Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 51
Dzisiaj w pracowni: 5
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

8. Konwent pt 1 / 3 ( wersja 2, poprawiona)ikonka kopiowania

Autor: Fortune twarz męska

grafika opisu

rozwiń




„I postąpił tak jak polecił mu mistrz, wyruszył w drogę.
Stąpał pewnie, nawet przez sekundę nie okazując zwątpienia. Drzewa uchylały się z szacunku przed nim, a góry ustępowały mu z drogi.
A kiedy w końcu dotarł na miejsce, do habitatu zła, do siedliska mroku, nie spotkał tego kto miał go wyczekiwać. Nie było tam jego dawnego mistrza. Jedynym co na niego czekało była nieskończona ciemność. ”

Fragment legendy o Mikaelusie,
wielkim bohaterze i założycielu Atlantydy

     ***

      - Oczywiście! - marudził samotny, ciemnowłosy wędrowiec, przedzierając się przez zarośla. - Z tylu dostępnych miejsc musiał wymyślić sobie spotkanie w samej głębi zakichanej Teriańskiej Puszczy i to jeszcze na bagnach!
Odgięta przez niego gałązka z impetem wróciła na swoje miejsce i strzeliła go w twarz.
- Na Bogów, jeszcze trochę i sam dołączę do Jagsów tylko po to żeby puścić to miejsce z dymem!
Ciemny las zaszumiał złowrogo.
- Dobra, tak tylko sobie marudzę – wymamrotał chłopak, pociągając mocniej za płaszcz, który zaczepił się o krzaki. - Niczego nie będę palić... Ale mógłbyś przynajmniej mi nie przeszkadzać, wiesz?

1




Jesteśmy po tej samej stronie… Lesie… Puszczo… Jakkolwiek cię nie nazywać! Nie przekazujecie sobie informacji między drzewami? Nie plotkujecie o tym co się dzieje kawałek dalej? Myślałem, że jesteś jak jeden organizm. To znaczy, na przykład swędzi cię noga i wtedy ręka wie gdzie się podrapać. Bogowie, czy ja zacząłem tracić zmysły, rozmawiam z lasem...
- Myślę – odezwał się niski głos, nie wiadomo skąd – że mógłbyś mieć powód do zmartwień dopiero kiedy las zacząłby ci odpowiadać.
Mike zatrzymał się. Spoważniał.
- A Ty nim nie jesteś, więc nie mam się czym martwić, tak?
Głos zarechotał, przemieszczał się gdzieś za ścianą drzew.
- Jestem zaledwie jego mieszkańcem. Nie przyprawiam podróżnikom zmartwień, ale z tego co widzę, ty nie jesteś zwyczajnym podróżnikiem. Tak... Czuję to, to co siedzi wewnątrz ciebie. Ziarno zła. Tacy nie są tu mile widziani. - głos stał się stanowczy, nieprzyjazny - Źle zrobiłeś zapuszczając się do mojego matecznika.
- Nie szukam kłopotów.
- Nie rozśmieszaj mnie! – Drzewa zaszumiały. Nagle zrobiło się o kilka stopni zimniej. - Oczywiście, że nie. Tacy jak ty nie

2




szukają kłopotów, sami nimi są. A ja ich tu nie chcę.
Gałęzie zaczęły wyciągać się ku wędrowcowi. Nie wyglądało, aby miały dobre zamiary.
- Jesteś leszym? - szybko zapytał Mike i spróbował się cofnąć, ale jego noga zatopiła się po kolano w błocie. Jeszcze przed chwilą ten kawałek ziemi wydawał się całkiem stabilny. Chłopak wzdrygnął się kiedy coś owinęło się wokół jego uwięzionej kostki.
- Nie. Ale przecież wiesz to, spotkałeś już kiedyś leszego. Zabawmy się. – Głos zachichotał. - Jeśli zgadniesz kim jestem, może daruję ci życie.
Mike milczał. Nie miał ochoty na łamigłówki, tym bardziej po tak długiej i wyczerpującej wędrówce, ale nie wyglądało na to że ma wybór.
- To jak będzie? – zapytał głos.
- Może być. – chłopak uśmiechnął się krzywo, a dziwna macka pod błotem przestała się poruszać - Miło z twojej strony, że dajesz mi szansę. Czyli… Jesteś mieszkańcem lasu… Niewielu z nich potrafi czytać w myślach i wspomnieniach, co zapewne zrobiłeś dowiadując się o leszym.
Czekał na jakąś uwagę, która chociaż trochę by go naprowadziła, ale głos się nie odzywał. – A niech

3




to – pomyślał. Kiedy jego mistrz przeprowadzał takie analizy, to wydawało się dużo prostsze. Kontynuował:
- W związku z tym odpada bagiennik albo błędnik, za których na początku cię brałem. Czorta raczej również skreślę. Może pradawny bóg? Nie, chyba nie... Twoja aura byłaby wyczuwalna w zupełnie inny sposób. To może powiesz mi, ty, który nie lubisz kłopotów, czym zajmujesz się na co dzień? Albo chociaż co sprawia ci przyjemność?
- Masz czelność pogrywać sobie ze mną? Targować podpowiedź? – głos zezłościł się, ale za moment przemawiał już tylko z pogardą - Dobrze, niech ci będzie, ty, który przesiąknięty jesteś plugastwem. Podpowiem ci. Na co dzień ścigam się z wiatrem, trzepocę liśćmi i igłami. Dziadkiem jestem dla drzew, które proszą mnie o rady. A dla przyjemności, hmm... Lubię zbierać żołędzie.
- To za proste – rzucił Mike, starając się wydostać zatopioną nogę. - Musisz być druidem!
- Doprawdy? – głos wydał się zaskoczony i niezbyt zadowolony.
- Tak. – Chłopak w końcu się uwolnił, ale na tyle niespodziewanie, że odleciał do tyłu i wylądował na plecach. Szybko wstał, otrzepał

4




się i przemówił z roztargnieniem, tryumfem i udawaną pewnością siebie - jesteś druidem, ale nie byle jakim. A raczej… Jesteś przodkiem tych, których nazywa się druidami dzisiaj. Tak naprawdę jesteś Lun’Drae Vai.
Drzewa przestały się poruszać.
- Starożytnym opiekunem gaju – ciągnął Mike. – Pochodzisz z pierwszych plemion ludzi lasu. Tych, którzy nie prosili wiatru o pomoc, ale sami się weń zamieniali. Tych, którzy nie musieli się dogadywać z drzewami, ale to dla drzew było zaszczytem i obowiązkiem, aby być na ich zawołanie. Tych, którzy obserwowali jak dzisiejsze, najstarsze drzewa wypuszczają pierwsze pąki. Inaczej nazywanych Dębowymi Panami, bo to właśnie pod takimi drzewami można było was za dawnych czasów spotkać. I prosić o pomoc.
Lun’Drae Vai nie odzywał się, ale nie zniknął. Mike dobrze czuł jego obecność.
- Dużo wiesz, czarowniku – wycedził z goryczą druid. - Ale nie zmienia to faktu, że każdy twój krok hańbi tę ziemię, że w poszukiwaniu mocy oddałeś swoją duszę czerni.
Drzewa zawtórowały, trzepocąc energicznie koronami. Mike dostrzegł, że w międzyczasie za pobliskim dębem pojawiła się

5




sylwetka.
- Nie zrobiłem tego w poszukiwaniu mocy – odparował, zupełnie zmieniając ton. Jego głos emanował spokojem, który nawet jego samego zadziwił. - I zaiste, wolałbym tego uniknąć. Ale jeśli chcesz abym się kajał i żałował to nie, nie będę. Gdybym musiał wybierać jeszcze raz, wybrałbym tak samo.
Sylwetka zniknęła.
- Nie bądź śmieszny. -Pojawiła się zupełnie w innym miejscu. - Nadajesz twojemu uczynkowi wzniosłość, ale w tym co się stało nie było ani wzniosłości ani nawet twojej decyzji! Byłeś, jesteś i będziesz jedynie narzędziem dla czerni, która użyczyła ci znikomego kawałka swojej mocy żeby się tobą pobawić! Która użyła cię i jeszcze będzie cię używać dla swojej rozrywki, do czasu aż cię nie strawi od środka. – Druid zrobił pauzę, po czym jego ton delikatnie złagodniał - Ale tak, widzę w twoim umyśle jak do tego doszło, mówisz prawdę. Gardzę tak tym co w sobie nosisz jak i samym tobą, bo tego używasz. Mimo wszystko, znajduję w twoim umyśle powody aby ci pomóc. Zaprowadzę cię tam gdzie chcesz dotrzeć.
Sylwetka znowu zniknęła, a drzewa zaskrzypiały. Wiły się i wykręcały. Mike

6




zrozumiał dopiero po chwili, że las wskazuje mu drogę.
Podążył za wskazówkami. Zastanawiał się dlaczego przedwieczny druid mu pomaga i co dokładnie zobaczył w jego głowie, zdecydował jednak nie pytać. Gdyby ów leśny kapłan zechciał, zapewne sam by mu odpowiedział - w końcu widział wszystko co pojawiało się w umyśle Mikego, zatem to pytanie również. Musiał widzieć też to, że Mike ma do niego jedynie ograniczone zaufanie i że jest gotowy, aby w każdej chwili dobyć swojego rewolweru lub rzucić zaklęcie. Nie żeby spodziewał się tym cokolwiek osiągnąć, ale pozostawał w gotowości.
Puszcza wiodła go szaro-brunatnymi moczarami. Nawet tutejsze cienie gustowały raczej w posępnych odcieniach brązu oraz ciemnej zieleni, a nie modnej w każdym sezonie czerni.
W końcu otoczenie urozmaiciło się trochę - minął zatopioną po dach kanciapę. Potem dwie kolejne, a potem dech zaparł mu się w piersi.
Przed nim znajdowała się do połowy połknięta przez bagno osada. Powykrzywiane przez czas i miejsce chałupy oklapły i opadły w dół, niektóre aż po sam dach. Ledwie kilka z nich pozostawało całkowicie nad powierzchnią bagniska.

7




Większość nie zachowała nawet pierwotnego kształtu, ale niektóre, pojedyncze, wyglądały zaskakująco dobrze. Taka dysproporcja nie mogła być naturalna. Jakby ktoś dbał o istnienie niektórych budynków. Mimo, że osada na pierwszy rzut oka wyglądała na opuszczoną, w końcu kto mógłby chcieć tu mieszkać, Mike nie dał się zmylić. Znał co najmniej tuzin różnych istot, którym mogłoby się tu podobać i właśnie to go martwiło. Prawie każda z nich była śmiertelnie niebezpieczna.
Rozejrzał się uważnie…
- Nie chcesz wiedzieć - Lun’Drae Vai niespodziewanie odpowiedział na niewypowiedziane pytanie. Mike nie zamierzał drążyć tematu. Po krótkim zastanowieniu musiał przyznać druidowi rację: Nie chciał wiedzieć.
Pobliski jesion nachylił się, tworząc kładkę prowadzącą na coś co kiedyś zwykło być werandą.
- Nie martw się, nie spotkasz ich teraz - po raz kolejny kapłan odpowiedział na myśli.
Mike uśmiechnął się pod nosem. Przeżył kiedyś krótki epizod podczas, którego przebywał w otoczeniu istot porozumiewających się tylko myślami. Już dawno się od tego odzwyczaił, ale ta sytuacja obudziła dawne wspomnienia. Co

8




jak co, wspominał wioskę wężów dość ciepło. Umiarkowanie. W każdym razie na pewno nie źle. No… przynajmniej było ciekawie.
Zmienił wątek myśli.
Prawdziwy Lun’Drae Vai… - pokręcił głową z niedowierzaniem – Zaiste, niezwykłe spotkanie. Ciekawe ilu ich jeszcze jest, a może to ostatni? I z jaką łatwością kontroluje drzewa… Niebywałe.
Głos odchrząknął i odpowiedział lekko zakłopotanym:
- Dziękuję.
Mike, podążając tam gdzie wskazywały gałęzie, przemieszczał się od chaty do chaty. Ułatwiłoby mu to sprawę, ale postanowił nie korzystać z teleportacji. Nie chciał wpływać na tutejszą równowagę aur lasu – choć zapewne Puszcza dość szybko byłaby w stanie się zregenerować. To mogłoby się nie spodobać nie tylko druidowi ale i samemu liściastemu otoczeniu, zwłaszcza jeśli zważyć na to, że musiałby posłużyć się czernią. Nie zamierzał nadużywać ich uprzejmości.
Po kilku minutach dotarł do celu. Ostatnie w rzędzie domostwo było nieduże, osadzone na kilku drewnianych palach, które w dalszym ciągu skutecznie utrzymywały przybytek ponad powierzchnią zamulonej wody.
W centralnym miejscu jednej z

9




porośniętych mchem izb stał głaz. Mike zbliżył się do niego i wyciągnął spod płaszcza swój kruczoczarny sztylet - nóż rozbłysnął runami.
- A więc to tutaj... – Uśmiechnął się z ulgą.
Na powierzchni głazu coś zaczęło się dziać, najpierw tylko lekkie iskrzenie, ale po chwili jakiś płaski kształt zaczął się materializować. Kształt rozbłysnął, a świat zniknął pod warstwą jaskrawej bieli.
Kiedy Mike odzyskał wzrok, na kamieniu znajdował się rozciągnięty plackiem list.
- List? Tyle zachodu po kolejny list?! – Nawet nie miał ochoty marudzić. Jeszcze jakiś czas temu, może. Ale teraz? Teraz… Jego mistrz zdążył go już do tego przyzwyczaić.

     ***

      - Dajcie znać maszynowni, że musimy przyspieszyć! - polecił kapitan, nerwowo spoglądając na galopującą daleko za nimi burzę.
Dzika Tancerka pędziła tuż ponad oceanem gęstych, białych chmur. Pędziła z zawrotną prędkością, ale pędziła tak nie bez powodu. Wspaniała, trzymasztowa fregata ewidentnie przed czymś uciekała.
- Jak z żywiołem powietrza?! - wrzasnął kapitan, rwąc nerwowo swoja długą, posklejaną brodę.
Latał już od trzydziestu lat, znał

10




się na rzeczy. Wielu uważało go za najlepszego orka w tym fachu, a bez wątpienia najlepszego wśród piratów.
- Jak?! – powtórzył jeszcze głośniej.
Załoga milczała i świdrowała wzrokiem gnoma siedzącego przy skomplikowanym krystalicznym mechanizmie, ustawionym tuż przy środkowym maszcie.
- Pełny! - wydarł się w końcu gnom.
Na pokładzie rozgorzała krzątanina. Ktoś siłował się z linami, ktoś przestawiał skomplikowane parowo-krystaliczne mechanizmy, ktoś podał stojącemu przy wielkim kole sterowym, orczemu kapitanowi kapelusz.
Kapitan założył kapelusz i energicznie zakręcił kołem. Następnie pociągnął za dwie wystające obok wajchy. Statek gwałtownie odbił w górę, odrywając się od rozciągającej się aż po horyzont płaszczyzny obłoków.
Z kadłuba Dzikiej Tancerki zwisały jeszcze przez moment dwie rury, których celem musiało być wsysanie czegoś z chmur, ale zaraz zniknęły we wnętrza okrętu. Marynarze desperacko chwytali się czego tylko popadnie, bo statek leciał coraz bardziej pionowo. Po kilku sekundach ustabilizował poziom, a załoga na chwilę odetchnęła z ulgą.
Po niedługim rozprężeniu ponownie chwycili

11




się tego co akurat było pod ręką i z wyczekiwaniem wlepiali wzrok w swojego kapitana. Ten stał tam, na mostku. Zwrócony twarzą ku przodowi okrętu, ku znikającemu pod chmurami słońcu. Wyciągnął rękę po zawieszoną przy sterze mechaniczną słuchawkę.
- Panie Bargs – powiedział do słuchawki, przytrzymując zapobiegawczo kapelusz. Marynarze przełknęli ślinę. - Proszę uwolnić żywioł. Pełna moc.
Statek zaskrzypiał, coś trzasnęło, a po pokładzie śmignęło uderzenie wiatru, potężne niby tajfun. Żagle zatrzepotały, a Dzika Tancerka ponownie wystrzeliła, tym razem do przodu i jeszcze szybciej.

     ***

      Wielki, okrągły potwór - docelowo mający wzbudzać grozę – przecinał… Nie, właściwie to raczej: powoli dryfował przez podniebną przestrzeń.
Ów potwór, a dokładniej balon z doczepionymi z przodu trójkątnymi uszami i dużym nosem, z domalowanymi złośliwymi oczkami, wątpliwie spełniał zadanie przerażania – mogło mieć to związek z tym, że był okrągłą, przypominającą pulpeta, różową świnką. Z przyczepionym z tyłu zakręconym ogonkiem.
Pod balonem znajdował się okręt, piracki balonowiec, z wypisanym na

12




kadłubie dumnym imieniem Szyneczka III i rozmazaną, piracką czaszką. Właściwie ciężko było znaleźć na nim miejsce bez czaszki - gobliny nie mogły się zdecydować, które będzie najlepsze, obmalowały więc nimi cały okręt.
Szyneczka III była istnym cudem techniki. To cud, że potrafiła pokonać w powietrzu kolejny metr, bo wyglądała jakby w każdym momencie mogła się rozpaść.
Kadłub był posklejany z niedopasowanych, krzywych blach i desek – co jakiś czas coś z niego odpadało. Zazwyczaj los owych odpadków był mało interesujący, ale zdarzały się również przypadki ciekawsze.
Na przykład pewna blacha, którą znalazło pewne nienazwane plemię mieszkające głęboko w dżungli, zaczęła być czczona jako przerażające bóstwo zemsty po tym jak rozpłatała czaszkę szamana na dwie symetryczne połowy. Co więcej, dzięki silnej wierze owych tubylców zmaterializował się tam w końcu zupełnie nowy bóg - Żelazko, mniejszy Bóg kwadratowej, zardzewiałej, bezlitosnej płyty, ale to była już inna historia.
Wracając do właściwego wątku - tylko najbardziej pomyleni szaleńcy mogliby latać takim statkiem. Albo gobliny.
Nad najwyższym

13




pokładem unosił się prowizoryczny mostek, który – tak jak większość rzeczy, które mają związek z goblinami - wbrew wszystkim prawom logiki i znieważając grawitację oraz kilka pokoleń jej przodków dalej istniał, leniwie kołysząc się na boki.
Na przedzie mostku stało połamane i posklejane za pomocą gigantycznej ilości linki i taśmy klejącej koło sterowe. Wyglądało na to, że w sprzyjających warunkach mogłoby się nawet kręcić. Jak do tego doprowadzić, pozostawało sekretem starego kapitana.
Ten stał teraz za sterem, był niski i czerwony jak większość goblinów.
Kawałek dalej stał wielki, wyłożony poduszkami fotel. To w nim siedziała jedyna osoba godna uwagi na tym okręcie. Jegomość absolutnie najwyższej klasy, wspaniały gobliński czarodziej, a zarazem wybitny Pan i Władca, król Mamnon. Na głowie miał spiczasty, dziurawy - zapewne od niezliczonej ilości śmiertelnych pojedynków - kapelusz. Nieduże ciało okrywała mu typowa, czarodziejska szata, a z szyi zwisał ciężki, złoty, krasnoludzki łańcuch. Łańcuch „zwisał” w taki sposób, że musiał być położony obok, na specjalnie podprowadzonym do tego celu

14




stoliczku, bo swoim ciężarem przewyższał nie tylko Mamnona, ale dwóch lub trzech Mamnonów.
- Panie! - odezwał się chrapliwym głosem stary kapitan. - Tam, proszę spojrzeć!
Król wystawił niedbale rękę, aby ktoś mógł dostąpić zaszczytu dostarczenia mu lunety. Goblin, który to zrobił, z zachwytem wpatrywał się w swoją dłoń przez kolejne dwie minuty.
- Do wszystkich diabłów, co to takiego?! - warknął Mamnon i dodał po chwili zastanowienia – Arrr…
- Wasza wysokość, proszę się nie martwić - uspokajał kapitan Kazimir, słynący ze swojego znakomitego wzroku. (Był tak znakomitym obserwatorem, że czasem udawało mu się dostrzec rzeczy, których nie widział nikt inny.) - To tylko piraci.
- Ale przecież to my jesteśmy piratami! – oburzył się Mamnon. - Kapitanie, skoro to piraci to znaczy, że nie możemy ich napaść?
- Cóż... Właściwie to nie widzę przeciwwskazań, wasza wysokość. Ale to...
- Doskonale, doskonale. - Mamnon nie zamierzał słuchać. W końcu to on był królem!
- Panie, ale...
- Kapitanie, wydaj odpowiednie polecenia, zostawiam to w twoich rękach! Masz mi złapać ten statek!
- Ale panie...
- O Bogowie, co

15




znowu? – Najwspanialszy władca zamknął oczy, próbując zachować cierpliwość.
- To krasnoludzka fregata, do tego naprawdę zadbana...
- No właśnie! Właśnie dlatego masz mi ją złapać! Przejmiemy ją.
- Panie, ale ona jest zdecydowanie szybsza od nas, do tego nasz statek...
Tego było już za wiele.
- Kapitanie, masz natychmiast przestać! Najpierw ją złap, potem będziemy układać plan i zajmować się nieistotnymi sprawami. Do roboty!
- Tak jest, wasza wysokość... -zaakceptował polecenie niepocieszony kapitan.
Zaczął wykrzykiwać w kierunku załogi i manipulować dźwigniami przy sterze.
Liny zaczęły pracować, a z każdej części kadłuba wytryskiwała para. Największy strumień strzelił z balonu, tuż spod ogonka.
Szyneczka III zaczęła leniwie lecieć w kierunku małej kropeczki na niebie – niedoścignionej krasnoludzkiej fregaty.
- Panie, a jest szansa na chociaż odrobinę magii? - łudził się kapitan Kazimir. - To by nam bardzo pomogło...
Wielki król-czarodziej Mamnon zignorował go i zwrócił się w kierunku załogi
- Gobliny! - jeszcze na moment ściszył głos, aby rozwiązać pewną małą kwestię – Podsuńcie mnie

16




bliżej - polecił dwóm najbliższym marynarzom.
Fotel, wraz ze stoliczkiem i łańcuchem podjechał i zachybotał się tuż na krawędzi mostku, ukazując załodze splendor ich króla.
- Gobliny! – przemówił ponownie Mamnon. - To dzień naszego triumfu! Na horyzoncie...
- Panie, to nie do końca jest horyzont - doprecyzował kapitan.
- A co to jest?
- No... Niebo po prostu.
- Aha... Na niebie – kontynuował przemowę - dostrzeżono wrogi statek! To piraci!
- Ale my chyba też jesteśmy piratami – zauważył jakiś głos z pokładu.
- No tak, właśnie dlatego musimy eliminować konkurencję - dołączył się do dyskusji drugi.
- Ale ładnie tak napadać na swoich? - wtrącił się trzeci.
- Jacy z nas tam piraci, jeszcze nikogo przecież nie napadliśmy!
Król i kapitan w milczeniu wsłuchiwali się w narastającą dysputę. Oboje wyczekiwali odpowiedniego momentu żeby się do niej włączyć i oboje podzielali opinię, że nie ma odpowiedniejszego momentu niż ten, w którym wszyscy pozostali uczestnicy pojedynku już wystrzelają swoje naboje.
- Aha... Czyli to jakby nie nasi?
- No nie, w końcu skoro jeszcze nie napadliśmy na nikogo to nie jesteśmy

17




piratami.
- Ale skoro nie jesteśmy piratami, to nie możemy napadać, tak?
- Jak to nie jesteśmy? Widzieliście ile mamy czaszek? I rozmawiamy jak piraci!
- A ja nawet piłem rum!
- To nie był rum, tylko… A z resztą…
- Poza tym jak napadniemy na nich to już będziemy!
- No dobrze, ale skoro będziemy, to wtedy napadliśmy tak jakby swoich, co nie?
Mamnon, wyczuwając w powietrzu nadejście odpowiedniego momentu, zaczął szperać pod swoją szatą.
- No to może... Poprosimy ich żeby oni napadli nas pierwsi? - Dyskusja trwała w najlepsze. - W końcu to piraci!
- Tak, i wtedy będziemy mogli ich zaatakować i ukraść statek, dobre!
Wysoko nad nimi nastąpiła głośna eksplozja, najwyraźniej spowodowana czarami najwspanialszego króla-czarodzieja.
Król-czarodziej zorientował się, że usmolił przy okazji odrobinę balonu. Całe szczęście nic się nie uszkodziło. Chyba. Później się to sprawdzi.
- Nie będziemy nikogo prosić, sami zaatakujemy! - oświadczył stanowczo.
Zmieszana załoga przez chwilę wpatrywała się w niego tępo, po czym zareagowała ślepym entuzjazmem i wiwatami.
- Kapitanie, pełna moc! – polecił Mamnon, starając się

18




nadać swojej kwestii jak najbardziej wojowniczy ton.
Szyneczka III po raz kolejny strzeliła parą spod ogonka, co tylko spotęgowało szaleńcze okrzyki goblinów.
I absolutnie nie wpłynęło na ślimacze tępo lotu.

***

      - Do kroćset! – zaklął kapitan, przyciskając do oczodołu lunetę. - Czy to... Świnia?!
Bosman sam nie do końca wierzył w to co zamierza powiedzieć:
- Proszę zobaczyć, to chyba gobliny.
- Co takiego? – Kapitan ponownie spojrzał przez lunetę. – A niby co w powietrzu robią gobliny?! Gobliny nie latają!
- Te jednak latają… - wymruczał pod nosem bosman. – Do tego wydaje mi się, że też są piratami. Widzi pan tą czaszkę?
- Którą?
- Którąkolwiek…
- No dobrze, wygląda na to, że macie rację. – Kapitan pokręcił głową, nadal nie do końca wierząc własnym oczom.
- Nie ma co się martwić, tą kupą złomu na pewno nie dogonią naszej Tancerki! Jakim cudem to w ogóle lata?
- Hmm... - Kapitan namyślał się przez chwilę nad czymś, po czym gwałtownie zakręcił sterem.
- Panie kapitanie, co pan robi?! – zdziwił się bosman.
- Nie widzicie, bosmanie? Lecę prosto na nich.
- Ale przecież burza nas goni,

19




nie mamy...
- Zamknij dziób.
Bosman zamilkł.
- Te gobliny – tłumaczył kapitan, nie odrywając rąk od koła - mogą nas wyciągnąć z bigosu w któryście nas władowali. Co wyście do cholery sobie myśleli?! Wyraźnie wam powiedziałem żeby brać tylko niziołki i ludki! Takich mieliście nie ruszać! I teraz macie za swoje. Eh, niech was Perun...
- Panie kapitanie, ciemno było. Pijani byliśmy. A ona podobna jest... Myśli pan, że jak ją oddamy goblinom, to burza będzie ścigać ich, a nie nas?
- Nie, durniu. To nie zadziała. Jedyna szansa, to zostawić ją na statku. I oddać im statek.
Bosman pobladł.
- Oddać Dziką Tancerkę?! Ale… panie kapitanie...
- Milczeć! Nie mamy wyjścia. To i tak nie gwarantuje, że ocalimy skórę. A teraz, idźcie wszystko przygotować!

     ***

      - Wasza wysokość - zagadnął niepewnie kapitan do wygodnie rozwalonego w fotelu króla. - Ten statek… On leci na nas.
- Co takiego?! – Mamnon aż podskoczył, a przynajmniej podskoczyłby gdyby nie zatrzymał go ciężki łańcuch.
Nie był przygotowany na taką sytuację, w gruncie rzeczy nie był przygotowany na jakikolwiek kontakt ze ściganym okrętem. Dogonienie go

20




wydawało się być wystarczająco nieprawdopodobne. Bycie piratem było łatwym zadaniem. Przynajmniej tak długo jak nie musieli robić nic z tego co musieli robić piraci. Wystarczyło nie spieszyć się za bardzo, krzyczeć głośno, ale nie za głośno, bo wtedy ktoś mógłby usłyszeć oraz najważniejsze: umieć wyjaśniać dlaczego plany się nie powiodły i dlaczego powiodą się następnym razem.
Teraz, wbrew oczekiwaniom Mamnona, miało się to zmienić. I zdecydowanie nie było mu to na rękę.
- No... Lecą prosto na nas, proszę spojrzeć. Co robimy, zmieniamy kurs?
- Nie ma mowy! - odparł stanowczo król-czarodziej, maskując zniechęcenie. - Przygotować działa!
- Chyba działo - poprawił go kapitan. - Wasza wysokość.
- Tak, działo. Przygotować!
Kapitan oderwał się od steru i pokuśtykał w kierunku pokładu. Zaczął pokrzykiwać i wymachiwać rękoma, zaczął dowodzić. Dość skutecznie zresztą, bo załoga dostała zastrzyku energii i uwijała się jeszcze szybciej. Chwilę później na przedzie statku pojawiła się stara, zardzewiała armata. Szyneczka III była gotowa do walki. Powoli, powoli, w tempie ledwie wyprzedzającym obłoki, sunęła

21




po niebie na starcie z jej nieszczęsnymi wrogami.
- Co oni robią? – zdziwił się Mamnon.
Kapitan nie był pewny czy to co widzi dzieje się naprawdę czy to tylko jeden z momentów jego znakomitego wzroku:
- Wasza wysokość… To chyba biała flaga. Poddają się!
Wielki król-czarodziej odetchnął, a następnie roześmiał się maniakalnie i złowrogo. Codzienne, poranne treningi pozwoliły mu doprowadzić taki rodzaj śmiechu do perfekcji.
- Poddają się! - załoga cieszyła się i wiwatowała.
Po chwili, jak to miała w zwyczaju po każdym zwycięstwie, a przynajmniej tak jak miała mieć to w zwyczaju od teraz, zaczęła wyśmiewać i lżyć nadlatującą fregatę. Mamnon, rzecz jasna, dołączył. Musiał tylko zadbać o to, aby owe bluzganie w odpowiednim momencie uciąć. Nie wiedział czemu przeciwnicy się poddali i zdawał sobie sprawę z ewentualności podstępu. Ale jeśli to jednak jakimś cudem nie był podstęp, on nie zamierzał pozwolić tego zepsuć.
- Nasz pierwszy łup!
- Teraz jesteśmy piratami!
- Arrr!
Gobliny radowały się jak małe dzieci, powstałe ze skrzyżowania piranii ze starą, złośliwą sąsiadką. Nie mogły zdawać sobie

22




sprawy, że przypalony nad nimi balon i liny powoli traciły swoją wytrzymałość.

     ***

      Tępe haki zaczepiły się o kadłub Dzikiej Tancerki zostawiając na nim brzydkie ślady. Kapitan fregaty jęknął z bólem.
Gobliny zrzuciły kładki i przewędrowały na zdobyty statek, zadzierając brody tak wysoko jak tylko mogły. Sześć z nich niosło nad głowami fotel z Mamnonem, kolejne dostąpiły prawie podobnego zaszczytu i niosły jego królewski łańcuch.
Fotel opadł ciężko na pokład tuż przed oczekującym orzczym kapitanem. (Za jakiś czas okaże się, że zrobiło się o jednego goblina mniej.)
- Poddajemy się - oświadczył brodaty kapitan.
Mamnon roześmiał się tryumfalnie, napawał się chwilą. Musiał tylko uważać żeby nie przesadzić. Gobliny dookoła szybko podchwyciły śmiech.
Król-czarodziej uniósł rękę na znak, że już wystarczy.
- A więc poddajecie się, tak? - upewniał się, starając się zachować optymalnie złowrogi ton. - Dobrze usłyszałem... Prawda?
- Tak, dobrze słyszałeś.
- To jest „wasza wysokość”, ty... - syknął na brodacza jeden z goblinów, usilnie próbując znaleźć odpowiednią obelgę. - Ty... Ty...

23




Siusiaczku!
- Tak, tak! To jest „wasza wysokość”! - podchwycił drugi. - I lepiej uważaj, bo zamieni cię w owsika i wsadzi w twój tyłek!
Mamnon zamarł. Po długiej sekundzie, z trudem przełknął ślinę.
- Przepraszam na moment – powiedział i zaczął uspokajać swoją załogę.
Kapitan Tancerki nie wydawał się być tym poruszony. Obejrzał się na galopującą w oddali burzę.
- Jak sobie życzycie. – Ork ukłonił się nisko. Powoli zaczynał się pocić. - Zatem, wasza wysokość, poddajemy się. Całkowicie i niezaprzeczalnie. Ale mamy również warunki.
Gobliny uspokoiły się.
- Warunki? - Król spróbował nachylić się do kapitana z mrocznym zaciekawieniem, ale kajdan na szyi skutecznie zatrzymał go w miejscu. Zwinnym ruchem wykręcił się spod łańcucha, poprawił kapelusz i ponownie, z najwyższą pretensjonalnością zwrócił oblicze ku rozmówcy. - Jakież to są warunki?
- Pozwolicie nam odejść. Wszystkim. Z tymże... Nie mamy już żadnych szalup.
- My również - zauważył Mamnon, zaciskając wargi. A jednak, musiał pojawić się problem. To wszystko było zbyt piękne, aby było prawdziwe.
- Hej! - odezwał się jeden z

24




goblinów. - Mogliby wziąć nasz statek! W końcu i tak ciągle się psuje, a ten ich...
Groźne spojrzenie władcy powstrzymało go od kontynuowania tematu.
- A ten ich... No w sumie też jest brzydki i w ogóle – dokończył zgromiony goblin. - Ja jednak nic nie mówiłem. Gadajcie tam sobie dalej.
Mamnon przejechał wzrokiem dookoła pokładu, uważnie ważąc sytuację. Załoga Dzikiej Tancerki była prawie dwukrotnie większa, do tego całkiem dobrze uzbrojona. Szukał powodów, dla których brodaty ork miałby chcieć kapitulować. Przecież taki okręt, z taką załogą i tyloma działami bez problemu zdmuchnąłby Szyneczkę z nieboskłonu.
Czas uciekał, a on nie mógł tych powodów znaleźć. Załoga owego statku wydawała się coraz bardziej niecierpliwić. Nie spodziewał się, że ma pole do jakichkolwiek negocjacji i postanowił, że najlepiej będzie jak najszybciej dojść do porozumienia.
- W ładowni są dwie skrzynie powietrznych pereł – odezwał się nagle kapitan Tancerki, odrywając go od rozważań. - Wie wasza wysokość co to takiego?
Mamnon z miną eksperta przytaknął głową. Nie wiedział. Kapitan chyba to dostrzegł, bo postanowił mu

25




wyjaśnić:
- Drogocenne kamienie, które powstają ze skrystalizowanego żywiołu powietrza. Bardzo, ale to bardzo drogocenne. Dwa dni temu kiedy ładowaliśmy zbiorniki znaleźliśmy wypełnioną nimi chmurę, raz w życiu widzi się coś takiego! Mam nadzieję, że uzna to wasza wysokość za cenę godną waszego statku. Gratis dorzucimy dwóch więźniów. Nic ciekawego, ale zawsze coś! Krasnolud i elfka. To jak będzie?
Król, z udawanym niezadowoleniem, pokręcił głową, pokrzywił się trochę, spojrzał po płonących od zachwytu goblinach i potarł się po czole.
Szyneczka III nie była warta wiele więcej niż skrzynia wypchana węglem – i to pod warunkiem, że akurat miała taką skrzynię na pokładzie - a tu oferuje się za nią prawdziwe perły. Bardzo, ale to bardzo chciał znać powody takiej hojności. Nie miał jednak teraz na to czasu, jeszcze raz spojrzał po uzbrojonych i coraz bardziej niespokojnych piratach. Gdyby chcieli, bez trudu mogliby mu wydrzeć Szyneczkę za darmo. Musiał się zgodzić.
- Ehhh... - zaczął z ociąganiem. - Niech stracę, może być.
Uścisnęli sobie dłonie, a była załoga żaglowca pospiesznie zaczęła przenosić się

26




na nowy okręt.
- Spieszycie się gdzieś? - zapytał z zaciekawieniem Mamnon.
- Ahh nie, skądże! - skłamał brodaty kapitan, który dobił przed chwilą najgorszego targu w swoim życiu. - Tak po prostu palą się żeby zadomowić się na nowym statku. W gorącej wodzie kąpane te moje chłopaki!

     ***

      - Hej, jest tam kto?! - wydzierał się Mike, przeprowadzając kolejną serię puknięć w stare, grube, drewniane drzwi.
Powykrzywiana na wszystkie strony chatka była wlepiona w skalną ścianę głębokiego wąwozu. Nie miała żadnych okien żeby mógł zajrzeć do środka, ale przecież nie mógł się pomylić. Podążał zgodnie ze wskazówkami z listu, a przez ostatnie półtora dnia czekania miał okazje dobrze się przyjrzeć okolicy. W Odległości kilku kilometrów nie było nic, co mogłoby być miejscem, które nakreślił mu Kreator. Nie miał wątpliwości, że trafił tam gdzie miał trafić.
Mimo to, drzwi nie odpowiadały. Pozostawały zamknięte na jakąkolwiek współpracę.
- Do licha, co to ma być?! - wyrzucił głośno złość. - Ja rozumiem, że zwykle się spóźnia, ale spóźnić się o dwa dni?! Mam tu rozbić obóz, czy jak?
Jeszcze raz

27




przystawił pod drzwi sztylet w desperackiej próbie czegokolwiek. Czasem sztylet jego mistrza okazywał się być wyzwalaczem, katalizatorem lub najzwyczajniej kluczem do różnych zaklęć. W tej chwili wystarczyłby mu nawet zwykły list, jakakolwiek wiadomość. Nadal byłby zirytowany, ale przynajmniej wiedziałby na czym stoi. Nie wydarzyło się jednak zupełnie nic.
- Auć! - Poczuł ukłucie na szyi i odruchowo pomacał się po karku. Coś w nim tkwiło, coś... niedużego...
Jego powieki zrobiły się dziwnie ciężkie. Cięższe... Coraz cięższe…
Mrugał nimi z coraz większym trudem aż w końcu nie chciały się już otworzyć. Ręce i głowa opadły mu bezsilnie.
Zasnął.

     ***

      - Wasza wysokość, muszę przyznać, że znakomity z pana negocjator - powiedział ze szczerym podziwem gobliński kapitan.
- Nie przeczę, nie przeczę - odparł bez cienia skromności Mamnon.
- Dzika Tancerka... Ładna nazwa.
- Eee tam. – Władca skrzywił się. - Musimy wymyślić coś innego. Do tego będzie trzeba go przemalować, wygląda paskudnie.
- To może, mam takie jedno... – Kapitan zapłonął entuzjazmem. - Zemsta Króla Mamnona! Dobre, nie?
- Mało

28




oryginalne.
Na pomarszczonej twarzy kapitana namalował się zawód.
- A wasza wysokość jaki ma pomysł? – zapytał, z niknącą nadzieją.
- Niech się zastanowię. Ma być oryginalne...
- I groźne!
- I gróźne... To wiem! Szyneczka IV!
- Wspaniałe… - potwierdził kapitan, bez specjalnego zachwytu.
Obaj stali nad wyrzeźbioną przez krasnoludy burtą i przyglądali się niespiesznie oddalającemu się okrągłemu kształtowi.
- Ehh... Była naprawdę piękna. – Stary kapitan przetarł przekrwawione oczy. - Najlepszy okręt jakim latałem.
- A latałeś jakimś innym? - zainteresował się Mamnon.
- No, yyy... O, proszę zobaczyć, to ten krasnolud z ładowni!
Dwa gobliny prowadziły spętanego łańcuchami krasnoluda.
- Panie, co z nim robimy? - odezwał się jeden.
- Za burtę go? - odezwał się drugi.
- A co z tą kobietą? Miała być tam elfka, jeśli mnie pamięć nie myli - zapytał król.
- Też tam jest. Tylko, że nieprzytomna.
- To, co za burtę ich, panie?
- Na razie zostawcie ich tak jak byli, teraz... - Mamnonowi przerwała niedaleka błyskawica.
Ocean chmur pod nimi ciemniał, jakby ktoś wpuścił w niego kilka gigantycznych kropelek

29




atramentu. Od rufy zaś nadpływał gigantyczny, iskrzący cumulonimbus.
- A więc już są - wymamrotał krasnolud.
- Co on tam gada? - zwrócił na to uwagę kapitan.
- A to co znowu? – Król wychylił się za burtę, przypatrując się tańczącym w gigantycznych obłokach piorunom.
- Może żywiołaki? Albo ifryty?
- Nie znasz się – wykłócały się dwa gobliny, trzymające krasnoluda. - To pewnie chmurne syreny. Albo...
- Łajno, a nie syreny - wtrącił się cicho krasnolud. - To jest pościg. Pościg za tą dziewczyną co ją macie w ładowni. Nie słyszeliście pewnie o Czarnej Cytadeli, co?
- To za burtę! - ponownie spróbował najbliższy goblin.
- Nikogo nie będziemy wyrzucać za burtę! - rozwiał jego nadzieje król. Spojrzał na oddalającą się pogrzebowym tempem Szyneczkę III. - Kapitanie, powinniśmy dać radę ich dogonić!
Ledwie zdążył skończyć zdanie, a na Szyneczce III coś zaklekotało, strzeliło i trzasnęło, a cały statek, lina po linie oderwał się od unoszącego się dalej, już bez balastu, balonu.
Kadłub, wraz z przeciągle krzyczącą załogą, poleciał w dół i rozpłynął się w ciemnych, kotłujących się chmurach.

30




Wszyscy na Szyneczce IV, w zupełnym milczeniu, wpatrywali się jeszcze przez chwilę w ten punkt.
- Przepowiednia się sprawdza! – stwierdził po chwili Mamnon, oskarżycielsko wskazując palcem na miejsce gdzie zniknęła Szyneczka III. - Przepowiednia na mocy dawnego paktu, który zawarli ze mną wielcy pradawni bogowie! To była moja zapłata za moc, którą mnie obdarowali!
- Co on bredzi? - wymamrotał krasnolud.
- Jedzcie bogowie, jedzcie! Smacznego. - Mamnon teatralnie skierował wzrok w górę.
Gobliny dookoła wpatrywały się z zachwytem w swojego władcę, a zarazem najwspanialszego, najpotężniejszego czarodzieja na świecie. Od teraz także wybrańca bogów.
Zahuczał grom, a na statek wtargnął szkwał. Burzowa ściana za nimi zaczynała lizać Szyneczkę IV po kadłubie.
- Te, a możesz pogadać z tymi swoimi bogami i coś z tym zrobić? – zainteresował się więzień.
Błyskawice przestały strzelać, ale ciemna, puszysta ściana dalej obejmowała statek, aż w końcu połknęła go w całości. Znaleźli się w środku szaro-granatowej chmury. Obłok wydawał się gęstnieć, wręcz materializować. Mogłoby się zdawać, że głaskał ich po

31




szyjach, a w końcu nawet stawiał na pokładzie kroki.
Pomiędzy przerażonymi goblinami, pojawiały się kolejne, zakapturzone, widmowe sylwetki. Ich kaptury nie miały twarzy, były wypełnione pustką i ciemnością. Gdzieś daleko przeskoczyła monstrualna błyskawica, ukazując schowany w chmurze kształt innego statku. Był potworny. Zapewne właśnie takimi okrętami podróżowały duchy.
- Mamnon? – odezwał się nagle jeden z duchów, z zupełnie niepasującym do mrocznego widma zdziwieniem.

     ***

      Obudził się.
Pierwszy raz od dawna pomyślał o Platestone, swoim dawnym miasteczku. To właśnie tam zwykł czuć się podobnie jak teraz, zazwyczaj po długich przesiadywaniach w karczmie. Ucisk i ból głowy, nudności, a do tego wszystkiego był diabelnie głodny.
Coś oderwało go od wspomnień. Nie, nie coś – wszystko. Wszystko dookoła nosiło znamiona używania czarów. Aury były silne, świeże. Ale w takim razie... Gdzie Mike się znalazł?
Cela wyglądała na wydrążoną w skalę, po chwili zorientował się, że jego prycza również jest po prostu jednym wielkim kamieniem. Jedynym, źródłem światła był ustawiony na stole świecznik i wtedy

32




dostrzegł, że nie jest sam.
Ktoś siedział przy stole - starzec w długiej szacie z kapturem. Płomienie świec odbijały się od jego wystających zza dolnej wargi kłów i koralików zaplecionych na brodzie. Starzec był orkiem, uśmiechał się zagadkowo. W jego uśmiechu było coś przerażającego.
- Miałeś szczęście, że cię znalazłem. Góry są zdradliwe, pochłonęły już wielu samotnych wędrowców – odezwał się ork.
- Gdzie ja jestem? - zapytał Mike.
- W bezpiecznym miejscu. Odpocznij, jutro odstawię cię na najbliższy szlak. Stamtąd trafisz do Kościelna, a co zrobisz dalej to już twoja sprawa.
Mike czuł się dziwnie, czuł, że coś jest nie tak. Nie ufał starcowi.
- Szukam kogoś. Nie zauważyłeś może jakiegoś innego podróżnika w ciągu ostatnich dni? Tak w ogóle... Jak długo spałem?
- Przespałeś ledwie dobę. I nie, nie zauważyłem nikogo. - Gospodarz zaśmiał się, zupełnie niesympatycznie.
Mike podniósł się z pryczy i niezauważalnym ruchem upewnił się, że jego rewolwer nadal jest na miejscu.
- Wybacz, nie mogę czekać do jutra – powiedział. - Dziękuję za pomoc, ale muszę ruszać, jestem w drodze.
- Nalegam

33




żebyś został. Odpoczniesz, najesz się. Jutro wyruszysz.
- Nadal nie powiedziałeś mi gdzie jestem. - Głos Mikego stał się szorstki.
- Czy to ważne... - odparł nonszalancko ork. Obracał coś między palcami.
Mike dopiero teraz dostrzegł, że bawił się jego czarnym sztyletem.
- Możesz mi to oddać? - zapytał i nie czekając na odpowiedź zmaterializował się tuż obok noża i starca.
- Nie wstyd ci używać takiej magii, młody czarodzieju? – rzucił gospodarz.
- Nie wstyd ci zapewniać schronienie takiemu czarodziejowi? - odparował Mike, wypatrując jakichkolwiek reakcji na twarzy orka.
Ten uśmiechnął się ironicznie i szybko jak kot wyciągnął dłoń ku Mikemu. Chłopak zrobił unik i ponownie pojawił się przy sztylecie, tym razem za starcem. Chwycił go pod ramieniem i przerzucił przez siebie, zabezpieczając jednocześnie upadek.
Starzec zaśmiał się i chwycił przyciskającą go do ziemi dłoń. Mikemu zakręciło się w głowie, poczuł jak odpływają z niego wszystkie siły... Natychmiast odskoczył do tyłu.
- Ta magia... - wymamrotał.
- Myślisz, że masz monopol na takie czarowanie? - Ork podniósł się z ziemi i przywołał

34




stojącą w kącie pokoju laskę. Oparł się na niej.
- To mroczna magia. Nie jesteś zwykłym magiem, jesteś warlockiem!
- Ohh, nie przesadzaj. - Starzec ponownie się uśmiechnął na swój paskudny sposób. - Obecnie jesteśmy na tym samym wózku. Zarówno ciebie jak i mnie uważają za „tego używającego złych czarów”.
Mike nie wahając się posłał w przeciwnika falę energii, ale ten odbił ją bez problemu.
- Jak sobie życzysz - wymamrotał ork i rzucił się na chłopaka. Był zwinny jak kot i przebiegły jak lis. Do tego niewątpliwie był mistrzem walki wręcz. Zdecydowanie górował nad Mikem.
Czarodziej musiał coś wymyślić i to szybko, wtedy ork pochwycił jego ramię. Warlock zablokował je i od razu zabrał się za wysysanie energii, a raczej… Za próbowanie. Wyraz jego twarzy zmienił się na solidnie zdziwiony, bo ramię okazało się być całkowicie metalowe, technomagiczne. Mike celowo dał się złapać, a teraz wyprowadzał kontratak prosto w szczękę.
Starzec odleciał do tyłu. Po takim ciosie musiał stracić przytomność.
Mike szybko chwycił swój sztylet i wybiegł przez drzwi. Gdy tylko minął futrynę, stanął w miejscu jak

35




wryty. Takiego widoku zupełnie się nie spodziewał.
Wydrążony w skale korytarz był po drugiej stronie otwarty, tworząc coś na kształt arkady zapewniającej znakomity widok na wielki jaskiniowy kompleks, będący rozległym podziemnym miastem.
Przed nim znajdował się oświetlony latarniami plac, wokół którego rozciągały się kamienne chatki, a nawet coś co przypominało świątynie.
Powyżej, na skalnych półkach, znajdowały się kolejne budynki i tarasy. Więcej nie zdążył zobaczyć, bo coś wpadło na niego i gwałtem przycisnęło do ziemi.
Usłyszał, że wokoło zbiega się coraz więcej osób.
- Sprawdźcie co z Har’vim! - ktoś polecił.
Ktoś inny wbiegł do celi.
- Żyje! Mocno oberwał!
- Zabierzcie go przed tron – komenderował dalej ten pierwszy. - Tam zdecydują o jego losie. Tylko zabezpieczcie go najpierw!
- Tak jest!

      Korytarze, którymi prowadzili go zakapturzeni strażnicy były ciemne, tak samo zresztą jak cały kompleks. Niewiele widział, wzrok nie zdążył mu się jeszcze przyzwyczaić do wszechobecnego tu mroku. Mimo to, nie mógł się nadziwić wyrastającym z ciemności budynkom.
Były wspaniałe, zapewne zbudowane

36




przed wiekami przez krasnoludy, ale teraz Mike nie dostrzegł tu żadnych przedstawicieli tej rasy. Spostrzegł za to wszystkie pozostałe, uznawane za cywilizowane: ludzi, niziołki, gnomy, trolle, orki, elfy, a nawet kilka ogrów.
Jednak tym co najbardziej zwróciło jego uwagę były przemykające w cieniach postacie w kapturach. Biła od nich silna, magiczna aura. Czy to mogło być to „Bractwo Wygnanych”, które polecił mu odnaleźć Kreator w swoim liście? I przede wszystkim, gdzie był teraz jego mistrz? Mike przeczuwał, że tym razem może nie wyjść z tego bez jego pomocy.

     ***

      Pieczara, do której go doprowadzili była duża, choć jej dokładne rozmiary pozostawały ukryte gdzieś za kurtyną ciemności. Dookoła gładkiego placu będącego w centrum, oświetlonego gazowymi latarniami, rozciągały się arkady wypełnione jegomościami w kapturach. Każdy z nich uważnie wpatrywał się w Mikego, pozostawianego na samym środku placu.
Ręce i szyję miał skrępowane błyszczącą, zaczarowaną nicią, która blokowała mu używanie magii, podduszając lekko przy okazji. To jak ciasno była zawinięta musiało być czystą uprzejmością tego kto ją

37




wiązał, zapewne w rewanżu za to co Mike zrobił warlockowi. Chłopak nie miał pretensji.
Przed nim, w ciemności rozmywał się kształt wysokiego fotela, czegoś na podobieństwo tronu. Po obu jego stronach ciągnęły się kolejne siedziska, wypełnione nierozpoznawalnymi w mroku sylwetkami.
- Mów - odezwał się niezidentyfikowany głos. - Masz cokolwiek do powiedzenia zanim opuścisz ten świat?
Mike doszedł do wniosku, że i tak nie ma już nic do stracenia, postanowił więc powiedzieć prawdę.
- Szukam Bractwa Wygnanych. Czy to wy?
Złowrogie, niskie śmiechy rozeszły się po pieczarze. Nikt jednak nie odpowiedział.
- Czy to wy?! - ponowił pytanie czarodziej.
- Stracić go - postanowił jeden z głosów.
Dwie zakapturzone postacie wyłoniły się z cienia.
- Szukam Dedai!
Postacie zatrzymały się, a sala zamilkła.
Kształty w siedziskach zaczęły dyskutować. Jeden wstał i wyłonił się zza kurtyny. Był krasnoludem, dobrze zbudowanym, z misternie zaplecioną kasztanową brodą, we wspaniałej, błyszczącej zbroi.
- Nie ma tu takiej. – Jego głos był twardy i stanowczy, ale wyrażał zaciekawienie. - Powiedz kim jesteś.
Chłopak westchnął z

38




rozbawieniem. Co miał powiedzieć, nie był nikim specjalnym.
- Nazywam się Mike. I to w sumie tyle.
- To... - odezwał się inny, drżący od starości głos - Chłopak wychowany przez Przewodnika. Syn Łotra. Uczeń Kreatora!
- Cóż... - Mike wzruszył ramionami. - Można i tak, w sumie brzmi to lepiej! Tak czy inaczej, szukam Dedai. Jeśli jesteście Bractwem Wygnanych, wiedzcie, że wiem, że wiecie gdzie jest! Yyyy... Zrozumieliście co mam na myśli? Tak mniej więcej, chodzi mi o to, że...
- Milcz - polecił krasnolud.
- Tak jest, już milczę – odparł pospiesznie Mike. - Przepraszam, od teraz milczę jak grób.
- Tak, to być on - potwierdził kobiecy głos, prosto z tronu. Postać wstała. Zbliżyła się.
- Co... – Mike nie wierzył własnym oczom. Pamiętał orczycę, przynajmniej tak mu się wydawało. Ta osoba przed nim to mogła być ona, ale ostatnim razem była zielona, a skóra tej tutaj była szaro-blada, z czarnymi jak węgiel włosami i aurą wzbudzającą w nim strach. - Dedai? To ty?
- Ty też się zmienić - odparła orczyca, ale jej ton był dziwny… Zimny. Obojętny. Poczuł przez chwilę dawną więź, która ich kiedyś łączyła,

39




ale... W głosie Dedai nie było już ciepła, które zapamiętał, nawet odrobiny. Był tam jedynie mrok, chłód i dziwna pustka.
- Ja... - Skamieniał.
- Co Ty tu robić?
- Szukaliśmy cię, znaczy Kreator. Miał tu być. O właśnie, nie spotkaliście go przypadkiem? Umówiliśmy się przed tą chatą w skale. Miał tam być już kilka dni temu, czekałem na niego i wtedy... Właściwie nie pamiętam co było dalej.
- Ja wysłać zwiad i dowiedzieć się czy Kreator w okolicy. A teraz... Ty pewnie być głodny.

     ***

      Mike idąc arkadą rozciągał uwolnione ręce, jednocześnie podziwiając podziemne miasto. Tak naprawdę tylko jedna dzielnica tego ogromnego kompleksu wydawała się być zamieszkana. Najwyraźniej Bractwo Wygnanych odnalazło to opuszczone miejsce i osiedliło się w tej części. Samo miasto ciągnęło się dużo dalej w ciemność.
Strażnik podprowadził go pod salę gdzie miała się odbywać kolacja, ukłonił się i odszedł. Mike pchnął ciężkie, żelazne drzwi.
Przy zastawionym pysznościami stole siedzieli Dedai, krasnolud, którego spotkał już wcześniej w sali tronowej i...
- Co? – wyrwało mu się na widok swojego mistrza, Kreatora.
-

40




Częstuj się - odparł beznamiętnie białowłosy człowiek ze sterczącymi w górę włosami.
- Nie powiedziałeś mi nawet, że tu jesteś?
- Uspokój się, przybyłem dosłownie przed chwilą. Z tego co widzę w sam raz na kolację.
- Dwa dni czekałem na ciebie pod tą zakichaną chatą! A ty pierwsze co robisz to idziesz jeść.
Krasnolud spojrzał na wzburzonego Mikego spode łba.
- Coś mnie zatrzymało po drodze – odpowiedział Kreator, zupełnie nieporuszonym tonem. - A co do kolacji, nie było sensu żebym cię szukał, bo i tak miałeś tu przyjść. No i widzisz, jesteś. Ja też. Wszyscy są zadowoleni.
Mike nie mógł znaleźć słów. Pełen złości zajął miejsce przy stole, ale kiedy skupił się na jedzeniu, złość zaczęła powoli ulatywać. Szczury były pyszne, do tego obudził się w nim sentyment. Dawno temu jako dziecko sam polował na podobne gryzonie na pustyni.
- Ciężko cię znaleźć, Dedai – odezwał się jego mistrz. - Do tego nieźle się tu urządziłaś, naprawdę jestem pod wrażeniem.
- Dziękować – odpowiedziała orczyca, bez nuty emocji w głosie. - Ja nie lubić kiedy mnie szukać.
- Wybacz, nie miałem innego wyboru,

41




naprawdę – wyjaśnił Kreator z miną wyrażającą szczery żal. - Dużo się dzieje, świat właściwie zmierza ku końcowi. – spojrzał jej głęboko w oczy – A koniec prędzej czy później zawędruje też do was. Nie uda wam się ukrywać w nieskończoność.
- Co ty mieć na myśli?
- Ja mieć na myśli smoki. - Uśmiechnął się z sympatią.
- Ja nie lubić smoki. Ale smoki nie być mój problem. Nam dobrze tutaj.
- Nawet jeśli w najbliższych latach nie odnajdzie was żaden smok, niewątpliwie zrobi to Cesarz.
Mikemu wydawało się, że coś na twarzy orczycy drgnęło.
- Co ty próbować mi powiedzieć?
Aisel sięgnął po wino, wziął łyka, odstawił kielich i rzekł spokojnie:
- Ja próbować powiedzieć, że nawet jeśli nie widzisz zagrożenia w smokach, to i tak możemy sobie nawzajem pomóc. Ty pomożesz mi rozwiązać problem smoków, a ja pomogę ci pozbyć się Cesarza.
Dedai milczeniem zachęciła go do kontynuowania, a Aisel opowiedział jej o wszystkim co wiedział. O tym, że smoki wcale nie wybudzają się same tak jak do tej pory wszyscy przypuszczali. Że to pewien uwięziony przed dekadami czarnoksiężnik je wybudza i że nie

42




przestanie tego robić, a świat nie przestanie płonąć. Powiedział jej, że wie co Cesarz wyprawia w Terii i że na całym kontynencie wzrastają antypatie wobec magów. Uważał, że to nie może być przypadek i że Cesarz musi maczać w tym palce, tym bardziej musi być powstrzymany, ale w odpowiednim czasie. Opowiedział jej też o tym, że Mike od roku robił co mógł, aby uratować jak najwięcej prześladowanych czarodziejów. Opowiedział jej o Atlantydzie i planach jej rozbudowy, która sprawia ogromne trudności, ale gdyby się udała, byłaby znakomitym schronieniem.
A ona słuchała, z narastającym gniewem i nienawiścią. Czarny ogień palił ją od środka. Żarł i drapał, aby się uwolnić i zabijać.
Mike patrzył na nią ze smutkiem. Mimo tego czym się stała, widział w niej cząstkę dawnej Dedai. Niedużą, ale jednak. Troskliwej, ciepłej, może trochę wybuchowej, ale za wszelką cenę pragnącej chronić swoje plemię. Wydawało mu się, że widział ją jedynie przez moment i zaczął się zastanawiać czy rzeczywiście tak było, czy jedynie chciał ją widzieć.
- Ja nie móc pomóc. Ja przepraszać – odpowiedziała.
- Bez ciebie nie damy

43




rady - nalegał Kreator.
- Zrozum – wtrącił się do rozmowy krasnolud, prawa ręka Dedai. Jego surowy głos wyrażał zrozumienie. - Nie możemy sobie na to pozwolić. Ci ludzi tutaj, jesteśmy wszystkim co mają. Nie poradzą sobie bez nas. A to co proponujesz to wojna, do tego z przeciwnikiem, którego nie jesteśmy w stanie pokonać. Ba, z dwoma takimi, bo najpierw ten czarnoksiężnik, a potem Cesarz. Idąc na taką wojnę nie będziemy w stanie dłużej chronić tych, za których wzięliśmy odpowiedzialność. Już sama nieobecność Dedai uniemożliwi nam utrzymywanie maskujących zaklęć, a bez nich wojsko Cesarza bez trudu wykryje to miasto. Wiedzą, że istnieje, szukają go. Z resztą, jeśli te wszystkie opowieści o czarnoksiężniku zamkniętym w lodzie to prawda, nawet razem nie będziemy mieli najmniejszych szans.
- Sami nie - zauważył, milczący do tej pory, Mike. - Zwołajmy konwent.
Nastała cisza. Ciężka i zimna, jak wieko trumny przysypywane piachem.
- Konwent? - powtórzył krasnolud.
- Tak. - Kreator uśmiechnął się. Skrycie, tak żeby Mike nie dostrzegł jak bardzo jest z niego dumny. Nie spodziewał się, że jego uczeń na to wpadnie, ale

44




po raz kolejny go zaskoczył. - Zwołajmy konwent.
- Nie ma już magicznych rad - kontynuował krasnolud. – Na kontynencie prawie nie ma już magów, a kontakt ze wszystkimi poza kontynentem się urwał wraz z upadkiem Atlantisu. Nie ma już czarodziejów, którzy odpowiedzą na wezwanie.
- Mistrzu Gaig - Aisel nie ustępował - jest ich nadal więcej niż się panu wydaje. Na Atlantydzie zgromadził się prawie tuzin tytularnych czarodziejów, a Mike sprowadził tam kolejny tuzin magów bez tytułów. Wyślemy również wezwanie na Tajemny Uniwersytet Askerd i do Akademii Matki Ziemi. Kto wie, może uda nam się z nimi porozumieć, przecież przy samej próbie rozmowy nie mamy nic do stracenia. A mieszkańców waszego miasta moglibyśmy przetransportować na Atlantydę. Będą tam bezpieczniejsi niż tutaj. O ile oczywiście, Dedai, zechcesz nam pomóc. Poza tym pozostaje jeszcze Kiell i Czarna Cytadela.
- Kiell? - Po twarzy Mikego przeskoczył nerwowy tik. - W sumie, wydaje mi się, że poradzimy sobie bez niej. Właściwie to...
- Kiell też wezwiemy - powtórzył zdecydowanie Kreator.
Mike westchnął i z niezbyt przekonaną miną ponownie zajął się jedzeniem.
- To

45




nadal za mało - nie poddawał się Gaig.
- Jest ktoś jeszcze - z cienia wyłonił się Har’vi, warlock. - Wezwijcie Upadłego Paladyna.
Trumna została zakopana do reszty.
- Przecież on... To absurd! – opanowany do tej pory krasnolud grzmotnął pięścią o stół - Nie możemy ugadywać się z liszem! Już prędzej rusałka sprowadzi się do miasta niż to wyjdzie!
- Niekoniecznie - odparł warlock. - Jest ktoś, kogo może posłuchać.
Wszystkie głowy odwróciły się na pochłoniętego posiłkiem Mikego. Chłopak dopiero po chwili zorientował się w sytuacji.
- Co… Że ja? Nie, nie, nie, to rzeczywiście absurdalny pomysł, zgadzam się z tym tam... Co siedzi naprzeciwko mnie, krasnoludem. Żadnego Upadłego Paladyna! Nie.
- Nie jestem pewny czy to dobry pomysł - odezwał się Kreator, choć jeszcze chwilę temu sam był pewny, że nie ma lepszego rozwiązania. Wiedział, że ze względu na dawne relacje Mikego z Upadłym Paladynem to właśnie on ma największe szanse na dogadanie się. Na dodatek warlock konsekwentnie twierdził, że są w stanie wysłać tam tylko jedną osobę. Aisel dobrze wiedział, że jego uczeń jest najlepszym kandydatem, ale teraz

46




kiedy wysłanie go na spotkanie z nieumarłym stało się realne, zaczął się wahać.
- Wasza ekscelencjo – warlock skłonił się nisko przed Kreatorem – dobrze wiesz, że to najlepsze rozwiązanie. A ten dzieciak… – uśmiechnął się tajemniczo – Może robi sceny, ale tak naprawdę sam już zdecydował.
Aisel skierował spojrzenie na Mikego.
- Nie musisz tego robić – powiedział, kontrolując ton tak żeby nie dać po sobie poznać troski o ucznia.
- Wiem. – Mike uśmiechnął się. - Ale bądźmy szczerzy, jestem najlepszym kandydatem.
Kreator westchnął. Jego uczeń zmienił się nawet bardziej niż przypuszczał. Nagle zorientował się, że przecież od jakiegoś czasu nie był już jego uczniem… Obok dumy pojawiła się jakaś nuta żalu. Szczerze mówiąc nie spodziewał się jej doświadczyć.
- Powariowali, wszyscy powariowali! - wykrzykiwał mistrz Gaig. - Ten chłopak jest szalony!
- O tak - zgodził się Kreator, nie ukrywając dumy. - Jest.

     ***

      - Wasza magnificencjo, sprawdziliśmy komunikat już dwa razy – oznajmił wysoki, wąsaty troll w luźnej szacie. - Jest autentyczny i nie ma mowy o błędzie.
- Kto go wysłał? - odparł

47




starzec, głosem wysuszonym przez dekady rzucania werbalnych zaklęć. Również był trollem, w podobnym jednak dużo bardziej sfatygowanym odzieniu. Oparł się o miękki fotel i zamknął oczy.
- Orczyca, córka wodza Mak’Ta’ Ka’varta. Ma na imię Dedai – odpowiedział ten młodszy.
- Czyli wszystko jest jak należy... - potwierdził najwyższy arcydyrektor. - Podali termin?
- Chyba nie chce pan odpowiedzieć?!
- Oczywiście, że chcę. Mamy obowiązek odpowiedzieć na wezwanie. – arcydyrektor zrobił pauzę i dodał z rozbawieniem - Może być niezła zabawa.
- Wasza magnificencjo, szczerze odradzam takie działanie. Poza tym, Atlantis rozpa...
- Bartiani, jeszcze wiele musisz się nauczyć. Dowiedz się gdzie i kiedy ma się odbyć ten konwent.
- Ja... Tak jest, - Bartiani ukłonił się nisko. - Wasza magnificencjo. Ale nie sądzi Pan... No... Wasza magnificencja ma już swoje lata.
Starzec zaniósł się śmiechem, który przerodził się w nieprzyjemne rzężenie i charczenie. Splunął i wytarł wargi z gęstej śliny.
- Mój drogi, to nie ja zamierzam się tam pojawić.
- Jak to? – spytał, z resztkami złudzeń, Bartiani.

     ***

      - Niestety, mamy

48




tylko jeden okruch czarnego lodu - tłumaczył warlock. - Możemy wysłać tylko jedną osobę.
Stali pod osadzonymi w skale i owiniętymi łańcuchami wrotami. Kreator, krasnoludzki mistrz-paladyn Gaig i Har’vi wpatrywali się wyczekująco w Mikego. Towarzyszyło im kilku zakapturzonych strażników schowanych w rozlanym po korytarzu cieniu.
- Jestem gotowy - oświadczył Mike.
Warlock machnął ręką i łańcuchy zsunęły się z portalu. Wrota otwarły się ciężko, ukazując wypełnioną światłem nicość.
- Tylko pamiętaj, żeby wrócić musisz zbić okruch – jeszcze raz powtórzył Har’vi. – Wystarczy go lekko przełamać… Choć sama aktywacja może zająć chwilę.
- To znaczy ile dokładnie? – zainteresował się Mike. Warlock nie wspominał wcześniej o opóźnieniu.
- Parę sekund. Przeteleportuje cię do przekaźnika, który będę mieć cały czas przy sobie.
- Har’ vi – rzucił Mike, podchodząc pod sam portal. - Nie ma między nami urazy, tak?
- Oczywiście - warlock uśmiechnął się zagadkowo - że jest. Ale zemszczę się jak już będzie po wszystkim.
Chłopak zastanawiał się nad czymś przez chwilę.
- Załatwię to –

49




powiedział w końcu i wstąpił w światłość. Wrota zatrzasnęły się z hukiem.

***

Marzy Ci się wspaniały ogród?
Nie wiesz jakie światło będzie najlepsze dla Twoich marudnych roślinek?
A może chciałbyś żeby twoje grządki były po prostu trochę szczęśliwsze?
Pisz na końcówkę pn. XzY34a już teraz!
Nikt nie zadba o twoje rośliny lepiej niż rusałka!

     Lazurowa Rosiczka sp. z o.o.,
transkrypt ogłoszenia krystalograficznego,
wydanego w 28 roku po Katakliźmie, w dzienniku Atlantyda na co dzień

     ***

- Uuu, a ten jaki duży! – Druid ucieszył się tak, że aż drzewom dookoła udzielił się jego nastrój. - Chodź tu panie żołędziu, do koszyka!
- Ehh, starzejesz się - zakomunikował mu kobiecy głos zza pleców.
Lun’Drae Vai stracił swój entuzjazm. Nie przestawał jednak zbierać, zamierzał jak najlepiej wykorzystać swoją wolną chwilę.
- Czego chcesz? - mruknął nieprzyjemnie.
- Przestań się boczyć, oboje wiemy, że miły z ciebie gość. - Naga, czerwonowłosa elfka podeszła bliżej. Ściszyła głos. Drzewa zaniepokoiły się. - Przecież tak ochoczo pomagasz nieznajomym, zagubionym w lesie.
- A więc o niego ci chodzi...

50




- Druid schylił się po kolejnego żołędzia. Otrzepał go z trawy i dorzucił do wiklinowego kosza.
- Eee tam! Tak przyszłam pogadać, dawno się nie widzieliśmy.
Niebo pociemniało, chmury zgęstniały, a liście wzbiły się do góry uniesione wiatrem.
- O czym jeszcze chcesz gadać? - zapytał zimno przedwieczny druid. - Bo jeśli o niczym, to właśnie pogadaliśmy i możesz sobie już iść.
Przestrzeń przeciął jęk. Drzewa próbowały zareagować, ale nieznajoma nierealnie szybkim uniesieniem ręki przypaliła im korony, skutecznie zniechęcając do podjęcia jakiejkolwiek akcji.
Druid zacharczał, a z ust wypłynęła mu gęsta, ciemnozielona ciecz. Próbował się ruszyć, ale nie mógł. Elfka przebiła jego brzuch na wylot. Zrobiła to gołą ręką.
Odrzuciła kapłana jak szmacianą lalkę, która z hukiem uderzyła o pobliski dąb. Drzewo z najwyższą troską osłoniło druida gałęziami.
- Czemu mu pomogłeś?! - zaryczała na druida elfka, jednocześnie stawiając chroniący go dąb w płomieniach.
Lun’Drae Vai poczuł przeszywający ból. Usłyszał przeraźliwy, niemy krzyk drzewa.
- Mogę postawić cały twój las w ogniu!
Kapłan zaśmiał

51




się cicho, a wicher zawiał, zdmuchując szalejące na drzewie płomienie.
- Powiem ci – odezwał się łagodnie. - Ale nie dlatego, że mnie straszysz, a dlatego, że sam chcę. Chcę żebyś wiedziała co widziałem w jego umyśle.
- Co widziałeś?!
I powiedział jej . A ona zbladła.

     *****

52




Wyrazy: Znaki: