Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 33
Dzisiaj w pracowni: 1
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Pułapka na największychikonka kopiowania

Autor: Shin twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Nie wierzył, że to możliwe. A jednak.
Czy to nie On sam powiedział kiedyś, że nie ma dla Niego rzeczy niemożliwych?

     Zamruczał pod nosem, czując dezorientację. W ten sposób odkrył, że ma nos. Jakie jeszcze niespodzianki czekają na niego w formie, jaką przybrał? Byłoby o wiele lepiej, gdyby cokolwiek widział. Wtedy łatwiej przyszłoby mu ocenić sytuację, w jakiej, tak niefortunnie i przez własną głupotę, się znalazł.

     Jaką głupotę? Był przecież Bogiem! Najmądrzejszym z Mędrców. Głupota w żadnym wypadku nie mogła być jedną z jego cech. To przeczyłoby… wszystkiemu. Skarcił się w duchu za takie myślenie. Nie spodobałoby się ono na pewno jego trenerowi motywacyjnemu. Otoczenie spowijał mrok. Nie miał pojęcia, czy było tak przez brak światła, czy przez to, że jego obecna forma nie posiadała narządu wzroku.

     Niech się stanie światłość! Nie, ta stara sztuczka chyba tym razem nie zadziała. Jak miała działać, skoro w swej naiwności pozbawił się swojej własnej, bożej mocy?

     Spróbował się poruszyć, co okazało się niezwykle trudne, gdyż nie posiadał najmniejszej wiedzy na temat wyglądu i funkcjonowania

1




swojego ciała. Czy posiadał nogi? Zakładał, że tak i to co najmniej cztery. Skrzydła? Nie odczuwał nic na plecach, ale to niewykluczone. Po tak długim byciu istotą boską nie wiedział już jakie to uczucie – odczuwać ciało. Rozpuścił się! Wydawało mu się, że w tym nieskończonym życiu nigdy się mu już to nie przyda, a tu proszę…

     Zrobił krok, a bardziej przetoczył się w bok, odkrywając, że natrafia na opór. Czuł wyraźnie gładką powierzchnię, o którą się oparł. Przeszedł go dreszcz, a w boskim umyśle zapaliła się czerwona lampka. Opór nie ustępował, tak jak zwykle, gdy mógł uczynić z każdą materią, co mu się żywnie podobało.

     Ugasił rozpalającą się w nim panikę, kierując swoje nowe ciało w inną stronę. Całkowicie zgubił orientację, co w tej nieprzeniknionej ciemności nie było niczym dziwnym. Spróbował jednak wykonać krok w przód, co okazało się niezbyt dobrym pomysłem. Prawie natychmiast stracił równowagę, nie panując nad koordynacją ruchów swojego ciała, w którym tkwił od niecałej minuty. Czym był ten krótki odcinek czasu w stosunku do wieczności?

     Niemal się wywrócił, jednak na jego

2




drodze do upadku stanęła kolejna płaska powierzchnia, która, centralnie w miejscu, z którym się zetknął, posiadała małe, kwadratowe uwypuklenie. Rozległo się głośne pyknięcie. Pojawiło się światło.

     Jasność! Łaska boża!

     A więc jednak miał oczy. Odetchnął z ulgą. Spojrzał przed siebie, na powierzchnię, od której się odbił. Pośrodku matowej ściany o kolorze zgniłej zieleni, prezentował się mały, ledwie dostrzegalny włącznik światła. Skierował swój wzrok w górę, natrafiając na umieszczony niecałe pół metra wyżej sufit o tej samej barwie, co ściana. Zwisała z niego naga, pokryta brudnymi plamami żarówka. Nie spuszczając wzroku, obrócił się niezgrabnie wokół własnej osi. Znajdował się w rogu pokoju, w kącie utworzonym z dwóch prostopadle położonych ścian. Pomieszczenie, w którym przebywał, składało się właściwie tylko z tych właśnie ścian. Nie znał się na jednostkach miary, jednak odwiedzając w ostatnim czasie kilka razy Ziemię wiedział, że miejsce to nie było większe niż typowa, współczesna łazienka, z której jakiś rabuś ukradkiem wyniósł wannę, pralkę i umywalkę. Ze wszystkich

3




stron otaczała go jednolita, zgniłozielona barwa.

     Poczuł, jak ogarnia go uczucie klaustrofobii. Czy Bóg może w ogóle mieć klaustrofobię? Nie miał pojęcia. Przez całe swoje istnienie nie był przecież nikim innym, niż Bogiem, oprócz tego krótkiego epizodu z uczłowieczeniem Jezusa, które, nawiasem mówiąc, w wyższych sferach nie cieszyło się zbytnim uznaniem.

     Pojawienie się światła pozwoliło mu w końcu przyglądnąć się swojej nowej formie, przynajmniej na tyle, na ile mógł. Dawniej po prostu w chwili krótszej, niż sygnał między neuronami, sprawiłby sobie lustro, lecz teraz musiał poradzić sobie w o wiele mniej profesjonalny sposób.

     Jednak nie miał czterech nóg, ale w głębi i tak czuł się usatysfakcjonowany, ponieważ nie pomylił się aż tak bardzo w swoim rozrachunku. Jego ciało utrzymywało się na dwóch dość niepewnie stojących odnóżach, zakończonych stopami obutymi nie w klasyczne sandały, w których gustował najbardziej, a w zwykłe, poprzecierane tenisówki. Nogi także nie były nagie, a okryte granatowym, szorstkim materiałem.

     Z niejakim opóźnieniem zorientował się o dwóch dodatkowych kończynach, które

4




zwisały dotychczas bezwładnie wzdłuż jego odzianego w miękką, bawełnianą tkaninę tułowia. Spróbował nimi poruszyć, unosząc je i przybliżając do swych oczu. Zakończone były dłońmi z niezwykle sprawnymi palcami i przeciwstawnymi kciukami.

     To były ręce. Ręce. Pogładził się nimi w okolicy oczu, napotykając nos, o którego obecności zorientował się na samym początku. Identyfikował po kolei policzki, usta, brwi, a na końcu gładką powierzchnię głowy, pozbawioną choćby jednego włosa.

     Ręce. Nos, brwi, usta. Dwoje nóg. Zupełnie jak…

     U człowieka! A niech to!
Głupiś, stary durniu, po tylu latach zachciało ci się znowu zamieniać w istotę ludzką.


     Przygoda Jezusa dobitnie uświadomiła go, że nie jest to najlepszy pomysł. W wyniku tego choć nie zdarzyło się to już od bardzo dawna, poczuł lęk. Szybko jednak się opanował, zdając sobie sprawę, że skoro znajduje się sam jak palec w ograniczonym czterema ścianami, zamkniętym pomieszczeniu, to w żadnym wypadku nic mu nie grozi. Przecież nawet on sam nie był już w stanie sprawić, że z nicości nagle wypadną na niego żądni krwi najemnicy, wymachujący batami,

5




młotkami i gwoźdźmi.

     Krzyż i tak nie zmieściłby się przy tak niskim sklepieniu, ocenił.

     Ustalił już więc, że jest bezpieczny. I co teraz? Jak miał wydostać się z tego szamba, w które sam się wpakował? Nie przystało mu bluzgać, jednak miał na to okropną ochotę. Po latach obserwacji ludzkich zachowań, już dawno zauważył, że wyrzucenie z siebie wiązanki soczystych przekleństw nieraz przynosiło ulgę. Postanowił jednak nie poddać się tej pokusie, chcąc zachować w swojej sytuacji choć odrobinę godności.

     Zdecydował, że musi się namyślić. Spróbował usiąść ostrożnie na podłodze, jednak ostatecznie i tak klapnął gwałtownie tyłkiem o twardą posadzkę. Ból, promieniując od kości ogonowej, powędrował dalej wzdłuż kręgosłupa i było to uczucie, którego również nie zaznał od wieków. Cóż, to będzie więc jego nauczka. Zachciało mu się spełniać życzenia!

     Co tu dużo mówić, sam był ciekawy. Gdy, jak co wieczór wsłuchiwał się w modlitewne głosy ludzkiego gatunku, słysząc pytanie pięcioletniej dziewczynki, dobiegające jednocześnie z daleka jak i bliska, zapłonęła w nim fascynacja, za którą

6




powinien się wstydzić.

     Co by było, gdybyś w swojej nieskończoności, stał się skończony?

     Teraz już wiedział. To.

     Od wieczności starał się być raczej przyjaznym Bogiem. Czynił to z resztą ze szczerych chęci — miłował ludzi, których stworzył i zawsze z uwagą przysłuchiwał się ich problemom, starając się znaleźć na nie rozwiązanie, nieważne jak błahe by one nie były. Często także był przez ludzi zaskakiwany — nie tylko ich okrucieństwem i gruboskórnością, ale nieraz dociekliwością, wnikliwością badania natury świata, w którym zostali osadzeni. Jeden tylko On wiedział, jak wiele pozostało im do odkrycia i każdej sekundy swojego nieskończonego życia przyglądał się im i kibicował ich działaniom. Nigdy jednak nie spodziewał się, że pytanie zwykłej, niczym nie wyróżniającej się dziewczynki narobi w jego myślach tyle ambarasu.

     Nie mógł się powstrzymać, poprzestając na tym, co podpowiadała mu nieopisana wiedza. Kogo obchodzi jakakolwiek wiedza? W życiu przecież chodzi o doświadczenia, o przeżycia! Musiał sam sprawdzić.

     Tak oto znalazł się w tym miejscu. Co począć dalej? W jego głowie nie

7




pojawiał się żaden błyskotliwy pomysł, który przedtem nawiedziłby go w mgnieniu oka. Wiedza, którą tak bardzo wcześniej pogardził, tym razem postarała się o to, aby sam został pogardzony.

     Zasępił się, zwieszając w dół ciążącą mu coraz bardziej głowę. I co teraz będzie? Co Wszechświat zrobi bez niego? Nie martwił się o niezliczone zastępy niebios, tam świetnie poradziliby sobie nawet, gdyby pozbawić ich z dziesięciu tak nieudolnych Bogów jak On. Bardziej niepokoił się o ludzi, którzy tak licznie, dzień i noc oczekiwali jego pomocy. Zawsze bał się spuszczać ich z oka chociaż na chwilę, a gdy już był zmuszony to zrobić, za każdym razem okazywało się, że o mały włos sami sobie nie zgotowali zagłady. Ostatnio uwzięli się jakoś na te wirusy. On sam nie widział w tych drobnoustrojach jakoś niczego interesującego, ale oni mnożyli je i mnożyli, na potęgę. Przed tym, zanim sam siebie uwięził w tej klatce, wszystko jeszcze było w porządku, ale teraz…

     Zadrżał, myśląc, na jak wiele sposobów coś mogło pójść nie tak w tych sterylnie czystych laboratoriach, w których człowiekowi wydawało się, że to on panuje

8




nad sytuacją. Musiał jakoś powstrzymać tych głupców, zanim stanie się nieszczęście!

     Gdy siedział tak, wzburzony swoimi myślami, poczuł, jak coś uwiera go w biodro. Z niemałą trudnością skierował w tamtą stronę palce swojej wciąż nie do końca posłusznej dłoni. Delikatnie badając dotykiem płaski, prostokątny przedmiot, niezgrabnie wyłuskał go z kieszeni swoich spodni. Ujął go z zaciekawieniem, przysuwając bliżej twarzy. Światło, padające ze słabej żarówki, odbijało się na jego szklanej powierzchni. Po bokach, malutkie niczym ziarna pszenicy, mieściły się twarde wypustki.

     Wiedział już doskonale, co ma w rękach. Z niechęcia, a może i odrobiną pogardy, przyglądał się czarnemu jak noc ekranowi dotykowej komórki, zarazie pochłaniającej od całkiem niedawna ludzkie umysły. Gdyby znajdował się w innej, trochę bardziej sprzyjającej mu sytuacji, zapewne bez namysłu zamachnąłby się i roztrzaskał telefon o pobliską ścianę. Wiedział jednak, że tym razem nie może sobie na to pozwolić. Jako istota mająca z wiecznością aż za wiele wspólnego, doskonale znał kaprysy losu i przeznaczenia, od razu wyczuł więc, że ten

9




nieokiełznany pożeracz szarych komórek nie znalazł się w jego rękach przez przypadek. Wszystko ma na świecie jakąś rolę do spełnienia — to była zasada, której od lat ochoczo przyklaskiwał.

     Wcisnął największy z przycisków, z trudem trafiając w niego opuszkiem wskazującego palca prawej ręki. Ekran rozświetlił się, przytłumiając blask wiszącej nad jego głową żarówki. Na nim, bez żadnych zbędnych ceregieli, wyświetliła się jedna, pojedyncza ikona, przedstawiająca białą literę „f” na błękitnym tle. O niej Bóg także dowiedział się dotąd aż nadto, jednak bez zbędnego gderania, kliknął w nią, oczekując na to, co miało się wydarzyć.

     Przed jego twarzą pojawiła się feeria barw, ściany niekończącego się tekstu, które czytał szybko, bez najmniejszego namysłu. W jednym miejscu — tylu ludzi naraz! Każdy coś oświadcza, skarży się, szuka pomocy, rady… Od natłoku informacji zaparło mu dech w piersiach.

     Jakaś nastolatka martwiła się złym traktowaniem ze strony chłopaka, ktoś żalił się, że nie ma powodzenia w miłości, czyjeś opony zostały przebite, grządki rozkopane… A ktoś szukał skutecznego

10




sposobu obrony przed panoszącym się na świecie wirusem. Bóg westchnął. A więc stało się! Wystarczyło, że zniknął dosłownie na moment!

     Nie mógł jednak siedzieć bezczynnie, teraz widział doskonale ilu ludzi potrzebuje jego opieki. Intuicyjnie kliknął w puste pole pod ścianą tekstu, po czym na jego wyświetlaczu wysunęła się zajmująca pół ekranu klawiatura.

     Nie wiadomo, w jaki sposób, ale posiadał już konto na tym szatańskim portalu. I bardzo dobrze. Szkoda tracić czasu na takie głupoty, kiedy gołym okiem widać, że świat się kończy. Musiał jak najszybciej wkroczyć do akcji.

     Jego palce służyły mu coraz posłuszniej z każdą wybitą na wirtualnej klawiaturze literą. Kilka minut zajęło mu spisanie obszernej odpowiedzi na post zamartwiającej się nastolatki, a gdy skończył, zabrał się za właściciela przebitych opon. Nie obejrzał się nawet, kiedy po skończonym wpisie przechodził do następnego, nie dając sobie nawet chwili na odpoczynek. Robił właściwie to samo, co zazwyczaj — radził, nie wskazując dosłownie rozwiązania, ale naprowadzając na nie opiekuńczo, zapewniając jednocześnie o swoim wsparciu i miłości.

11






     Zdziwił się, gdy pod jego wypowiedziami pojawiały się ikonki niewielkich serduszek, bo tego, jak długo zajmował się opieką nad ludzkim żywotem, nigdy jeszcze nie doświadczył. Poczuł się doceniony — i to nie w taki sposób, w jaki ze skrępowaniem słuchał wielbiących go, klepanych w kościołach formułek modlitw. Był potrzebny, ludzie go potrzebowali. Nie zorientował się nawet, że w swojej nowej postaci, z oczami wlepionymi w ekran oświetlający jego wychudłą, wątłą twarz, wygląda w sumie dokładnie tak samo jak oni. Liczyły się tylko ich problemy, na które znów mógł odpowiadać. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo mu tego brakowało.

     A co z odnalezieniem sposobu, by powrócić do swojej zwykłej, boskiej postaci?

     Zajmie się tym później. Ma przecież na to całą wieczność.

12




Wyrazy: Znaki: