Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 51
Dzisiaj w pracowni: 5
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

10. Konwent pt 3 / 3 (wersja 2, poprawiona)ikonka kopiowania

Autor: Fortune twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Głęboko pod ziemią, wydrążonym przed setkami lat gardłem przemieszczała się mgła. Sunęła przed siebie gładko niby wiatr, zgodnie ze ścieżką wytyczoną przez światło pochodni przybitych do skalnych ścian. Mimo dziesiątek ciemnych tuneli odchodzących na boki, mgła trzymała się szlaku, zmierzała ku swojemu celowi, a dokładniej: zmierzał tam korowód widm, który skrywała pod swoim welonem. Zakapturzonych, urzekających jak wypatroszony szczur, sympatycznych jak gruźlica.
Jedno z posępnych widm zachwiało się, zatrzepotało i wypadło z szyku - następnie potknęło się o kamień i wywróciło na płasko.
Owa zjawa - która właśnie klęła coś pod nosem - była dużo mniejsza od pozostałych. Szybko wstała i dogoniła swoją kompanię. Na powrót poczęła wzbudzać pożądaną grozę i robić diaboliczne wrażenie.

      - Pani – Kreator nachylił głowę przed nadciągającą mgłą. Stał na końcu tunelu, tuż pod wielkimi, żelaznymi drzwiami.
Procesja zatrzymała się. Prowadząca widma wystąpiła do przodu, w międzyczasie zamieniając swobodne szybowanie na zgrabny, prowokujący chód o własnych, długich nogach. Nogi były odziane jedynie

1




w kozaki na wysokim obcasie i teoretyczne fałdy peleryny, które ciągnęły się daleko za nimi – w bezpiecznej odległości, tak żeby przypadkiem ich nie ukrywać.
- Panie - odpowiedziała ciemność spod kaptura. Porozumiewała się ludzkim, pociągająco kobiecym choć chłodnym głosem.
Kreator ponownie się ukłonił, a następnie ruchem ręki otworzył wrota i wprowadził mroczny pochód na salę. Przestrzenne pomieszczenie było wydrążone w kamiennej grocie. Do wilgotnych ścian przymocowane było mnóstwo okablowania i kilka lamp jarzeniowych, rozmieszczonych w taki sposób, że znaczna część komnaty pozostawała ukryta w cieniu. Przy dużym, okrągłym stole ustawionym na środku sali siedziała Dedai. Rozprawiała o czymś z towarzyszącym jej dostojnym krasnoludem, starym paladynem, Gaigiem. Pozostałe dziewięć miejsc pozostawało wolnych. W cieniu za orczycą, niemal niedostrzegalnie, stały dwa rzędy najlepszych strażników Bractwa Wygnanych.
Długonogie widmo uśmiechnęło się w duchu - dostrzegła gwardię Dedai bez najmniejszego wysiłku.
Resztka mgły rozwiała się, a wszystkie zakapturzone widma okazały się być zakapturzonymi ludźmi

2




tudzież elfami. Łącznie było ich dwudziestu, ale za nimi, na samym końcu, nadal w kapturach, chował się ktoś jeszcze - goblin i krasnolud.
Maruderzy mieli na sobie takie same, choć w ich wypadku za długie i nieustannie nadeptywane, płaszcze.
- A ci dwaj to kto? – zapytał Kreator.
Prowadząca zjawa nie zdążyła odpowiedzieć.
- Jestem jej mężem – warknął, siłując się z peleryną, Mamnon. – a ten drugi kochankiem! Nie widać?
- Czy my się przypadkiem nie spotkaliśmy? – zainteresował się białowłosy czarodziej, kucając do goblina. Wielki Król/Pirat/Czarodziej/Wybraniec Bogów uspokoił się trochę.
- Mamnon? - odezwała się zza stołu Dedai. - To być ty?
- Niewiarygodne… - Kreator odwrócił się do orczycy, jego twarz wyrażała niedowierzanie. - To naprawdę on?
- Tak. - Goblin dopiero teraz ściągnął kaptur, ujawniając swoją pomarszczoną, czerwoną głowę. - To ja. Żyję i mam się dobrze.
- Wtedy, w jaskiniach... Myśleliśmy, że ty... - dukał Kreator. - Jakim cudem przeżyłeś?
Aisel pamiętał Mamnona, pamiętał też jak dzikie gobliny wciągały go w głąb tunelu do wnętrza góry, zdrapując mu pazurami skórę.

3




Długo potem nawiedzał go ten widok i to, że nie mógł nic zrobić. Nigdy nie przepadał za Mamnonem, ale żałował go tak samo jak wszystkich pozostałych członków tamtej nieszczęsnej wyprawy. Tylu ludzi poległo, a on, mimo że już wtedy nosił tytuł Kreatora, nie potrafił ich uratować. Nigdy sobie tego nie wybaczył. Na dodatek i tak nie udało im się odzyskać Kamienia Wiedzy, Mike stracił rękę, a Dedai stała się tym kim jest teraz. Zawiódł ich wszystkich. Ale przede wszystkim zawiódł swojego mistrza.
- Gobliny strasznie go poraniły, ściągnęły w głąb, ale nie zabiły - odezwała się przywódczyni zjaw. Również zdjęła kaptur ujawniając bladoczerwone usta i ciemnopurpurowe włosy przerzucone przez jedno z ramion.
Kiell… – pomyślał Aisel. Może i potrafiła doprowadzić go do szału, ale widok jej lekko trójkątnej twarzy sprawił, że poczuł ulgę. Dziewczyna miała w oczach ten sam nieustępliwy błysk co zawsze.
Kiell nie przerywała:
– To długa historia, ale gobliny wyleczyły go, a potem Mamnon zdobył przywództwo nad plemieniem. Przynajmniej on tak twierdzi… - spojrzała wymownie na goblina - Ale wszystko wskazuje na to, że

4




to prawda. Z resztą, niech sam wam opowie.
- Zbiegów okoliczności... – parsknął Mamnon. - Wszystko było szczegółowo i precyzyjnie zaplanowane! Od początku do końca. Darujcie sobie wszystkie fałszywe „miło mi cię widzieć”, „cieszę się, że żyjesz” i tym podobne. Jeśli moja obecność budzi w was jakiekolwiek pozytywne odczucia to tylko dlatego, że uspokaja trochę wasze nic nie warte sumienia. Tfu, czarodzieje!
- To prawda – Kiell rzuciła goblinowi krzywy uśmiech.
- Nie, naprawdę się cieszę – odpowiedział zmieszany Aisel. – Ale… Kiell, po co go tak właściwie przyprowadziłaś? Bo wątpię żebyś zrobiła to tylko po to, aby spotkać się po latach. Bez urazy Mamnonie.
- Wiesz gdzie mam twoją urazę -mruknął goblin i skrzyżował ręce na piersi. Za żadnym z czarodziejów nigdy nie przepadał, ale za Kreatorem chyba najbardziej. Zwierzchnik wszystkich, ich sumienie. Najpotężniejszy z magów. Wierzchołek tej zadufanej w sobie piramidy. Najbardziej ruchliwy owsik w tej wielkiej, fałszywej, magicznej kupie.
- Natrafiłam na niego przypadkiem gdy byłam już w drodze do was – Kiell bez pytania rozsiadła się przy stole. Reszta

5




jej korowodu ustawiła się za swoją przywódczynią. Mamnon i krasnolud pozostali w miejscu. - Poza tym, tak jak powiedziałam, Mamnon jest przywódcą całego plemienia, a to oznacza, że ma za sobą całą armię swojego rodzaju. Chyba mi nie powiesz, że nie ma sposobu aby mrowie goblinów nam się nie przydało.
Kreator powoli odzyskiwał rezon.
- Niezorganizowane, niezdyscyplinowane i nieprzewidywalne mrowie, które w każdej chwili może się komuś rzucić do gardła? – uniósł brwi – Ależ skąd, to doskonały pomysł. Powinniśmy zapoznać z nimi wszystkich tych, na których nam zależy. Zacznijmy od tych bezbronnych.
Orczyca milczała z nieodgadnioną miną. Stary paladyn obok podobnie.
- Potrzebujemy każdego przydatnego sojusznika – obstawała przy swoim Kiell. - Poza tym, dwa pozostałe miejsca, które miałam przydzielone niestety się zwolniły. Mieliśmy... Małą przygodę. Natrafiliśmy na flotę Mechanicznego Lisza. Tak czy inaczej, zaproponowałam te miejsca Mamnonowi i temu drugiemu karzełkowi. – Niedbale wskazała na krasnoluda.
- Karzełkowi? - Krasnolud zdecydowanie odrzucił płaszcz.
- A ten to kto znowu? – zapytał mistrz Gaig,

6




mierząc nieznajomego wzrokiem.
Kiell założyła nogę na nogę, zupełnie nie spiesząc się z odpowiedzią. Kreator wiedział, że zwlekała celowo, prowokowała ich. Na wszystkie diabły jak ona potrafiła go denerwować!
- To... – podjęła w końcu.
- Sam się przedstawię! - burknął krasnolud, nie pozwalając jej dokończyć i sprawiając tym samym niemałą satysfakcję Aiselowi. Nieznajomy krasnolud ukłonił się krasnoludowi siedzącemu przy Dedai – Wasza wysokość. - następnie samej Dedai - Wasza... Znakomitość? Potężność? W każdym razie, wyrazy szacunku. – Tamta dwójka odpowiedziała tym samym. - Nazywam się Franz Strauss. Służyłem na Nautice, mniemam, że słyszeliście o niej.
- Dezerter? - zgadywał Aisel. Znał to nazwisko bardzo dobrze, ale póki co nie zamierzał się z tym ujawniać.
- Uchodźca polityczny - sprostował Franz.
- Służyłeś? - odezwał się, wyraźnie rozbawiony, mistrz-paladyn Gaig. Wstał. - Ciekawie dobierasz słowa, panie „uchodźco”. Zaiste na Nauticę są ci, którzy służą i ci, którym się służy. Ci którzy wykorzystują i ci wykorzystywani. Coś mi się nie widzi jednak, że należysz do tych

7




pierwszych. A i nazwisko się zgadza. Strauss... Jeden z czterech braci, czterech najznakomitszych cesarskich inżynierów. Jeden z czterech, którzy wiele mają na sumieniu.
- Mam nie mniej i nie więcej na sumieniu od kogokolwiek innego w tej sali – obruszył się Franz. – Wykonywałem polecenia, które mi dawano, ale nigdy z satysfakcją i zawsze starając się ocalić tylu ilu mogłem! A kiedy już nie mogłem, wolałem uciec i zdać się na tułaczkę, będąc ścigany Cesarskim Słowem! Tak oto i jestem tutaj, cokolwiek sobie o mnie nie myślisz, wasza wysokość – Franz ukłonił się nisko. – Tak jak i ty, pozostałem wiernym sługą Terii. I tak jak i ty, przysięgałem przed królem Krawslussem, że pozostanę do śmierci. Powiedz tylko słowo, a z radością zakończę służbę.
- Z przyj...
- Nie ma takiej potrzeby - wtrącił się szybko Kreator. – Pomimo antypatii wszyscy jesteśmy obecnie po tej samej stronie. Przynajmniej mniej więcej. Tak czy inaczej, nie mamy sojuszników, z których moglibyśmy wybierać. A czasem nawet musimy podejmować dość... desperackie decyzje. - Kiell dostrzegła jego zawahanie.
- „Desperackie”? – natychmiast

8




wyłowiła słowo, jakby było paskudnym włosem w talerzu zupy, ale zaraz zmieniła temat. - Zgadzam się, nie ma sensu się kłócić i robić sceny. Bądźmy szczerzy, Konwent dojdzie do skutku i nie udawajmy, że może być inaczej. Nie mamy wyjścia, czy nam się to podoba czy nie. Tak samo czy nam się podobają kandydaci, wszyscy będziemy zmuszeni być swoimi sojusznikami. Nawet jeśli Cesarz nie wybije wszystkich czarodziejów, po nim przyjdą kolejni. – zachichotała niewinnie – O ile wszystkiego do tego czasu nie spalą smoki. Możemy albo przystąpić do Konwentu i zareagować albo liczyć na ich łaskę.
- Dokładnie – zawtórował Kreator, starając się unikać jej spojrzenia. Wiedział, że Kiell wróci do tych „Desperackich decyzji” później, kiedy będzie mogła sobie pozwolić na więcej niż teraz. Miał tylko nadzieję, że Mike zdąży do tego czasu wrócić i lepiej dla Aisela żeby Mike był cały i zdrowy.
Po sali rozszedł się zgrzyt otwieranych wrót. Weszła nimi grupka, którą prowadził Har’vi.
Kreator zajął miejsce przy stole, tuż obok Kiell. Starając się nie patrzeć w jej stronę, skupił wzrok na nadchodzących gościach.

9





Dedai skinęła na kogoś w cieniu i z mroku zaczęła wyłaniać się służba, zastawiając stół winem i owocami.
- Chyba nie ma tu Mikego, prawda? – mruknęła Kiell do Kreatora. - Na pewno nie byłbyś aż tak głupi żeby go w to mieszać. To zbyt poważne sprawy jak na niego.
- Cóż... - Kreator bez przekonania podrapał się po głowie. – On bardzo się zmienił, ukończył szkolenie. Jest naprawdę niezłym czarodziejem. Ale nie musisz się martwić. Nie ma go tu. – Przełknął z trudem ślinę.
- Cieszę się. – Kiell, uspokojona trochę, sięgnęła po puchar.
- Negocjujemy też z Grellgorem, wiesz? – Aisel sięgnął po swój.
- Doprawdy? – parsknęła ludka. – Arcylisz miałby przystąpić do Konwentum Magium? Ciekawi mnie co za głupiec wybrałby się na takie negocjacje!
- No… - Kreator zaśmiał się nerwowo – właśnie ciekawa sprawa, bo Mike. To ci dopiero… – Spróbował zrobić dobrą minę. Nie udało się.
- Co?! – Kiell z hukiem odstawiła puchar, nie przejmując się tym, że zwraca na siebie uwagę. Na szczęście dla Aisela, sytuację przerwał mistrz Gaig, głośno witając Har’vi’ego i gości z Askerd:
- Mistrz

10




Bartiani! Mistrz Alcuic! To zaszczyt, niezmiernie nam miło, że panowie przybyli!
- Wrócimy do tego – groźba Kiell była niema, ale wyraźna mimika nie pozostawiała wątpliwości co do jej słów.
- I nam również - odpowiedział mistrz Bartiani, wąsaty troll w zupełnie nie-odświętnej, luźnej todze, owinięty pstrokato-kolorowym szalikiem. - Mistrzu Gaig, wyrazy ubolewania z powodu Akademii Matki Ziemii.
Paladyn wyglądał na zdziwionego. Wszyscy pozostali podobnie.
- O czym mistrz mówi? – wydusił z siebie. - Nie było mnie tam od dobrego roku. Czy coś się stało?
- A więc nie wiesz... – z żalem dołączył mistrz Alcuic, wysoki elf z długimi, jasnymi włosami, gładko zaczesanymi do tyłu. Ubrany był w odświętny, niebiesko-żólty mundur, tradycyjny dla Askerd.
Ich świta miała identyczne mundury i ustawiła się tuż za swoimi reprezentantami. Składała się z trolli, elfów i paru orków. Aiselowi natychmiast rzuciły się w oczy ich pięknie żłobione różdżki, wepchnięte za eleganckie, szerokie pasy. On rzadko korzystał z jakiegokolwiek rodzaju broni wzmacniającej, ale doskonale zdawał sobie sprawę z jej skuteczności. Taki oręż w

11




ręce wprawnego czarodzieja stawał się po stokroć bardziej śmiertelny niż miecz, karabin i nierzadko nawet statek powietrzny. Dodatkowo w wypadku Askerdczyków, każda różdżka była zmodyfikowana tak aby idealnie odpowiadać charakterowi i stylowi czarowania właściciela, co czyniło z nich jeszcze bardziej nieprzewidywalnych przeciwników.
- Nie bez powodu nazywa się ich szkołą pojedynkowiczów – pomyślał Kreator. Jego mistrz zawsze kręcił nosem kiedy podczas różnych okazji dostawał wyzwanie od kogoś z tajemnego Uniwersytetu, a zgodnie ze zwyczajem niemal na każde musiał odpowiadać. Askerdczycy byli nieprzyjemnymi i niewygodnymi przeciwnikami nawet dla osławionego, poprzedniego Kreatora. Aisel jeszcze nigdy nie pojedynkował się z żadnym z nich, ale był świadkiem kilku takich walk i paskudnych okaleczeń jakie powodowały ich różdżki. Lubił wyzwania, ale walkę z kimś z Askerd wolałby sobie odpuścić.
- Bardzo żałuję - wyjaśniał mistrz Bartiani, po przywitaniu się i wymianie uprzejmości ze wszystkimi - ale Akademia Ziemii została całkowicie zniszczona sześć miesięcy temu. Nikt nie przeżył. Wojska cesarskie wtargnęły do szkoły

12




i dały tak nauczycielom jak i uczniom wybór. Jak się pewnie wasza wysokość spodziewa, nikt nie zdecydował się wystąpić ze szkoły, więc wszystkich wymordowano, a gmach zburzono i zalano wszelkie pozostałości.
Mistrz Gaig zacisnął pięści tak, że aż pobielały.
- To dlatego nie mogliśmy się z nimi porozumieć... Kto?! Kto wydał taki rozkaz, kto tym dowodził?!
- Dowodził jakiś admirał – wyjaśnił Alcuic, sięgając do misy z owocami i wyciągając gruszkę - ale rozkaz poszedł bezpośrednio od samego Cesarza, mamy pewność.
- Nie spodziewałem się, że będzie miał czelność dopuścić się czegoś takiego - powiedział przez zaciśnięte zęby mistrz Gaig. – Nawet on.
- Przepraszam, że przerywam – wtrącił się do rozmowy, pozostający z boku, Har’vi. Trzymał w dłoni błyszczący kamień.
- Co być? – zapytała, milcząca do tej pory, Dedai.
- Pani, wasz przyjaciel wraca.
- Kiedy?
- Tak za... Teraz. - Har’vi jęknął i odrzucił rozpalony Okruch Czarnego Lodu w kierunku gdzie było najwięcej wolnej przestrzeni.
Kamień upadł na ziemię, odbił się parę razy i przetoczył w kąt. Bez eksplozji, bez błysków, ku zaskoczeniu

13




wszystkich bez niczego efektownego. Po prostu spalał się powoli.
- Czasem zdarzają się odstępstwa – tłumaczył warlock, dmuchając na oparzoną rękę.
Nagle kamień błysnął i zalał pomieszczenie świetlistymi promieniami. Z wybuchu światła wyleciała sylwetka, wpadając na stół i zgarniając z niego wszystko, poza pucharem Aisela, który ten zdążył w ostatniej chwili podnieść. Aisel ze spokojem pociągnął łyka.
- Mike?! – zdziwiła się Kiell.
- Kiell… – zdziwił się Mike. Wydawało się jakby dopiero odzyskiwał przytomność.
Rodzeństwo nie miało okazji do kontynuowania rozmowy, bo z światła wystąpił ktoś jeszcze. Ktoś wysoki, rogaty, otoczoną aurą zimna i śmierci. Nie miał dobrych intencji.
- No proszę - nie ukrywał zdziwienia Har’vi. - Kto by się spodziewał, że naprawdę go przekona.
- dzięki... – odparł Mike, powoli dochodząc do siebie. – Nie ma to jak wiara i wsparcie.
W jego kierunku poszybowała ogromna, lodowa lanca. Zmiażdżyłaby czarodzieja wraz z całym stołem, ale kilka centymetrów przed celem rozprysnęła się na tysiące kropelek, ochlapując wszystkich dookoła... Prawie wszystkich, bo Kreator

14




znajdował się kilka kroków dalej, tuż za strefą zmoknięcia.
Mike odetchnął i spojrzał na zupełnie spokojnego Aisela. Jego mistrz w ostatniej chwili przemodelował zaklęcie nieumarłego.
- Dzięki - powiedział Mike.
- Drobiazg. – Kreator pociągnął z pucharu i odstawił puste naczynie.
Straże Dedai wyłoniły się z cienia, widma Kiell zarzuciły kaptury i przybrały widmowe formy, a gwardia Askerd dobyła różdżek, jednak przywódcy wszystkich tych stronnictw zdecydowanie dali znać, aby ich ludzie pozostali na miejscach i nie atakowali. Wiedzieli, że każda najmniejsza decyzja ma teraz ogromne znaczenie i lepiej nie działać pochopnie.
- TY... - warczał Arcylisz, rozsiewając po pomieszczeniu coraz więcej szronu i lodu.
- Jeden moment! - głośno zainicjował Aisel, wchodząc na stół i zasłaniając Mikego. – Jeśli mogę, rozumiem, że sytu...
Lodowa kula wystrzelona w jego stronę była wyraźnym sygnałem, że nie może. Z posadzki tuż przed Aiselem wyrwała się kamienna ściana, która przyjęła atak na siebie. Hukowi rozbijanego lodu towarzyszyła widowiskowa kaskada migoczących odłamków.
- Nie wszystko poszło zgodnie z planem -

15




ostrzegł Mike.
- Doprawdy? – zapytał Aisel, rozciągając palce. – Dzięki, nie domyśliłem się. Tak w ogóle, na pewno miałeś precyzyjnie przygotowany plan na to wszystko, prawda?
- No... Cóż, planem było go sprowadzić. – Mike wskazał rękoma na ścianę z posadzki, za którą znajdował się lisz. – Proszę! Sprowadziłem.
Aisel westchnął.
Mike, wykrzywiając się z bólu, stanął w gotowości tuż obok mistrza i wyciągnął rewolwer. Obaj czekali aż ściana z posadzki swobodnie się rozleci.
- A możecie przynajmniej zejść ze stołu? - trzeźwo zapytał Har’vi.
Problem stołu został roztrzaskany na drzazgi za pomocą kolejnej lodowej eksplozji. Warlock westchnął z zawodem.
Do Kreatora i Mikego - którzy odskoczyli w bok - wojowniczo doskoczyła Kiell. Machnęła ręką, a jej włosy zaplotły się w kłos, tak żeby nie przeszkadzać podczas starcia. Widma z Czarnej Cytadeli drgnęły niespokojnie, ale przywódczyni nakazała im pozostać w miejscu i czekać.
Mike uśmiechnął się do niej - jej zdaniem arcygłupio. Pozostali goście nie sposobili się do potyczki. Oni – tak samo z resztą jak Kreator i Kiell - wyczuwali, że dzieje

16




się coś do czego nie mają prawa się wtrącać.
Wybraniec Bogów, Mamnon, na ogromne szczęście Arcylisza gdzieś zniknął.
- POJEDYNEK SIĘ NIE SKOŃCZYŁ!
- Czy ty wyzwałeś go na pojedynek? - zapytała z niedowierzaniem Kiell. - Nie byłbyś aż tak głupi, prawda?
- No... Nie miałem wyjścia.
- Ale nie włączyliście w to żadnej stawki, prawda? – dodał nerwowo Kreator.
- Nie, no coś ty! - stanowczo zaprzeczył Mike, dodając po chwili cicho - tylko moją duszę...
- Co?! - Reakcja Kiell była dokładnie taka jakiej się spodziewał.
- Spokojnie – rzucił z całkowicie nieprzekonującą pewnością Mike i wystąpił do przodu. - Mam plan.
- Zabiję go - zarzekała się Kiell. – Zatłukę własnymi rękami!
Reszta Konwentu wyczekująco wpatrywała się w wydarzenia.
- Grellgor! – zawołał Mike, wychodząc naprzeciwko nieumarłego. Odwrócił się jeszcze na chwilę w kierunku Kreatora i Kiell i wymownie uniósł kciuk w górę. Rzeczywiście wyglądał arcygłupio.
- JESTEŚ GOTOWY NA ŚMIERĆ?
- Nie, absolutnie nie! - odparł radośnie Mike. - Poddaje się!
Wszyscy skamienieli. Niektórym z wielkich magów szczęki opadły do ziemi. Zapadła

17




cisza.
Har’vi wymienił spojrzenia z Kreatorem, ale Aisel był w takim samym szoku jak reszta.
- PRZEPRASZAM, CHYBA NIE ZROZUMIAŁEM.
- Dobrze zrozumiałeś - potwierdził z głupim uśmiechem Mike. - Poddaje się!
- OKEEEJ - odpowiedział powoli Upadły Paladyn, nieco zbity z tropu. - TO... CO TERAZ?
- No nic. Koniec pojedynku! - wyjaśnił Mike. - Przegrałem. Żarty żartami, ale zgodnie z zasadami wygrałeś moją duszę.
Kiell uderzyła się w czoło.
- Zmienił się? Dobre sobie! – wrzasnęła prosto do ucha Aisela.
Aisel, rozcierając ucho, zaczął się powoli uśmiechać. Zaczynał pojmować sytuację.
- W TAKIM RAZIE... - Grellgor zachłannie wyciągnął rękę. – TWOJA DUSZA…
- Jeden moment! - Mike odskoczył do tyłu i wyciągnął przed siebie zakazujący palec. - Nie ustaliliśmy terminu. Owszem, możesz ją sobie zabrać, ale domyślnie dopiero jak umrę. Nie spieszy mi się z tym.
- TY... TO NIEHONOROWE!
Kreator nie wierzył własnym oczom. Jakim cudem to mogło zadziałać... A jednak. Nawet jeśli Grellgor był głodnym uosobieniem Śmierci, nie był głupi. Był teraz otoczony najznakomitszymi magami, których wcześniej od wkroczenia do

18




akcji powstrzymywał trwający pojedynek. Ale teraz pojedynek się skończył. Upadły zabiłby kilku z nich, ale koniec końców nawet on, nawet wielki Arcylisz by przegrał. A dusza Mikego… Przecież i tak jest już stracona. Prędzej czy później Grellgor upomni się o nią. Zwykle w takich wypadkach wymuszano przyspieszenie spłaty długu, ale na pewno nie było sensu narażać się za to teraz. Poza tym pozostawała jeszcze kwestia ewentualnej zemsty na chłopaku za ściągnięcie Arcylisza tutaj. Mike zasługiwał na więcej niż śmierć, jednak żeby mu to kiedyś dostarczyć, Grellgor musiał najpierw wyjść z tej sytuacji cało.
Sprytnie jego uczeń to wszystko rozegrał, naprawdę sprytnie. Choć Aisel sam nie był pewny ile było w tym sprytu, a ile ślepego szczęścia.
- Niehonorowe? Ojej - odparł Mike z udawanym żalem. – Czekaj, jak to było… Pozwolę sobie zacytować z pamięci: „Wiesz gdzie mam honor? I twoją opinię o mnie?”
- MAGOWIE TAK NIE ROBIĄ!
Mike nie odpowiedział. Mimo że na ten moment wszystko wyglądało relatywnie dobrze, wiedział, że nie może się jeszcze czuć bezpiecznie. Mimo iż wyczuwał, że rozsądek i cierpliwość powoli

19




przejmowały kontrolę nad instynktami Arcylisza, przesuwał się w kierunku gwardii Uniwersytetu Askerd. W razie czego, to oni wyglądali najgroźniej. Poza tym jakby komuś miało się coś stać, ich, w przeciwieństwie do reszty, widział pierwszy raz na oczy.
- TY... – Arcylisz warczał nienawistnie, ale jego furia, bardzo powoli, zdawała się ulatywać. Wbił w posadzkę swój lodowy miecz, dając wyraz wściekłości.
Askerdczycy schowali różdżki za pasy, ale nie spuszczali z nich dłoni.
To może ja… Pokażę panu pańską komnatę – potulnie zaofiarował się Har’vi.

***

      Elfka zaklęła paskudnie i jeszcze raz spojrzała na wypełniony żołędziami koszyk. Długo jej zajęło zbieranie, a druida jak nie było, tak nie ma. Szukała go po zagajniku od dobrych kilku dni, dźwigając ten nieszczęsny koszyk ze sobą.
- Szukasz kogoś? – w końcu usłyszała znajomy głos. Za niedalekim dębem pojawiła się sylwetka Lun’Drae Vai.
- Ja… - zaczęła ze specyficzną manierą towarzyszącą komuś kto bardzo, ale to bardzo chciałby być niemiły, ale z jakichś powodów musi brzmieć sympatycznie. Mogła przynajmniej brzmieć tak bardzo sympatycznie

20




żeby druga osoba wiedziała jak jest naprawdę. - Chciałam przeprosić. Za nasze ostatnie spotkanie. – Wykrzywiła twarz.
Drzewa zaszumiały. Były oburzone faktem, że czerwono-włosa śmie się tu pojawiać. Elfka wzięła głęboki wdech, próbując zachować cierpliwość.
- Przyniosłam coś – oznajmiła i wystawiła przed siebie kosz, odwracając głowę.
No bierz to w końcu, dziadu... – niecierpliwiła się w myślach.
Lun’ Drae Vai wystąpił zza pnia, a drzewa nachyliły się z ciekawością. Kiedy zobaczyły zawartość kosza okazało się, że jednak nie są oburzone aż tak bardzo. Uwielbiały żołędzie zebrane z ziemi.
Druid już wyciągał ręce po kosz, kiedy coś zaszumiało w krzakach. Wybiegł z nich mały, zielony lisek - trzymał w pyszczku malutki żołądź, który z wielką ekscytacją chciał wręczyć czerwono-włosej elfce.
Elfka zaklęła na małą istotę, która miała czelność jej przeszkodzić. Wyciągnęła rękę w kierunku paskudy, z zamiarem jej doszczętnego spopielenia.
Po niebie przeskoczyła głośna błyskawica.
- Na wiele mogę pozwolić jeśli chodzi o mnie – powiedział niskim głosem druid. - Ale nawet nie próbuj

21




go dotykać.
Oganj z niezadowoleniem opuściła dłoń.
- Tak czy inaczej, rozumiem, że przyjmujesz prezent, tak? Bierz to i jest już między nami okej, zgadza się?
Lun’Dra Vai spojrzał na nią podejrzliwie.
- Sama wpadłaś na ten pomysł?
- Może - przytaknęła bez większej uwagi. - To jak?
- Jest - burknął druid, biorąc na ręce małego liska - okej.
Drzewa usilnie starały się ukryć swoje zainteresowanie koszykiem.
- Jeśli mogę zapytać – druid uniósł zielone brwi – jestem naprawdę ciekaw, to był całkowicie twój pomysł?
- No… Może nie aż tak całkowicie. A co, nie podoba ci się koszyk? – Wyciągnęła ręce w kierunku podarku. – W takim razie oddawaj!
- Podoba – odparł pospiesznie Lun’Drae Vai. – Jestem po prostu ciekaw, kto mógł cię przekonać do przeprosin.
- Nie przypominam sobie abym za cokolwiek przepraszała – zdziwiła się Oganj. – „Chciałam przeprosić”, a to jest różnica.
- No dobrze, niech ci będzie. Ale jednak ktoś nakłonił cię do przyniesienia tego kosza.
- Chodzi ci o to czy to był Bob, tak?
Druid wzruszył ramionami.
- Tak, to był jego pomysł. Mogę już iść?
- Nikt cię tu nie

22




trzyma. – Lun’drae Vai wypuścił liska na ziemię, a ten pobiegł spowrotem w krzaki. Oganj zupełnie zignorowała zwierzaka. Druid kontynuował - wiesz, to dość ciekawe, że pradawny bożek tak do ciebie przylgnął. Ciekawe co on w tobie widzi?
- Poza wdziękiem, inteligencją i przebojowością? – udała zastanowienie. - Nie mam zielonego pojęcia.
- Masz szczęście, że go masz. Chociaż chyba nie zdajesz sobie z tego sprawy.
- Tak, chyba niezbyt. To ja lecę. – Elfka odwróciła się z zamiarem odejścia.
Druid uśmiechnął się z politowaniem.
- chcesz go zabrać ze sobą? – zapytał.
Oganj zatrzymała się.
- Nie zapominaj, że czytam w myślach – wyjaśnił Lun’Drae Vai. – Wiem, że chcesz wyruszyć, aby odnaleźć tego chłopaka, młodego Kreatora. A ty wiesz, tak samo dobrze jak ja, że raczej mało prawdopodobne jest, że powstrzymasz przepowiednie. Poza tym…
Oganj wbiła w niego rozpalone spojrzenie.
- Poza tym co? – warknęła.
- Nikt nie może zmienić przeznaczenia, nawet istota tak potężna jak ty.
- To się jeszcze okaże – wycedziła smoczyca i odeszła.

     ***

      Dedai ogłosiła kolejną przerwę. Tym razem Mike dostrzegł

23




swoją szansę, w końcu zdarzył się moment, w którym Kiell i Aisel jednocześnie byli zajęci i nie zwracali na niego uwagi. Powoli, starając się pozostać względnie niezauważonym, przesuwał się do drzwi aż opuścił salę. Obradowali od dobrych kilku godzin i czarodziej zaczynał już zasypiać, musiał odetchnąć świeżym powietrze.
Jednak oddalanie się od pozostałych magów było nie do pomyślenia dla Kiell, a Aisel, najwyraźniej nie chcąc jej zachodzić za skórę, posłusznie przytakiwał. Mike musiał więc pozostawać w sali obrad. Rozumiał to, wiedział, że Arcylisz raczej nie odważy się go zaatakować przy wszystkich. Jak dotąd Grellgor zachowywał się podejrzanie spokojnie, obradował jakby nigdy nic się nie wydarzyło, jakby nie został tu ściągnięty siłą, ale nawet Mike przeczuwał, że nieumarły nie zamierza tego tak zostawić. Dopóki nie zorientują się jaki ma plan, Mike będzie musiał mieć oczy dookoła głowa. Ale siedzenie w tej zakichanej sali stało się prawdziwą torturą... Na całe szczęście zdążył już dobrze poznać tunele podziemnego miasta, w nich powinien być bezpieczny.
Skręcił w jeden z rzadziej

24




uczęszczanych korytarzy. Nawet wśród Bractwa Wygnanych mało kto wiedział o tym, że można tędy trafić na powierzchnię. Mistrz Gaig pokazał mu tą ścieżkę jeszcze zanim chłopak wyruszył do Nekropolii. Honor paladyna kazał mu zaproponować Mikemu, że on sam chętnie wyruszy do Nekropolii, ale Mike musiał odmówić. Wiedział, że przez sentyment nieumarłego to właśnie Mike ma największe szanse na sprowadzenie go, choć wolałby aby odbyło się to inaczej niż się odbyło…
Przynajmniej Kiell wydawaje się dobrze bawić. - Uśmiechnął się w duchu. Negocjacje, subtelne naginanie innych do swojej woli… Ona, w przeciwieństwie do brata, uwielbiała takie rzeczy. Dodawały jej energii. Mimo zgrzytów między nimi, cieszył się, że się pojawiła, nie tylko dlatego, że była potężnym wzmocnieniem dla sojuszu, ale dlatego, że mógł ją w końcu zobaczyć.
Odwiedzenie Kiell w jej niesławnej Czarnej Cytadeli nie wchodziło w grę. Forteca była schronieniem dla najgorszych kryminalistów, a to i tak był tylko jeden z wielu powodów dla których była szalenie niebezpiecznym miejscem. Kiedy Kiell przejęła przywództwo wprowadziła wiele zmian i

25




unowocześnień, ale Czarna Cytadela nadal wiernie hołdowała większości dawnych tradycji - zgodnie z planem jego siostry. Kiell konsekwentnie twierdziła, że dużo lepiej jest trzymać najniebezpieczniejsze męty w jednym miejscu, do tego głupotą byłoby nie wykorzystać tego, że można ich mieć po swojej stronie. W przeciwieństwie do Mikego, wierzyła, że natury niektórych nie da się zmienić. Że jedyne co można zrobić to albo się ich pozbyć, albo subtelnie nimi kierować. To drugie, o ile okazywało się możliwe, miało jej zdaniem nieporównywalnie większą wartość.
Mike poczuł uderzenie zimnego powietrza, wyjście było tuż za zakrętem. Tunel wychodził na małą półkę, przyczepioną do stromego, górskiego zbocza. Olbrzymie świerki maskowały wejście, ale fortunnie nie zasłaniały wspaniałego widoku jaki się stąd rozciągał. Ostre, białe szczyty wyrastały z pofałdowanego dywanu lasów. Czarodziej odetchnął głęboko, napełniając płuca orzeźwiającym zapachem igieł, kory i żywicy. W ciągu ostatniego roku zdążył nawet polubić Puszczę.
Z zadumy wyrwało go skrzypienie śniegu, ktoś nadchodził.
- Jednak to miejsce nie jest

26




aż takie tajne jak myślałem – rzucił Aisel. – Ty tutaj? Myślałem, że nie dasz się oderwać od stołu!
Mike nie odpowiedział, westchnął tylko z wyczerpaniem. O dziwo jednak, mistrz nie robił mu wyrzutów o ucieczkę. Zamiast tego podszedł i również wpatrzył się w malowniczy pejzaż.
- Cierpliwe siedzenie i dyplomatyczny dialog nie są dla ciebie? W życiu bym się nie spodziewał.
Mike uśmiechnął się lekko.
- Widzę, że nie ubyło ci na złośliwości, mistrzu.
- Daj spokój, wiesz, że to tylko z sympatii. – Kreator również się uśmiechnął. - I nie zapominaj, że nie jestem już twoim mistrzem.
Po twarzy Mikego przeskoczył grymas zawodu.
- Coś nie tak? – podchwycił to Kreator.
- Sam nie wiem. Nie wydaje mi się abym był gotowy. Aby przyjąć własny tytuł, ukończyć trening.
- A to niby dlaczego? – szczerze zdziwił się Aisel.
- Kiedy rozstawaliśmy się ostatnim razem, poleciłeś mi, abym odnalazł własną ścieżkę. Tylko że… Ja nawet nie wiem gdzie zacząć.
- O, to ciekawe… - Kreator zastanowił się głęboko. - Mi też prawie umknęło, że dostarczyłeś Arcylisza na obrady. No i ktoś mógłby nie zauważyć tego

27




jednego czy dwóch czarodziejów, których uratowałeś przed pewną śmiercią. No i nie wspominajmy o Atlantydzie i wszystkich okruchach jakie znalazłeś żeby podtrzymać jej funkcjonowanie.
- Wiem jak to wygląda, ale zrozum – przekonywał Mike – to wszystko samo się tak poukładało. Przypadkiem spotkałem tamtych wszystkich magów, tutaj przybyłem bo ty mi poleciłeś, a do Nekropolii wyruszyłem, bo byłem najrozsądniejszym wyborem. To nie ja sprawiłem te rzeczy, ja po prostu byłem niedaleko. Naprawdę nie mam pojęcia co robić, miałem po prostu mnóstwo szczęścia.
- Chyba rozumiem… - Aisel pokiwał głową.
- Tak?
- Tak. Zdecydowanie siebie nie doceniasz!
- Ale…
Kreator przerwał mu gestem ręki.
- Powiedz mi – podjął spokojnie Wielki Mag – ale zastanów się nad tym najpierw, dlaczego właściwie to zrobiłeś?
- Co takiego?
- Dlaczego spędziłeś w Terii ostatnie miesiące. A potem, dlaczego odpowiedziałeś na moją prośbę? Dlaczego wyruszyłeś do Nekropolii? Dlaczego zrobiłeś te wszystkie rzeczy, musiałeś przecież wiedzieć, że nikt nie będzie cię do tego zmuszać.
- Ja… Zrobiłem to, bo wydawało mi się, że tak

28




właśnie należy.
- A mi się wydaje – Aisel uśmiechnął się – że to właśnie jest odpowiedź, której szukasz. „Robić to co należy” to całkiem dobre miejsce „gdzie zacząć” jeśli chodzi o czarodzieja. To były twoje wybory, nikogo innego. Nie musiałeś tego robić, a jednak zrobiłeś.
- Tak, ale zrozum…
- Mike – ponownie przerwał mu Kreator – to ty zrozum: nie wszystko w życiu jest jasne, pewne, oczywiste. Wiem, że szukasz czegoś takiego w służbie czarodzieja, ale bardzo rzadko uda ci się to znaleźć. Zwłaszcza w kwestii „co należy robić”. Nie wiem czego się spodziewasz, ale zwykle jedyne co mamy to mglisty kierunek, nierzadko jedynie jego cień. Czarodzieje nie różnią się w tym niczym od nie-czarodziejów. I rozumiem chęć poszukiwania tej pewnej, dobrej ścieżki, ale zapewniam cię, że niepewność, wątpliwości to całkiem normalna sprawa i towarzyszą każdemu. Do czasu aż ten ktoś ich nie zaakceptuje. – Położył Mikemu rękę na ramieniu. - Dopiero wtedy odpływają i wszystko nagle staje się jaśniejsze.
- Taaaak… - przytaknął Mike i podejrzliwie pokiwał głową.
- Nie rozumiesz, prawda?
Mike

29




rozłożył ręce.
- Cóż, nie jestem w stanie ci tego wytłumaczyć…
- No, ewidentnie nie jesteś.
- Nie, nie w ten sposób nie jestem! Tego po prostu nie można wyjaśnić, to trzeba poczuć. Sam to poczujesz... – złośliwie staksował Mikego wzrokiem i uniósł jedną brew – Chociaż, ty może nie. Swoją drogą – zmienił nagle temat -podejrzewam, że twoja siostra się o ciebie niepokoi. Sugeruję, abyś poszedł dać jej do zrozumienia, że nic ci się nie stało. Jest chyba jedyną osobą, która tak bezczelnie będzie suszyć Kreatorowi głowę.
- Zaraz pójdę. Przez minutę niewiele się zmieni.
- Natychmiast.
Mike był zdezorientowany. Kreator rzadko przejawiał taką stanowczość, ale kiedy to robił, nie było sensu zadawać pytań. Ukłonił się tylko i odszedł. Aisel odprowadził Mikego wzrokiem aż ten rozmył się w ciemnościach korytarza.
- Długo już tu stoisz? – rzucił w przestrzeń Kreator. Już jakiś czas temu poczuł, że ktoś poza nimi postanowił się nacieszyć górskim powietrzem, ale wtedy ten ktoś stał dużo dalej. Ten ktoś był martwy.
Upadły Paladyn opierał się o drzewo powyżej wejścia do tunelu, w którym przed

30




momentem zniknął Mike.
- Chwilę – odparł cmentarnym głosem, wypuszczając lodową mgiełkę z wnętrza rogatego hełmu. – Choć nie wiem skąd to pytanie, założę się, że od razu wyczułeś moją obecność. Twój talent w wyczuwaniu aur jest powszechnie znany, wasza ekscelencjo – dodał, ale w tytule nie było przekąsu. – A moja aura jest dość wyraźna i raczej ciężko ją ukryć.
- Możemy podarować sobie tytuły? – zapytał z irytacją Aisel. – Znaliśmy się kiedyś. No chyba, że wolisz, abym również w jakiś sposób cię tytułował.
- Obejdzie się – odparł Grellgor i zeskoczył do Aisela.
Aisel, starając się z tym nie zdradzać, skoncentrował uwagę i przybrał gotowość do walki.
- „Znaliśmy”? – zdziwił się Upadły i wpatrzył się w góry. Kreator nie spuszczał z niego wzroku.
- Spędziliśmy trochę czasu w swoim towarzystwie. Wydawało mi się, że można powiedzieć, że się „znaliśmy”.
- Ależ oczywiście – odparł Arcylisz, cały czas skupiony na krajobrazie. – Wcale tego nie neguję. Zastanawiało mnie raczej skąd ten czas przeszły.
Przed kilkoma laty, podczas ostatniego Konwentu, zorganizowano

31




wyprawę, która miała na celu odnalezienie i odzyskanie potężnego artefaktu, zwanego Kamieniem Wiedzy. Tuż przed śmiercią jego mistrz, poprzedni Kreator, polecił Aiselowi, aby ten dołączył do wyprawy. Aisel, dopiero co przyjmując tytuł Kreatora, wyruszył zgodnie z poleceniem. Ścierając się z wieloma śmiertelnymi zagrożeniami naturalnie zżył się z członkami misji, a Grellgor nieraz udowodnił, że zasługuje na jego szacunek i względne zaufanie. Jednak to było dawno, a aura nieumarłego nie była wtedy aż tak mroczna jak teraz.
- Wybacz, ale sam rozumiesz, nie wiem czego się po tobie spodziewać.
- Naturalnie. W końcu jestem nieumarłym, Panem Nekropolii, Arcyliszem. Ucieleśnieniem śmierci.
- Zrodzonym podczas burzy, dzwoniącym łańcuchami i i te inne, wiem – dodał ze znudzeniem Aisel. – Myślałem, że darujemy sobie tytuły. Sam rozumiesz, sprowadzono cię tu wbrew woli.
- Hmm... - lisz zastanowił się – „Wbrew woli”?
- Zaraz… - Kreator drgnął i zrozumiał nagle. Jedyną znaną mu osobą władającą czarnym lodem był Grellgor. Tylko on mógł spreparować okruch czarnego lodu, który przeniósł Mikego do Nekropolii i...

32




który sprowadził Upadłego tutaj. - Ty chciałeś się tu zjawić!
Dłonie maga rozbłysły światłem, a on sam przyjął pełną postawę do walki. Powietrze ścięła lodowa aura, w której zaroiło się od błyszczących kryształków, a w dłoni Upadłego Paladyna skrystalizował się lodowy miecz z dziesiątkami paskudnie powykrzywianych zębów.
- NIE MAM ZŁYCH ZAMIARÓW – uspokajał lisz głosem, który sprawiał, że dorośli musieliby przez jakiś czas zasypiać przy zapalonym świetle.
- Oh, ja też nie – odparł Aisel i uniósł jaśniejące ręce. Ku jego zaskoczeniu miecz Arcylisza rozpłynął się w błyszczącą chmurę, a aura lodu zanikła.
- Naprawdę – powtórzył swoim posępnym głosem Grellgor. Zauważył, że wzrok Aisela skierował się w miejsce, w którym przed chwilą znajdowało się jego ostrze. – Ten miecz to tylko odruch. Głupio wyszło, ale to ty zacząłeś.
- Cóż… – Kreator nie opuszczał rąk. Był gotowy, aby w mgnieniu oka rzucić najbardziej skomplikowane i druzgocące zaklęcia.
- Jesteś rozsądny, zastanów się. – Umarły rozłożył ręce. - Gdybym miał złe zamiary nie mógłbym pozwolić abyś powiedział

33




reszcie o tym, że jestem tu celowo. A ty nadal możesz uciec i to zrobić. Nie zamierzam ci przeszkadzać.
- Chyba, że blefujesz.
- Proszę cię... – odparł Grellgor z politowaniem.
- Ehh... - Kreator opuścił gardę, ale w rzeczywistości nadal pozostawał w gotowości. - Niech ci będzie. Powiedzmy, że ci wierzę. Ale po co chciałeś tu przybyć?
- To chyba oczywiste, na Konwent.
- Tylko, że pomysł spotkania powstał tuż zanim wysłaliśmy do ciebie Mikego. Warlock nie byłby w stanie zdobyć okruchu tak szybko, musiał zatem mieć go już wcześniej. Jeszcze przed jakimikolwiek planami…
- Owszem - zgodził się Grellgor. – Har’vi dostał ode mnie Okruch już jakiś czas temu. Prawda jest taka, że mogłem się spodziewać Konwentum Magium prędzej czy później. To było nieuniknione.
- Chyba zaczynam rozumieć. – Aisel delikatnie rozluźnił skurczone, nadal gotowe do walki, mięśnie. – Ewentualny sojusz był dla czarodziejów jedyną szansą, jestem w stanie uwierzyć, że to przewidziałeś. Ale skąd pewność, że uczestnicy pójdą na kontakt z tobą?
- Nie miałem jej – odparł Arcylisz. – Mogłem to jedynie zostawić przeznaczeniu. Z

34




resztą, moja pomoc to bardziej szansa dla was niż dla mnie. Niewiele bym stracił gdybyście mnie tu nie ściągnęli.
No właśnie. Więc po co tu jesteś? – pomyślał Aisel, ale powstrzymał bezsensowne pytanie. Nawet jeśli Grellgor przyznałby mu, że ma jak najlepsze intencje, Aisel i tak nie mógł zaufać jego słowom.
- Przecież zamiast tej intrygi sam mogłeś zaproponować Konwent, prawda? – zapytał. – Ja, Mike, pewnie nawet Kiell, odpowiedzielibyśmy.
- Wy tak. A co z resztą?
- No tak… - zgodził się Kreator, grając dalej i starając się wybadać prawdziwy stosunek Upadłego. - Nawet gdyby Askerd i Dedai odpowiedzieliby na wezwanie nieumarłego, dużo trudniej byłoby o zaufanie podczas Konwentu.
- Nie ważne jak wiele zyskalibyście na sojuszu i mojej obecności, ziarno nieufności zostałoby zasadzone i prędzej czy później wydałoby pąki. Teraz jestem tylko jednym z wielu zaproszonych. Do tego, rzecz jasna, jestem ostatnią deska ratunku, a nie jednym z inicjatorów. Teraz dużo łatwiej przełknąć moją obecność, zwłaszcza jeśli sprowadziliście mnie „wbrew mojej woli”. A propos, naprawdę nie mieliście kogo do mnie wysłać?
- To

35




znaczy?
- Było co najmniej kilka momentów, w których powinienem go zabić, niby czemu miałbym się zgadzać na jakiś bzdurny pojedynek? Do tego cały czas dygotał ze strachu, pół Cytadeli to wyczuło. Gdyby strażnik, którego do niego wysłałem nie zdążył, rozszarpaliby Mikego na strzępy.
- Ale jednak cię sprowadził – odpowiedział, z przebiegłym uśmiechem, Aisel.
- Robiłem co mogłem żeby go nie zabić, ale wierz mi, czasem nawet ja tracę cierpliwość.
- Chyba wiem o czym mówisz… – mruknął pod nosem Kreator. – Ale to pomogłeś mu z pierwszym zaklęciem. Dałeś mu nadzieję, mimo że wszyscy, bądźmy szczerzy łącznie ze mną, uznali go za beznadziejny, bezsensowny przypadek. Ty wciągnąłeś go to tego świata, więc nie miej teraz pretensji.
- Jedno małe zaklęcie, a pełny magiczny trening to różnica. Do tego używa czerni.
- Czerń to akurat już nie moja wina – zastrzegł Aisel. – Z resztą nadal mu to odradzam.
- Niepotrzebnie. Zaskakująco dobrze sobie z nią radzi – odparł Grellgor. – Ale naprawdę jestem zaskoczony, że pozwoliłeś mu tam wyruszyć. Znasz jego możliwości i wiesz jakie to było ryzykowne.

36




Naprawdę nie miałeś nikogo lepszego?
Kreator zamyślił się i skierował wzrok na górzysty pejzaż.
- Wydaje mi się, że nie miałem – odpowiedział. - Koniec końców, sprowadził cię. Jak sobie to wyobrażasz gdyby ktokolwiek inny pojawił się w Nekropolii? Nawet ja.
Nieumarły milczał. Aisel kontynuował
- Podejrzewam, że nie mógłbyś się po prostu zgodzić. Zapewne wielu nieumarłych czeka tylko na okazję, aby podważyć twój autorytet i przejąć pozycję w Nekropolii. Arcylisz, który sprzymierzył się z żywymi! Co, może miałbym cię sprowadzić siłą? Wiesz, że byłaby to walka na całego i nie wiemy jak by się skończyła. Nie żebym ci specjalnie ufał – rozłożył ręce, a Grellgor przytaknął ze zrozumieniem – ale utrzymanie ciebie na czele Nekropolii jest dla wszystkich najwygodniejszym rozwiązaniem. Możliwe, że nie ma nikogo innego kto byłby w stanie trzymać w ryzach dzicz z Nekropoli Gagr’ Adu, podobnie jak Kiell robi to z Czarną Cytadelą. A Mike… Nie wiadomo było czego się po tobie spodziewać, ale pozostawało niemal pewne, że Mikego nie będziesz chciał skrzywdzić, w przeciwieństwie do jakiegokolwiek innego

37




posłańca. Na dodatek ten chłopak jakimś cudem wymyka się wszelkim schematom. – Aisel zaśmiał się. - Założę się, że inni nieumarli byli tak samo zdezorientowani wydarzeniami jak ty! Mike był jedyną możliwością, która w ogóle dopuszczała to, że jakimś cudem utrzymasz władzę. Miejmy nadzieję, że twoim stronnikom uda się opanować sytuację podczas twojej nieobecności. Ale i tak kluczowe jest, że w ogóle udało mu się ciebie sprowadzić.
Upadły zastanawiał się nad czymś, a potem spokojnym krokiem podszedł do jednego z drzew. W miejscu gdzie pogładził korę pozostał lodowy ślad, który zaczął oplatać pień cieniutkimi, kryształowymi nitkami. To były piękne, subtelne czary, wydawały się zupełną odwrotnością aury, którą roztaczał nieumarły. Nawet Kreator, który widział wiele najwspanialszych zaklęć był pod wrażeniem.
- Jak zwykle nie sposób odmówić twojemu rozumowaniu słuszności, wasza ekscelencjo. – Tym razem była w tym jakaś zakamuflowana złośliwość. – Masz rację, mimo wszystkich wad Mikego, nie jestem w stanie wyobrazić sobie nikogo innego kto byłby w stanie sprowadzić mnie do was. Właściwie nadal

38




nie do końca wiem jak on to zrobił – na moment wbił w Kreatora swoje spojrzenie - co nie znaczy, że to pochwalam. Ale skoro już tu jestem, w tak doborowym towarzystwie magów, powiedz mi, naprawdę wierzysz, że uda ci się utrzymać ten sojusz? Że tak różne środowiska będą współpracować, a nie próbować ugrać coś dla siebie?
Kreator odetchnął ciężko.
- Nie - odparł. – Nie sądzę. Nawet jeśli przez moment to zadziała, to trzeba wziąć pod uwagę, że nasze przymierze będzie się rozrastać na kolejnych magów, a potem pewnie na kolejne krainy.
Nieumarły milczał. To nie była odpowiedź, którą spodziewał się usłyszeć, ale szanował szczerość Kreatora.
- Sytuacja jest beznadziejna – kontynuował Aisel – nie wszyscy magowie zdają się rozumieć jak bardzo świat się zmienia. „Idzie do przodu”. Ten Strauss ma potwierdzone informacje z samego serca Cesarstwa, pracują tam nad antymagią na niespotykaną dotąd skalę. Nowe maszyny, nowe technologie, nowe odkrycia… To wszystko tylko przyspiesza takie prace. Nasz zmierzch to naturalna kolej rzeczy, rola czarodziejów na świecie zmniejsza się i będzie się zmniejszać. Ludzie

39




potrzebują nas coraz mniej, przemijamy. - milczał przez chwilę – A przynajmniej ludzie w to właśnie wierzą.
- Dość nieoczekiwane przemyślenia jak na kogoś kto powinien być płomieniem nadziei dla magów.
- Taka jest prawda, Grellgorze, unikając jej nic nie zyskamy. Jedynie pozbawimy się możliwości reakcji. Ale… Bez czarodziejów, boję się o ten świat. Póki co, żadna technologia nie pokona smoka. Poza tym, bez magii dużo trudniej będzie pozbyć się kogoś kto opanuje cały kontynent. Podstawowa magia jest w stanie raz i dobrze wyleczyć jakieś skomplikowane schorzenie, wyrównać szanse w walce kobiety z napastnikiem, zwłaszcza teraz kiedy władcy wpadają na równie genialny pomysł odbierania ludziom nawet konwencjonalnej broni.
- Bez magii nie pozbędziesz się lisza – dodał Arcylisz.
- Bez magii nie pozbędziesz się lisza- Kreator uśmiechnął się. – Nie mamy innego wyjścia niż ten sojusz, nawet jeśli jest skazany na porażkę. Bez niego, czarodzieje znikną na dobre, a bez czarów świat jest skazany na dużo gorsze potworności niż czary.
- Czyli nadal wierzysz w czarodziejską służbę?
Kreator nie wiedział czy nieumarły kpi

40




czy też nie.
- Wierzę – odpowiedział i dodał z uśmiechem – jestem Kreatorem! Kiedy już wszyscy będziecie leżeli martwi i złamani, ja nadal tam będę. Będę walczył z niezachwianą wiarą do końca… Ktoś musi.
Arcylisz wyczuł w tych słowach coś do czego Aisel nie chciał się przyznać. Położył mu rękę na ramieniu i rzekł poważnie:
- Twój mistrz byłby z ciebie dumny.
Kreator nie dał po sobie poznać zaskoczenia.
- Dziękuję. – Skinął głową i dodał po pauzie. – Niektóre decyzje są nieuchronne. Musimy je podejmować, czy chcemy czy też nie.
- Rozumiem – odparł lodowatym tonem Arcylisz. – Nie oczekuję zaufania, ale skoro pojmujesz nieuchronność pewnych decyzji, może teraz lepiej rozumiesz dlaczego tu jestem.
Kreator parsknął z rozbawieniem. Niegdyś regularnie się zdarzało, że Grellgor okazywał się sprytniejszy nawet bardziej niż Aisel brał to pod uwagę. W tym wypadku iście po mistrzowsku wmanewrował go w zalążek zaufania i zrozumienia. Aisel tym bardziej miał nadzieję, że lisz rzeczywiście jest po ich stronie.

     ***

      Samotne kapnięcie rozbiło absolutną ciszę panującą w jaskini. Oganj wpatrywała się

41




w zmarszczkę na lustrzanej tafli podziemnego jeziora. Rozstawione dookoła pochodnie zawirowały.
Nawet bez tego delikatnego podmuchu, nawet bez jej wyjątkowego słuchu, poczułaby obecność Boba jeszcze zanim ten pojawił się w pieczarze.
- Hej, hej! – wołał z entuzjazmem bożek. – Zobacz co mam!
- brawo, znalazłeś dużą puszkę – Elfka nie była zainteresowana. Teraz, kiedy w końcu wrócił, mogła z czystym sumieniem zarzucić na plecy plecak. Poprawiła długi, beżowy płaszcz.
- To nie jest tylko puszka! Zobacz!
Smoczyca przelotnie rzuciła okiem na znalezisko. Były do niego przytwierdzone dwie diody i jakiś mechanizm zębatkowy. Przypominało to twarz.
- Zwyczajna głowa starego golema – oceniła chłodno.
- Zaraz… - Bob dopiero teraz zwrócił uwagę na jej ubiór (rzadko z niego korzystała) i plecak. – To już dzisiaj?
- Tak.
- Oh, przepraszam, jeszcze nie zdążyłem się spakować. Ale to zajmie tylko chwilę, poczekaj! Ja…
- Nie ma takiej potrzeby – ucięła. – Ty zostajesz.
- Ale… - Wielkie, owadopodobne ślepia Boba zaszły wodą, a macki u spodu dużej owłosionej głowy zadygotały. – Ale… Jak to…
- Ty zostajesz –

42




powtórzyła stanowczo smoczyca. – Zajmiesz się jaskinią.
- Ale… Ja się przydam! I on też, zobacz! Zobacz! – Desperacko potrząsnął głową golema. – No… Obudź się! Fasolka! Proszę.
- Nazwałeś go Fasolka? – Oganj parsknęła, ale jej zdziwienie zaraz ustąpiło. Znała Boba zbyt dobrze, aby dobrze się zdziwić. Pewnie kiedyś zauważył w Puszczy kogoś kto targał ze sobą puszkę właśnie z takim napisem i uznał, że to adekwatne imię.
- Tak. Zobaczysz – bożek nie przestawał trząść głową – on jest bardzo mądry! No może nie aż tak mądry jak ty… Ale jak ja to raczej na pewno! Albo bardziej!
- Daj spokój, to zwykły – urwała, bo diody będące oczami zamigotały. Głowa przemówiła zębatkowym głosem:
- Dzień dobry, gdzie ja jestem? Kim jesteś? – zwróciła się do smoczycy.
- Golemy nie mówią w ten sposób… – wymruczała Oganj. Takie maszyny miały wbudowany przewidywalny zestaw komend, upraszczający interakcje z otoczeniem, ale nigdy nie zaczynałyby od pytania takiego rodzaju. Do tego… Oganj wydawało się, że wyczuła zaciekawienie w tym mechanicznym głosie.
- Przepraszam, kim jesteś? – ponowił pytanie

43




golem.
- To Oganj. Moja… - Bob zawahał się i dodał cicho – przyjaciółka. – Spojrzał niepewnie na smoczycę. - Mogę tak powiedzieć?
- Tak… Możesz – odpowiedziała ozięble. Dziwna puszka zaintrygowała ją trochę. - Ty, golemie, jak masz na imię?
- Jestem Fasolka – odpowiedziała głowa. – Pan Bob mnie tak nazwał. Poprzednio nazywałem się Sz.I.MK6-a., ale uległem zniszczeniu.
- A twój twórca?
- Tak samo.
- Uległ zniszczeniu?
- Tak. Zostaliśmy napadnięci. Jedynym co ze mnie zostało jestem ja.
- Mówi o tej głowie – dopowiedział z ekscytacją Bob, w razie gdyby Oganj nie zrozumiała. – Czasem wyraża się w taki dziwny sposób. Ale jest bardzo mądry!
- Doprawdy? – Oganj uniosła brew. – Powiedz coś mądrego, golemie.
- Hmm… - zastanowiła się maszyna. - Wszyscy mamy dwa życia. To drugie zaczyna się w chwili, gdy zdamy sobie sprawę, że mamy tylko jedno.
- Tak… - odparła przeciągle Oganj. - Dość nietypowa maszyna. Przynajmniej będziesz miał kompana, bo i tak zostajesz tutaj!
- Ale…
- Koniec tematu.

***

     - Ja nigdzie nie wyruszać, dopóki wszyscy z Bractwa nie znaleźć się bezpiecznie w Atlantis – oznajmiła

44




stanowczo Dedai.
- Nazywa się Atlantyda… - mruknął Mike, podpierając opadającą głowę. Ze znudzeniem skubnął winogrono.
- Naturalnie. – Bartiani ukłonił się do orczycy. – Z tego co zrozumiałem, przygotowanie odpowiedniej ilości miejsca przy wspólnym wysiłku powinno zająć około trzech miesięcy. Zgadza się, panie Mike?
- Co… A! Tak! Zgadzam się! – Mike rozbudził się trochę. - Znaczy… Zgadza się.
- Tak naprawdę wymagana na nasze potrzeby przestrzeń już istnieje – Aisel przejął inicjatywę - problem polega na zabezpieczeniu jej. Mistrz Tant poinformował mnie, że do tej pory brakowało po prostu mocy, aby utkać i utrzymać odpowiednio silne zaklęcia, które ochroniłyby miasto przed wodą.
- Jeden mały błąd i wszystko zostanie zalane – dodał Mike, nie mogąc dłużej powstrzymywać ziewnięcia.
- Bractwo zrobić wszystko żeby pomóc – zadeklarowała Dedai. – Ale wy pamiętać, że kiedy pozbyć się Czarnoksiężnik z Lodu, my pozbyć się też Cesarz.
Obok niej siedział mistrz Gaig. Paladyn nieustannie i sceptycznie wpatrywał się w Grellgora.
W końcu jedną z misji paladynów jest unicestwienie nieumarłych –

45




pomyślał ze smutną akceptacją Aisel i pojechał wzrokiem ku Arcyliszowi. Wokół nieumarłego unosiła się chmurka pstrokatych motylków – zaklęcie Kiell. Kobieta już na samym początku dała do zrozumienia, że nie zamierza znosić zapachu Upadłego, który tak naprawdę dawał się we znaki też wszystkim innym. Prostym zaklęciem rozwiązała problem, którego nikt inny nie ośmielił się głośno podjąć. Grellgor nie protestował. Teraz, dzięki jej motylkom, rozsiewał wokół siebie zapach bzu, agrestu i mango. Nie mógł tego otwarcie przyznać, ale chyba nawet był z tego zadowolony.
Na wszystkie diabły, to nie może się udać – Kreator pokręcił głową z bezsilnym rozbawieniem. Jeszcze raz przejechał wzrokiem po tej zbieraninie magów. – Wszyscy tak bardzo się od siebie różnią… Prędzej czy później zaczną się kłócić.
- Moi informatorzy sugerują, że ktoś podsyca wrogie nastroje wobec magów wzdłuż całego kontynentu – mówiła przywódczyni Czarnej Cytadeli. – Komuś na tym zależy. Gdyby lokalne społeczności zajęły się polowaniem na czarodziejów, zaoszczędziłoby to mnóstwo wysiłku tym, którym magowie naprawdę

46




przeszkadzają. Na przykład osłabiłoby to potencjał obronny niemal wszystkich państw na kontynencie.
- Ale nie Cesarstwa… – odezwał się Bartiani. - Sugeruje pani, że to Cesarz za tym stoi, tak?
- Nie mamy jeszcze wystarczająco informacji, aby jednoznacznie to stwierdzić – odparła rzeczowo Kiell. - Ale niewątpliwe taka sytuacja jest Cesarzowi na rękę. Jednak ja zmierzałam raczej do tego ilu bezbronnych magów zostanie wymordowanych zanim zdążymy wrócić z naszej misji i czy w ogóle zostaną jeszcze jacykolwiek na kontynencie. Niewątpliwie musimy najpierw zająć się Czarnoksiężnikiem, on dużo szybciej niż Cesarz przybierze na sile, ale ofiarami nie są jedynie czarodzieje tytularni tylko każdy kto przejawia jakiekolwiek zdolności, nawet dzieci. Nawet dzieciom wydłubuje się dla pewności oczy, wiesza, topi lub pali na stosach.
- Świat bez czarodziejów… - wymamrotał mistrz Gaig. – Nie do wiary jakich czasów doczekaliśmy.
- Obawiam się, że to dość prawdopodobne – włączył się do rozmowy drugi krasnolud, przywieziony przez Kiell Franz. - Cesarz od dawna prowadzi intensywne badania nad antymagią, szuka skutecznych metod do walki z

47




czarodziejami.
- Czary antymagiczne są znane od pokoleń – zauważył Bartiani. – W bibliotece Askerd mamy wydzielone całe skrzydło na taką tematykę, nie sądzę aby Cesarz, nawet przy pomocy najlepszych czarodziejów był w stanie odkryć cokolwiek o czym jeszcze nie wiemy.
- Tylko, że on nie korzysta z pomocy czarodziejów – zauważył Franz, budząc zdziwienie wokół stołu. – Korzysta z naukowców. Najznakomitsze ośrodki opracowują stricte techniczne formy antymagii, żadnych czarów, jedynie technika, chemia i biologia.
Zapadła chwila przeciągłego milczenia.
– Wygląda na to – odezwał się mistrz Alcuic – że rzeczywiście stajemy przed zagrożeniem jakiego jeszcze nie było.
- Mogę spróbować dowiedzieć się więcej na ten temat – zadeklarowała Kiell. – Dzięki Franzowi mamy dostęp daleko w głąb Cesarstwa, nawet do samego Serca. Myślę też, że dobrze byłoby nawiązać kontakt ze Starą Terią. Jeśli Jagsowi tak bardzo zależy na eliminowaniu magów, rebeliantom powinno być na rękę aby ich chronić. Możemy sobie nawzajem pomóc.
- Stara Teria? – zdziwił się Mike.
- To ruch oporu – szepnął Aisel. – Zwolennicy

48




niepodległości, rodziny królewskiej i dawnego porządku, zwanych właśnie „Starą Terii”. Nie uznają zwierzchnictwa Cesarstwa.
- Kilka tygodni temu wybrali nowego przywódcę – dodała, ku zainteresowaniu wszystkich, Kiell. – To krasnolud, podobno trudno się z nim dogadać, ale wydaje mi się, że najłatwiej będzie innemu krasnoludowi. Franz odpada, bo nawet jeśli go nie rozpoznają to przez sam akcent skojarzą go z Cesarstwem. – Spojrzała wymownie na mistrza Gaiga. – Wydaje mi się, że pan powinien sprawdzić się w tej roli znakomicie.
Paladyn zdecydowanie skinął głową.
- Wie pani kto to taki? – zapytał mistrz Bartiani. – Ten nowy przywódca?
- Niestety, nie udało mi się tego dokładnie ustalić – odparła Kiell, wydymając usta. – Ale słyszałam, że to technomag. Podobno stracił przez Cesarza dwójkę braci.
- Rozumiem. Poukładajmy to sobie w całość – zaproponował Bartiani. – Obecnie chcemy zająć się zabezpieczeniem Atlantydy. Ale pojawia się problem. Nawet jeśli wyruszymy bez opóźnień, za rzeczone trzy miesiące, musimy się jeszcze dostać do Zakazanej Krainy, a potem do Lodowego Więzienia. To może nam zająć

49




kolejny kwartał, jeśli nie więcej. W tym czasie sytuacja na kontynencie niewątpliwie się pogorszy.
- Do tego musimy jeszcze pokonać Czarnoksiężnika – dodał niechętnie Kreator, spoglądając badawczo na rozkojarzonego Mikego. – I wrócić. A ty co myślisz? Co powinniśmy zrobić?
- Ja? – rozbudził się Mike, zaskoczony pytaniem.
- Tak -powiedział Aisel. – Co ty byś zrobił, jaką podjąłbyś decyzję?
– Ja… Myślę, że nie możemy tak zostawić ludzi w Terii. I, z tego co rozumiem, na całym kontynencie. W końcu jesteśmy czarodziejami, to nasz obowiązek żeby im pomóc. Choć… Uważam, że musimy pomóc nie tylko czarodziejom.
Przedstawiciele Uniwersytetu Askerd uśmiechnęli się do siebie, a mistrz Gaig parsknął z rozbawieniem.
- Chłopak dobrze mówi – powiedział stary paladyn, wymachując uniesionym palcem. – Do licha, nie żeby to miało być łatwe, ale dobrze gada!
- I jak zamierzasz to zrobić? – rzuciła sceptycznie Kiell. – Jak zamierzasz zapewnić im wszystkim bezpieczeństwo?
- Moglibyśmy przenieść ich na Atlantydę – odparł Mike.
- I jeszcze bardziej opóźnić naszą wyprawę? – zauważyła. – Bo nie

50




dość, że sami nas nie odnajdą to jeszcze będzie trzeba dla nich przygotować miejsce, nawet gdybyśmy mówili o samych magach. A ty chcesz jeszcze ratować innych? To jest na tą chwilę kompletnie niewykonalne.
- Nie musimy robić wszystkiego od razu – odparował Mike i zaczął tłumaczyć. – Możemy robić to stopniowo, odnajdywać magów nawet pojedynczo, jeden po drugim. Już teraz mamy takie możliwości, na Atlantydzie znajduje kilku znakomitych łowców, a jeśli osiedli się tam Bractwo Wygnanych, możemy wyszkolić ich jeszcze więcej. Wszyscy naraz i tak nie będziemy mogli jednocześnie pracować nad zabezpieczeniem sfer więc możemy kogoś oddelegować, nawet małą grupę, do ratowania czarodziejów na kontynencie. Poza tym, przecież każdy taki uratowany mag będzie nam dodawał do tego równania.
Aisel spojrzał na Grellgora, potem na Mikego, potem na Kiell, a sięgnął po swój puchar, słuchając z zainteresowaniem jak rozwinie się sytuacja.
- To niegłupi pomysł – przytaknęła przywódczyni Czarnej Cytadeli. – Tylko musimy to dobrze zorganizować. I priorytetem mają być magowie! Nie możemy sobie teraz pozwolić na marnowanie zasobów i

51




opiekowaniem się kimś, kto sam się sobą nie zaopiekuje i nic nie wniesie do naszej sytuacji. Chyba będzie trzeba powiększyć tą waszą Atlantydę.
- Może jednak gobliny na coś się nam przydadzą – zauważył wzgardliwie mistrz Gaig.
Mamnon milczał z kwaśną miną. Czarodzieje nigdy nie mieli dobrego zdania o goblinach, choć znajdowało to pewne uzasadnienia. Większość goblinów przypominała dzikie bestie, toteż tak właśnie je traktowano. Jak nieco inteligentniejsze i dużo bardziej niebezpieczne małpy, które po odpowiedniej tresurze wykonają proste polecenia, takie jak na przykład umycie paromobilu. Mamnon jednak był na tym tle wyjątkowy - był małpą, która po zobaczeniu paromobilu zostawi właściciela przywiązanego do drzewa, nagiego i z głupią karteczką przyczepioną do czoła, patrzącego jak jego paromobil odjeżdża ku zachodzącemu słońcu. Do tego zarażał małym fragmentem swojej wyjątkowości inne goblin.
- Może gobliny zechcą nam pomóc, Mamnonie? – powtórzył Mike, ale dużo łagodniej i bezpośrednio kierując się do Wielkiego Króla - Czarodzieja. Ten zupełnie się tego nie spodziewał. Tym bardziej nie spodziewał się

52




tego co chłopak powiedział potem – Uważam, że gobliny same powinny o sobie stanowić. Na takich samych zasadach jak pozostali członkowie naszego sojuszu. Dlatego w kwestii goblinów, wszystkie ostateczne decyzję powinien podejmować ich reprezentant. W tym wypadku Mamnon.
- Ja.. – Mamnon nie mógł dać po sobie poznać jak bardzo wzruszyły go te słowa. Żaden czarodziej nigdy się tak do niego nie odnosił, nigdy nie traktował go jak równego... – Jestem „Jego Wysokość”, Mamnon! Jestem królem i nie zapominajcie, durni czarodzieje. Tfu.
- Mamnonie, daj spokoj – zaczął Mike, ale Kiell mu przerwała.
- A czy „Jego Wysokość” zrobi nam ten zaszczyt i pozwoli zwracać się do niego po imieniu? Wszak szkoda żeby nasze plugawe usta śmiały wymawiać jakikolwiek z jego wspaniałych, zasłużonych tytułów.
Mike spojrzał na Aisela, ale ten był podobnie zdezorientowany. Czekali w milczeniu na rozwój wypadków.
- Dobrze – warknął Mamnon. – Zgadzam się. Możecie do mnie tak mówić… - zawahał się.
- Żałośni czarodzieje? – dokończyła uprzejmie przywódczyni Czarnej Cytadeli.
- Co… A, tak, wy żałośni czarodzieje!
- Wybornie. –

53




Kiell uśmiechnęła się słodko. Mike aż się wzdrygnął, w tym uśmiechu było coś co przerażało bardziej niż cokolwiek co spotkał w fortecy nieumarłych. Kiell kontynuowała – Podejrzewam, że nie macie sobie równych jeśli chodzi o kopanie jaskiń. Myślę, że znakomitym pomysłem byłoby abyście mieli głęboko pod ziemią własną dzielnicę. Całą tylko dla siebie, oddzieloną od reszty Atlantydy.
Zapanowała grobowa cisza. Aisel był pod wrażeniem rezultności Kiell, niewątpliwie szkoda byłoby żeby zasób jakim były gobliny się zmarnował, ale wymagało to nie tylko bezczelnego zerwania z konwencjami, co udanej komunikacji z owymi małymi diabłami. Kobieta najwyraźniej była w stanie mieć to wszystko pod kontrolą. Cieszył się, że tu jest, ale powoli zaczynała go przerażać.
- Oczywiście dopiero kiedy wszystkie inne dzielnice będą już gotowe – dodała Kiell. - I pod warunkiem, że nam z nimi pomożecie. To jak będzie?
- Ja… - zaczął Mamnon, pierwszy raz w życiu nie mogąc znaleźć słów. Kiell i tak nie pozwoliłaby mu dokończyć:
- Znakomicie! Skoro już urządziliśmy gobliny, możemy zacząć zastanawiać się nad

54




bezpiecznym miejscem dla nieumarłych.
Aisel aż opluł się winem, a Mistrz Gaig zakrztusił. Na sali zapanowała cisza.
- Co to ma znaczyć? – wydusił z siebie stary paladyn.
- Jak to co? – zdziwiła się Kiell. – Głupotą byłoby zmarnować potencjał nieumarłych. W końcu mamy po naszej stronie Arcylisza! – Puściła Grellgorowi oczko.
Na całe szczęście, hełm zasłaniał całą rozpadającą się twarz nieumarłego. W innym wypadku, pomimo braku krążenia, byłoby widać, że się zarumienił.

***

      Oganj prowadziła łaciatego konia za uzdę. Była umówiona z wróżką dopiero na wieczór więc nie musiała się spieszyć. Zatrzymała się, ściągnęła kaptur swojej długiej peleryny i wsłuchała się w szelest krzaków daleko za nią. To był ten sam zielony lisek, który śledził ją już od dwóch dni.
Jego sprawa – pomyślała z pogardą i ruszyła dalej. Boba pewnie by zainteresowały takie głupoty, ale ją… - Zaraz… - Ponownie się zatrzymała.
- Wychodzisz?! – krzyknęła.
Krzaki zaszeleściły, coś w nich błysnęło, a po chwili wyszły z nich wielkie, mokre, znajome ślepia.
- Ty… - mruknęła smoczyca z mieszanką

55




zaskoczenia, wściekłość i podziwu związanego z tym, że pradawnemu bożkowi udało się ją przechytrzyć.
Bob trzymał w rękach głowę Fasolki.
- Ja… - Bob spuścił wzrok. – Ja przecież nie mogłem cię puścić samej. Jesteśmy przyjaciółmi.
Smoczyca milczała.
- Mogę za tobą iść? – zapytał Bob.
Oganj bezsilnie wypuściła powietrze.
- Jak już masz iść to chodź obok, a nie chowaj się z tyłu.
Oczy Boba zapłonęły, chociaż bożek robił wszystko co mógł, aby to ukryć.
- Będziemy musieli wymyślić coś żebyś nie rzucał się w oczy – zastrzegła Oganj.
Bob skwapliwie pokiwał głową.
- Ja… Zabrałem Fasolkę, wiesz? On może nam się bardzo przydać. Czy idziemy do wróżki? Tej z tą wielką krostą na nosie?
- Tak, idziemy do niej. Aisel gdzieś zniknął i raczej nie odnajdziemy go bez jej pomocy. W najgorszym wypadku dobrze byłoby znaleźć przynajmniej tego drugiego.
- Drugiego?
- Tak. Ta przepowiednia… Ona rzeczywiście dotyczy Aisela, tylko, że trochę inaczej niż myślałam.
- Inaczej?
- On nie jest w niej uczniem. Jest mistrzem.
- To znaczy… To znaczy, że…
- Tak. Zginie z ręki swojego ucznia. A my

56




zamierzamy temu zapobiec.
- Ale… Zamierzasz porozmawiać z jego uczniem, tak? Przekonać go!
- O tak, na pewno z nim porozmawiam. – Coś błysnęło w jej spojrzeniu.
- Cieszę się. Już zacząłem się martwić, że zrobisz mu krzywdę!
***

     
- I postanowily zawiązać sojusz, który miał przywrócić porządek. Najpierw zabraly się za Czarnoksiężnika z Lodu. Potem mordowaly smoky. A potem walczyly ze złym Cesarzem. Ratowaly tak magyków jak niemagyków. Zabierały ich na Atlantydę i szkolily kolejnych.
- Babciu, a się stało z Kiell później?!
- Tak Babciu, co się z nią stało? Opowiedz! - Dzieci ze zgromadzonej wokół staruszki gromadki przekrzykiwały się jeden przez drugiego.
Starowinka sięgnęła drżącymi rękoma na stolik i chwyciła starą tabakierę. Usypała dwie spore grudki, odpowiadające wielkością jej długiemu, goblińskiemu nosowi.
- Babciu, opow...
- Zamknyj pysk maly gnojku! - ustawiła na miejscu smarkacza i zażyła czarnej jak mak tabaki. - Ohhh... - Przetarła załzawione oczy. Teraz była gotowa, aby kontynuować opowieść. – Kiell miała wiele przygód, na przykład zmerzyla się z Mechanicznym Lyszem, ale o tym opowim wam

57




kiedy indziyj. Natomist kiedy wrócila, tak samo jak pozostaly czarodzieje zlożyla hold najpotężniejszemu z nich wszystkich, Wielkiemu Magowi Mamnonowi. Zaoferowała się, że będzie na każde jego zawołanie, kiedy ten sobie tylko zażyczy. Mamnon zbesztal ją natychmiast jak male dziecko i nie przyjął oferty. Wiedział, że jego przygody będą zbyt nebezpecznie, dla któregokolwiek z pozostalych magyków. Kiell bardzo plakala, blagala go aby nie zostawial jej samej, ale Mamnon wiedzial, że musi. Że ma obowiązky do wykonania. Nie bez powodu to wlaśnie na jego cześć pan Mike nazwal nasze miasto.
- Atlantyda? Niby jak?
- I co Było dalej?
- Opowiedz co z panem Mikaelusem!
- Zara, zara... - starowinka uspokajała niecierpliwiące się goblinki. Zacisnęła zęby, wszystkie cztery, aby nie zakląć i dalej przekazywała historię.
Zgodnie z życzeniami opowiedziała dzieciom o dokonaniach Mikego. Opowiedziała również o Dedai, Kiell, Grellgorze i Kreatorze, ale przede wszystkim o największym bohaterze goblinów i całego świata, Mamnonie. Goblinki słuchały jak zahipnotyzowane i cieszyły się z opowieści. Niestety, nie do końca wszystko co opowiadała babcia

58




miało miejsce. A szkoda.
W jej opowieści nikt nie był chwytany i bezlitośnie torturowany. Nikt nie zdradzał i nie odwracał się plecami w kluczowym momencie. Niczyje serca nie pękały, a oczy nie płakały (chyba, że z tęsknoty za Mamnonem). Kochankowie nie byli brutalnie mordowanie na oczach drugiego. Wielka szkoda, że rzeczywistość nie ułożyła się tak jak w jej opowieściach.

     *****

59




Wyrazy: Znaki: