Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 80
Dzisiaj w pracowni: 2
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Żelazny bórikonka kopiowania

Autor: Adam Gabrysz twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Gardło Adama wypalił zbawienny, ciekły płomień, który wdzierając się do żołądka rozgrzał zmarznięte ciało. Za starą okiennicą mieszkania potępieńczo zawodził wiatr, targając z łatwością nagie, potężne dęby w każdą stronę, niczym kłosy zboża. Na dworze panował półmrok, słońce ustępowało miejsca swojemu nocnemu bratu. Mieszkanie państwa Potockich nosiło oczywiste znamiona poprzedniego ustroju. Na podłodze wykładzina, gdzieniegdzie wypalona żarem z papierosów, wiekowy Rubin na komodzie, a w nim „Awantura o Kasę”, porcelanowa lampa z pożółkłym kloszem i stare zdjęcie wysokiego mężczyzny z wąsem stojącego obok niskiej, krępej kobiety w sukni, trzymającej dziecko w rękach.

     - Dziękuje za gościnę, ale będę zmuszony zaraz wyjść i poszukać noclegu, bo i tak dzisiaj nie wrócę do domu... – Powiedział Adam rozglądając się za kurtką.
- Zostań u nas na noc, przecież mamy wolne łóżko, dobrze mówię, Halina? – Rzekł nieśpiesznie, głaszcząc czarnego kota, pan Władysław. Spoglądając jedynym zdrowym okiem na żonę, która zawołana wyrwała się na moment z wypełniania krzyżówki i jedynie mruknęła

1




pod nosem odpowiedź, zapewne pozytywną.
- I tak za dużo państwu zawdzięczam, nie będę sprawiał więcej problemów... – nie dokończył, pan Potocki uniósł dłoń i stwierdził, że potrzebującym należy pomagać. Powiedziawszy to odpalił papierosa i polał następną kolejkę.
Deszcz pukał rytmicznie o szybę, na zewnątrz zapanowała noc – ulice Kosowa oświetlały szczątkowe lampy, po chodnikach płynęły z wolna stróżki wody. W oknach sąsiednich budynków paliły się różnokolorowe lampki i gwiazdki. Drzewa świeciły się bielą, czerwienią, jedne migotały – na innych na wzór wodospadu światło zdawało się z wolna opadać . Władysław wyciągnął rękę z paczką Marlboro ku Adamowi, ten uśmiechając się pod nosem wziął papierosa i odpalił. Butelka wódki stojąca na środku drewnianego stolika była w połowie opróżniona. Pani Halina bez słowa wstała, nieznacznie kiwnęła głową i udała się do sypialni.
- Że też wam się trafiło, zepsuty samochód po środku niczego. Dobrze, że akurat wracaliśmy z zakupów, bo byście tam zamarzli. – Władysław odchrząknął i wypił zawartość swojego kieliszka. – Czemu wybraliście

2




tę drogę, czyżby główną znowu remontowali?
- Nie, wypadek był. Tam gdzie ulica w pobliżu lasu prowadzi. Ponoć sarna wybiegła komuś przed koła, a że zima trwa w najlepsze, to wpadł w poślizg i przypieprzył w barierki. A mnie się spieszyło, teraz pluję sobie w brodę. Mogłem zaczekać, a nie pchać się tym rzęchem na bezdroża. – Tym razem Adam polał kolejkę.
- Miejmy nadzieję, że to była tylko sarna. – Zamamrotał cicho pan Potocki i momentalnie poczerwieniał, sapnął jakby żałował, że nie ugryzł się w język.
- Dlaczego miejmy nadzieję?
Władysław Potocki spojrzał Adamowi głęboko w oczy, po chwili wychylił się w krześle i upewnił, że Halina śpi. Przestał gładzić kota leżącego na jego kolanach. Zza okna dobiegł głuchy grzmot pioruna, a błysk światła wypełnił na ułamek sekundy cały pokój. Gospodarz nie bacząc na pełny kieliszek gościa wypił swój, napełnił i znów wypił. Głęboko zaciągnął się papierosem, dym wypuścił pod stół. Kot przebudzony podmuchem parsknął. Przez moment panowała martwa cisza, szarpana jedynie ciężkim oddechem Władysława i okazjonalnym chrapaniem jego żony. Na podwórzu

3




znów rozległ się dudniący grom. Wiatr wył i huczał, zrobiło się jakby chłodniej. Kot fuknął domagając się dalszych pieszczot.

     - Ojciec, o ten, który jest na tym zdjęciu opowiadał mi dawno temu o tym zagajniku. Kiedyś, gdy zagajnik był jeszcze pełnoprawnym lasem, a mój świętej pamięci tatko młodym mężczyzną, zarząd gminy postanowił ściąć nieco drzew. Powód oczywisty, zwierzęta podchodziły zbyt blisko wsi, głównie plony niszczyły. Zdarzyło się nawet, że wilki zagryzły kilka krów. Nadleśnictwo wyraziło zgodę, więc przystąpiono do prac. Z początku szło gładko, ojciec pracował w tartaku, więc miał pomóc przy wyrębie. Planowano przesunięcie linii lasu o sto pięćdziesiąt metrów w głąb boru. Udało się o jakieś sześćdziesiąt. Z relacji taty w pewnym momencie topory nagle zaczęły pękać po jednym uderzeniu w drzewo, a piły się wyginały. Próbowano nawet traktorem łamać te liche, zdawać by się mogło, sosny. Drzewom nie działo się absolutnie nic. Prace wstrzymano. Nadleśnictwo zadecydowało o zaprzestaniu wycinki, pod pretekstem zrealizowania dotychczasowego celu. Takiego wała! Dziki dalej ryły w polach, a

4




wilki zagryzały zwierzęta. Ale tak czy inaczej wyrąb się skończył, a sprawa na kilka lat poszła w zapomnienie. Aż do bożego narodzenia w roku 1935 Kilkadziesiąt lat temu w Żelaznym Borze, bo tak go po wyrębie nazwano, w dzień bożego narodzenia stało się coś... niewyjaśnionego. – Przerwał na moment, wskazał na puste kieliszki. Adam nie protestował, opowieść pana Władysława zaciekawiła go, choć był wobec niej sceptyczny. Nie zwykł dawać wiary chłopskim bajędom. Gdy przezroczysty trunek napełnił oba naczynia, a zapalone papierosy znów zatliły się w rękach rozmówców, Władek kontynuował.
- Gdy ojciec wracał z pracy zobaczył w nim jakieś światła. Jedne stały nieruchomo, drugie krążyły chaotycznie. Wystraszył się, bo już wtedy mówiono, aby dla własnego zdrowia nie wchodzić w las. A jeśli już się musi, to nie samemu. Zdaje mi się, że zaczęli gadać gdy stary Malicki, sąsiad ojca wybrał się tam kilka dni po zakończeniu robót, ponoć zapomniał swojej siekiery. Na cały dzień zniknął! Stara Malicka już akcję poszukiwawczą zwoływała, gdy wieczorem Piotr stanął w drzwiach domu. Powiadał mój tatko, że jak go

5




zobaczyli to Malicka zemdlała, a jeden z sąsiadów pobladł i zwymiotował na dywan. Panie kochany, toż on jak diabeł wyglądał – włosy rozczochrane, brudny i śmierdzący jak siedem nieszczęść, do tego te bruzdy na ramionach, tatko myślał że jaki wilk go dopadł i poranił, ale nie – on sam sobie to zrobił! Wydrapał paznokciami skórę do gołych mięśni, płaszcz to był aż sztywny od krwi. Ale to nie było najgorsze. Jedno oko sobie wyłupił a w drugim miał taki szaleńczy wzrok, że ponoć strach było w nie spojrzeć. Zmarł tego samego dnia, gdzieś o północy. Powiesił się na pasku od spodni. Ale zanim to zrobił, bredził i płakał. Krzyczał żeby przestały dudnić bębny, że światła rażą go w oczy. Po tym incydencie nikt nie odważył się wejść do Żelaznego Boru, a sprawa przetrwała tylko dzięki plotkom i opowieścią. Ojciec nie odważył się wtedy wejść do lasu i chwała mu za to, bo zapewne by nie wrócił. Adam, pijemy razem – to powiem ci jak się sprawy mają. Nie wracaj do samochodu ani dzisiaj, ani jutro. Bo jutro jest boże narodzenie, nie zbliżaj się do tego przeklętego lasu. Przeczekaj, za kilka dni rytuał się

6




skończy...
- Jaki znowu rytuał? – Adam nie wiedział co myśleć. Prawdopodobnie staruszek bredzi, albo mocno koloryzuje, jak to na stare lata się zdarza. Ale opowieść Władysława była zbyt dokładna i szczegółowa jak na wymyśloną historię w celu postraszenia nowo przyjezdnych.
- Zaczekaj chwilę...- Władek zsunął zwierzę na podłogę i na paluszkach wyszedł z kuchni. Dopiero wtedy Adam zobaczył, że z kotem jest coś nie tak. Czarny jak noc, miejscami wypłowiały kocur nie miał ogona. Przez dłużącą się w nieskończoność chwilę słychać było tylko astmatyczne sapanie Władka i zgrzyt zawiasów otwieranej szafy. Po kilku minutach Władek stanął w drzwiach od kuchni i nakazał ruchem dłoni wstać Adamowi. Gość wstał jednak nieco za szybko i zatoczył się z lekka. Gdy wróciła mu równowaga, poszedł za oddalającym się gospodarzem. Dom z zewnątrz wydawał się być większy niż w środku, gdzie poprzez dużą ilość ścian i korytarzy przywodzących na myśl labirynt, miejsca było niewiele. Pan Potocki stał w korytarzu prowadzącym do wyjścia, przez ramię przewieszone miał dwa płaszcze przeciwdeszczowe. Metalowy klucz o dużym oczku

7




wisiał spięty rzemieniem na szyi gospodarza.
- Załóż, na dworze leje jak z cebra. – Rzekł Władysław i podał płaszcz Adamowi.
Po chwili wyszli z domu wprost na ulewę, Adam nie przypominał sobie kiedy ostatnio tak bardzo padało. Obeszli dom dookoła i udali się ścieżką ku starej szopie. Błoto radośnie chlupało pod nogami, deszcz uporczywie wciskał się w oczy i zalewał twarze. Oczom Adama ukazała się drewniana szopa, która w porównaniu do domu wydawała się być malutka. Władysław rozpiął zamek płaszcza i sprawnym ruchem zdjął klucz z szyi. Wsadził go w zamek i przekręcił. Mimo bycia kompletnie zardzewiałym, nie miał z przekręceniem mechanizmu większego problemu. Gospodarz otworzył drzwi szopy i prędko wszedł do środka, Adam nie czekając na zaproszenie wbiegł zaraz za nim. Po sędziwym i lekko zdziczałym staruszku spodziewał się zobaczyć wiele, ale to co ujrzał w zabitej dechami komórce przeszło jego wszelkie oczekiwania.
Pierwszym, co poczuł był zapach stęchlizny i zbutwiałego drewna. Macki mroku rozgoniła niewielka żarówka wisząca na ścianie. Dawała słabe światło, lecz wystarczające by Adam mógł zobaczyć

8




dziesiątki fotografii i notatek oraz kilka patyków wiszących nad biurkiem. Na pierwszy rzut oka zdjęcia były monotonne, na znacznej części z nich były drzewa, kamienie i wreszcie osobliwe patyki. Władek stał w milczeniu wpatrując się w widok zza okna, patrzył na szalenie tańczące drzewa, na impulsywne drgania kęp wysokiej trawy rosnącej wzdłuż drogi. Zdawać by się mogło, że na ten krótki, nieznaczący absolutnie nic moment zatracił się w pieśni nocnego wiatru. Adam poczuł to również, nieznane mu dotychczas uczucie zawładnęło nim do reszty. Czuł euforię i narastający spokój. Bulgocząca irytacja na zepsuty samochód, na siąpiący i zimny jak sopel lodu deszcz, wreszcie na całą zaistniałą sytuację uleciała ku odległym gwiazdom, zostawiając go samego.
Władek obrócił się w stronę Adama, spojrzał głęboko w jego uczy i uśmiechnął się nieznacznie.
- Tutaj jesteśmy bezpieczni. – powiedział.
- Czuję się nieco... – zaczął wolno Adam zapatrzony w burzę za oknem.
- Dziwnie, to chcieliście powiedzieć?
Adam nie odpowiedział, uczucie silnego uspokojenia, jakby po zażyciu sporej ilości leków z wolna traciło na sile. Huk

9




wiatru i skrzypienie żerdzi przestały być duchowym doznaniem, stały się znów tylko zjawiskami, ciągiem przyczynowo skutkowym, który nie wzbudzał już emocji.
- Co to było? Przez moment wydawało mi się, że śpię – Zapytał Adam spoglądając nieufnie na gospodarza. Jego zdrowe, niezasnute mgłą oko straciło koci blask, znów przypominało jedynie oko starca.
- Nie pytaj. Zaraz wszystko ci wytłumaczę. Ale najpierw spójrz na tę fotografię. – przed oczami Adama ukazało się z pozoru normalne drzewo, lecz niewyjaśnione uczucie, lub intuicja nie pozwalała pozostać tylko na pobieżnym spojrzeniu. Drzewo było stare, kora mocno popękana. Najbardziej osobliwa była jednak rycina, dosłowny drzeworyt na jego powierzchni. Przedstawiała jedynie bliżej nieokreślone, symetryczne figury ułożone w kręgu. Wewnątrz niego wyryty był niepokojący symbol, jakby równoboczny trójkąt przekreślony w pionie.
- Nie umiem go rozszyfrować, ale spójrz na inne zdjęcia. Na każdym z nich, czy to kamieniu czy drzewie widnieje dokładnie to samo. Te wszystkie zdjęcia zrobiłem, gdy dziesięć lat temu zaczęły nawiedzać mnie dziwne sny. Nie umiem ich opisać, wielu z

10




nich pewnie nie pamiętam. Wybrałem się wtedy z sąsiadem do tego zapomnianego przez Boga zagajnika. Coś po prostu kazało mi tam iść, nie zrozumiesz. Pamiętam, że to był wyjątkowo upalny dzień sierpnia. Żar lał się z nieba niemiłosiernie. Ale po przekroczeniu ściany lasu stało się... zimno. Jak podczas późnej jesieni. W lesie było nieprzyjemnie wilgotno, oddychając odniosłem wrażenie jakby woda zbierała mi się w płucach. Po kilku wdechach poczułem na języku metaliczny posmak. Od tej wilgoci aż tchu nie szło złapać. W samym lesie byliśmy krótko, dzięki Bogu. Zrobiliśmy kilkanaście zdjęć i w te pędy wracaliśmy do domu. Samul na samym wejściu powiedział, że rozbolała go głowa. Potem już nic nie mówił, zaniemógł biedak. Tylko człapał za mną i masował skronie. Mnie, kiedy ze zmęczenia podparłem się o drzewo, a później tą samą ręką wytarłem pot z powieki strasznie rozbolało oko. Wtedy właśnie straciłem w nim wzrok. Samul po powrocie dostał wylewu i trafił do szpitala. Do dzisiaj sepleni i mówi bez składu. Zapewne mi nie wierzysz, ale Adam ja wiem co widziałem. Pamiętam historię ojca o Malickim jakby to było

11




wczoraj. A te dziwne światła nie zniknęły, co roku zawsze w święta Żelazny Bór ożywa. Nie wiem jak ci to udowodnić, to czy wierzysz mało mnie obchodzi. Ja ci tylko daję radę. Nie chcę mieć cię na sumieniu.
Adam czuł się jak dziecko, a rozumiał jeszcze mniej. Zdawało mu się, że do tej pory staruszek po pijanemu robi sobie żarty. Jednak od momentu wejścia do tej szopy rozbawienie zmieszane z irytacją stopniowo ustępowało miejsca zaniepokojeniu. Te zdjęcia, osobliwy nastrój i ciężkie jak ołów spojrzenie Potockiego utwierdzało go w przeświadczeniu, że coś jest mocno nie tak. To było dla niego zbyt wiele, był zmęczony, a alkoholowy rausz wcale nie polepszał sytuacji.
- Późno już. Wracajmy do domu – Powiedział Władysław nie doczekawszy się odpowiedzi. Zdawać by się mogło, że burza z każdą chwilą przybierała na sile. Ulewny deszcz pchany porywistym wiatrem kąsał i mroził twarze. Było przenikliwie zimno, księżyc błyszczał w pełnej swej okrasie wysoko ponad ociężałymi i ciemnymi kłębami chmur, oświetlając je od góry. Na horyzoncie zabłysło. W oddali, zamknięty w kłębiastej klatce zamruczał grom. Drzewa

12




sprawiały wrażenie pochłoniętych w potępieńczym podrygiwaniu. Pełnym chaotycznych i nieskoordynowanych ruchów tańcu. Gdzieś w tle, w odległym i tajemniczym miejscu trwożnie dudniły bębny, a ich rezonujący po wszelkiej materii dźwięk niczym oślizgły wąż wpełzał do uszu. Drogę powrotną pokonali żwawo, unikając kompletnego zmoczenia. Dom powitał ich ciepłem i zapachem herbaty z imbirem. Usiadłszy przy stoliku, Adam przyglądał się z fascynacją niecodziennemu widokowi kota bez ogona, który leżąc przy piecu kaflowym wygrzewał się w ten zimowy, późny wieczór. Potocki wróciwszy z pokoju żony i upewnieniu się o jej śnie wyjął termos z herbatą. Wlał do wysokich, osadzonych w stalowych koszyczkach szklanek wciąż kojąco ciepły napój. Uwadze gospodarza nie umknęło ciekawskie spojrzenie na kota.
- To Lucyś. Mój ojciec w którymś dniu wyrębu znalazł młodą kotkę przygniecioną sporym kawałkiem drewna. Miała połamane łapki i rozerwane ucho. Zabrał ją do domu i odchował. Początkowo nie dawał jej szans na długie życie. Jak się okazało nie tylko żyła kilkanaście lat, ale jeszcze była zdolna się okocić. Co prawda

13




dość późno, ale jednak. Wabiła się Saraj. Rodziła raz, ale w ogromnych bólach. Oj namęczyła się ona, bo aż siedem kociaków wydała na świat. Niestety, tylko jeden przeżył a i ona sama zdechła. Ale urodził się taki jakiś dziwny, czarny bez ogona. Twarz miał jakąś taką niewyparzoną i pokrzywioną, tośmy go nazwali Lucyś.
- To jakieś zdrobnienie?
- Tak. Od Lucyfer. Bo on jak i ten diabeł, jeno psoci, śpi i żarłby bez końca. Pożytku żadnego, ale polubiłem go. Czasem jak tak na ciebie spojrzy, to aż dziw bierze. Ma ten sierściuch takie ludzkie spojrzenie. Jakby rozumiał co się do niego mówi. Czasem jak Halinka ma gorsze dni to do niego gadam, a on zawsze siedzi i patrzy głęboko w oczy. Nieraz żal, że nie umie mówić. Mieszkając na takim odludziu każde żywe stworzenie do którego można gębę otworzyć jest na wagę złota.
Lucyś jakby zrozumiawszy, że Władek mówił o nim wstał i wyprężył się do granic możliwości. Krótkim, zwartym susem wskoczył na kolana właściciela usadzając się wygodnie na kolanach. Władek odpalił papierosa i zaciągnął, pogrążając się w zadumie. Wskazówki zegara wiszącego nad przejściem

14




między sypialnią a kuchnią wskazały jedenastą wieczór. Za oknem panowała noc przerywana jedynie błyskami burzy. W pokoju obok Halinka przewróciła się z boku na bok.
- Dlaczego po wejściu do szopy poczułem się tak dziwnie? – Zapytał Adam przecierając zaczerwienione oczy.
- To przez te patyki. Musisz przyznać, że mają moc. Wciąż nie wiem jak działają i dlaczego. Wiem jedynie, że w ich towarzystwie czuję się bezpieczniejszy.
- Więc czemu nie weźmiesz ich do domu?
- A i owszem, miałem. Trzymałem je nad łóżkiem, ale im dłużej tutaj były to zdarzały się coraz dziwniejsze rzeczy. Miewaliśmy z żoną problemy z zasypianiem, w zasadzie przestaliśmy odczuwać senność. Później przyszła niewiarygodna odporność na ból, raz niemalże odkroiłem sobie palca, bo dzieląc ciasto nie poczułem cięcia. Wszystko to zdawało się być olbrzymim pozytywem, bo nie musieliśmy spać, nie czuliśmy bólu. Ale kiedy musiałem zostać na noc u rodziny w innej wsi... spałem 3 dni i przez ten czas miałem same koszmary. O tym lesie. Nie mogli mnie obudzić, lekarza wezwali. Według jego ekspertyzy rozmawiasz i pijesz z trupem. Drugiego dnia mojego snu

15




zdiagnozowali śmierć mózgu. A trzeciego dnia, o ironio, zmartwychwstałem. Na szczęście szybko o tym ludzie zapomnieli, bo jeszcze by mnie za cud wzięli i do kościoła kazali chodzić, psia mać.

16




Wyrazy: Znaki: