nie dowiedzieli się jak dużo pracy włożono w budowę ich nowych domów. Z tego powodu nigdy nie nauczyli się szacunku do tego miejsca oraz do pracy. Każda okazja była dla nich dobra do protestów, które i tak niosły za sobą jedynie poniszczone ulice. Dlatego też ludzie z Zilu mówili na Sibr „Ruski Paryż”.

     Na czas wielkiego zrywu zachowali się tak jak zwykle. Trójka towarzyszy nie mogła znaleźć żywej duszy, aż do pierwszego większego placu. Tam znaleźli drugie oblicze dzielnicy. Z jednej strony było to ciche i zdegenerowane wspomnienie o wielkości tego miasta. Jakby jego reprezentacyjny widok, pokazujący świetne warunki życia klasy średniej. Został on jednak zniszczony przez huragan nienawiści, wyrażonej poprzez nieuzasadnioną przemoc. Huragan, który można było znaleźć za najbliższym skrzyżowaniem. Druga stronę Turiju stanowiła nie ciche

60




wspomnienie po lepszych czasach, a ostra i dobijająca rzeczywistość. Na niewielkim placu znajdował się tłum ludzi. Wszyscy krzyczeli w niebogłosy, przewracając kolejny monumentalny posąg. Obok na prowizorycznym podeście stał mężczyzna ubrany w zużyty strój urzędnika. Obok niego na podwyższeniu stali także powstańcy, a po drugiej stronie kilku strażników i urzędników. Mieli oni opuszczone głowy. Ze smutkiem czekali na zgotowany im los. Z pewnością w ostatniej chwili nie mogli zebrać myśli, ponieważ obelgi pod ich adresem skutecznie to uniemożliwiały. Druga część tłumu bawiła się, tańcząc i pijąc. Całe zdarzenie oświetlał płonący radiowóz, stojący na środku skweru. W niedużej odległości od niego znajdowały się beczki z paliwem. Co chwilę jeden z rebeliantów podchodził i dolewał trochę benzyny do ognia.

     To wszystko trochę przeraziło całą trójkę. Nie mogli połączyć tego z sytuacją, którą widzieli na Bagrze. Zdenerwowany tym wszystkim Greg powiedział do kolegów krótko:

     -Trzeba to przerwać.

     -Czekaj! Co chcesz zrobić? -zawołał za nim Vito, lecz tamten odszedł. Bojąc się o przyjaciela wraz z Otisem

61




wyruszył za nim, pokonując przy tym znajdują się wszędzie tłum. Mężczyzna zmierzał w stronę, stojącej w przeciwległym rogu placu, „sceny”. Podszedł do stojącego obok niej żołnierza. Był pewien, iż stał przed nim jakiś dowódca więc zapytał:

     -Co tu się dzieje?

     -Nie widzi pan? Ludzie protestują. -odparł krótko tamten.

     -A przeciwko czemu protestują?

     -A no przeciwko władzy. Dlatego też walą pomnik.

     -Protestują przeciwko władzy, którą udało im się pokonać? -Greg zadawał pytanie za pytaniem. Każde kolejne zadawał z jeszcze bardziej zdzwionym i niedowierzającym głosem.

     -No chyba tak… podobno w ten sposób chcą wyrazić swoją jedność z żołnierzami na froncie. -odrzekł niepewnie mężczyzna. Z każdą odpowiedzią rebeliant coraz bardziej wątpił w to, że rozmawia z dowódcą. Nie zwracając na to uwagi znów zagadnął:

     -Co właściwie tu robią powstańcy z bronią?

     -Jak to co? Pilnują porządku. -żołnierz odpowiedział tak, jakby to było oczywiste.

     -Pilnujecie porządku na proteście, odbywającym się w ramach powstania?

     -Co poradzić, służba nie drużba. -tymi słowami rebeliant całkowicie zrównał z

62




ziemią cierpliwość Grega. Ten, nie czekając dłużej, wszedł po schodkach na podwyższenie. Jego rozmówca próbował go zatrzymać, lecz wtedy usłyszał głos:

     -On jest z nami.

     -A kim wy do cholery jesteście? -zapytał poirytowany rebeliant.

     -Jesteśmy z sił specjalnych. -odparł poważnym głosem Vito. Tamten nie chciał mu uwierzyć, aż nie spojrzał na, stojącego obok wielkoluda z przewieszonymi przez jedno ramię wyrzutnią, a przez drugie karabinem.

      W tym samym momencie miało dojść do finału całego wydarzenia, czyli rozstrzelania „kolaborantów”, czy jak też krzyczał tłum „zdrajców”. Tuż przed tym na podest wszedł Greg i swoim wejściem przerwał całą atrakcję wieczoru. Nic nie robiąc sobie z krzyków oraz nienawistnego spojrzenia ludzi, podszedł do przebranego mężczyzny. Tym razem to jego zapytał:

     -Przepraszam za przerwanie miłego wieczoru, ale przybywam z Bagru, no i jakby to powiedzieć, zastanawiam się, co tu się do jasnej cholery dzieje?

     -Radujemy się z okazji wyzwolenia. -odrzekł chłodno jego rozmówca, a następnie dodał. -A teraz zjeżdżaj stąd wieśniaku jeden! Możesz stanąć gdzieś dalej tam, gdzie twoje

63




miejsce.

     -Słuchaj mnie pajacu! Nasi ludzie dwa kilometry dalej umierają w walce o wolność, a ty robisz sobie z ich sprawy cyrk? -żołnierz z każdym kolejnym słowem podnosił głos. Jego rozmówca nie przejął się za bardzo i jedynie próbował go zbyć. W odpowiedzi mężczyzna odszedł kilka metrów w bok i zaczął myśleć. Dalej wszyscy na niego patrzyli oraz krzyczeli w jego stronę. Po krótkiej chwili zawołał w stronę swoich przyjaciół. Ci także weszli na podwyższenia, jakby nigdy nic. Gdy znaleźli się koło niego odezwał się, z udawanym spokojem do Otisa:

     -Weź tego chuja za szmaty i pokaż mu, gdzie jego miejsce.

     -A gdzie „proszę”?

     -Już! -wystrzelił Greg, wskazując palcem na, stojącego nieopodal mężczyznę. Chwile po tym ruszył za swoim umięśnionym kolegą. Wołający do ludu przewodniczący całego wydarzenia, nawet nie zorientował się, kiedy wszystko obróciło się o 180 stopni, a następnie uderzył w drewnianą podłogę. Otis cisnął go w ziemię tak mocno, że znajdujące się pod nim deski połamały się. W tamtej sytuacji chcieli zareagować, stojący pod podestem żołnierze, lecz Vito zagrodził im drogę.

     -Nie

64




radzę. -powiedział krótko mężczyzna. Rzeczywiście, trzymał w rękach zdobytą od strażników, co oznaczało wysoką jakość. Podbiegający z jakimiś małymi pistolecikami i pałkami powstańcy szybko zrezygnowali ze swojego pomysłu.

     Wtedy też Greg wrócił do rozmowy z niepokornym człowiekiem. Spokojnym głosem zaczął tłumaczyć sytuację, ale przeszkadzał mu krzyczący tłum ludzi, więc zaczął strzelać w powietrze. Dopiero wtedy mógł kontynuować:

     -Przybyliśmy z linii frontu i mamy wziąć kogo tylko się da z powrotem.

     -Nie mogliście od razu mówić, że jesteście z sił specjalnych? Nawet nie wiedziałem, że istnieją. -odrzekł przestraszony mężczyzna. Rzeczywiście nie miał się skąd dowiedzieć, ponieważ przyjaciele wymyślili to wszystko na poczekaniu.

     -Gówno mnie to obchodzi. Rozkaż swoim ludziom dołączyć do nas! -Greg nie tracił rozkazującego tonu. Dzięki temu nie musiał czekać długo na odpowiedź:

     -Zaraz im to powiem, tylko mnie już puśćcie!

     Po tych słowach dał on swojemu przyjacielowi sygnał, żeby puścił staruszka. Później musieli chwilę zaczekać, nim udało się zebrać do kupy wszystkich żołnierzy,

65




znajdujących się w pobliżu. Z tego też powodu nie wykonano egzekucji na jeńcach. Zamiast tego wszyscy przejęli się zbiórką. Jedynie trójka towarzyszy stała z boku i rozmawiała.

     -Właśnie tego się boje. -powiedział enigmatycznie Greg, na co Vito zagadnął:

     -Czego?

     -Co, jeżeli okaże się, że po wygranej nastanie coś takiego. -wyjaśnił.

     -Nie stanie. To jak wykorzystujemy wolność zależy od tego, jak ją szanujemy. Z kolei to jak ją szanujemy zależy do tego co wynieśliśmy z domu. -rzekł Włoch, co jego przyjaciel skomentował krótko:

     -Nie rozumiem.

     -Weźmy na przykład tych ludzi. Oni zawsze protestowali, bo chcieli wolności, ale takiej nieograniczonej. Do dziś twierdzą, iż wtedy się zmienią. Nie będą już tak dewastować swojej dzielnicy, ponieważ zapanuje swoboda, ale to gówno prawda. Wiesz, dlaczego? -zatrzymał się na chwilę i zadał pytanie towarzyszowi, który wzruszył ramionami. Wtedy mógł kontynuować. -Dlatego, że wszystko zostanie po staremu, choćby nie wiem co się wydarzyło. Jeż nigdy nie szanowało się swojego otoczenia, a jedynie walczyło o „wolność”, to mimo wyzwolenia dalej będzie się tą walkę

66




kontynuowało. Żadna zmiana nie przyniesie pożądanego efektu, przez co zawsze będzie się czuło niedosyt. Może to trwać w nieskończoność, aż w końcu nie zrozumie się, że tu nie chodzi o wolność, lecz o walkę. O przemoc w czystej postaci. Tą przemoc, na której zbudowaliśmy naszą władzę i nasz system wartości. A sprawa? Sprawa jest przykrywką, usprawiedliwieniem zła wynikającego z zabijania, a nie celem. Gdyby liczył się cel, to daję głowę, iż znalazło by się rozwiązanie, które można rozwiązać pomnażając siły, a nie dzieląc. -po wywodzie Vita ani jeden nie chciał się odezwać. Ciszę przerwał dopiero sam Włoch, patrząc się na otaczający go krajobraz:

     -Sodoma i Gomora. Nic więcej nie umieją, jak zniszczyć wizerunek rebelii.

     - Ruski Paryż, po prostu. -odparł Otis, a następnie dodał. -Chłopaki, co zrobimy, jak już dotrzemy do bazy na Bagrze. Przecież wyjdzie na jaw, że nie jesteśmy z sił specjalnych.

     -To nie jest nasze największe zmartwienie. -zaczął mówić Greg. -Ledwie spotkaliśmy naszych sojuszników na Sibrze, a już musieliśmy strzelać.

     -Do czego zmierzasz? -zagadnął niecierpliwie Vito.

     -Nie wiem

67




czy dobrym pomysłem jest wprowadzanie na małą dzielnicę, wypełnioną mieszkańcami Zilu, ludzi z Sibru. Obawiam się, iż doprowadzi to do nie małej awantury. -po tych słowach mężczyzna wstał i ruszył w stronę, zebranego już w całości, oddziału. Za nim ruszyli, także jego przyjaciele. W trójkę popatrzyli chwilę na żołnierzy, a potem dołączyli do dowódcy i razem z nim ruszyli na czele grupy rebeliantów. Ich wizyta na Sibrze skończył się o wiele szybciej niż przypuszczali. Niespodziewana zmiana planów zmusiła ich do opracowania nowego planu. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Ten ruch mocno skomplikował sytuacje osoby, obserwującego trójkę towarzyszy z ukrycia.

68




Wyrazy: Znaki: