Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 74
Dzisiaj w pracowni: 2
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

12. Własna Ścieżka, pt1ikonka kopiowania

Autor: Fortune twarz męska

grafika opisu

rozwiń




https://drive.google.com/file/d/1IbL-K0njQZhN3NkT4dfMTHOtU9EvErpo/view?usp=sharing
*****
12. Własna Ścieżka, pt1
****
****
Głęboko pod ziemią, w wielkiej, wilgotnej grocie znajdowało się niezwykłe osiedle. Koślawe budynki wyglądały jakby były inspirowane rysunkami niezbyt uzdolnionego trzylatka, ale jakimś cudem nie rozpadały się. Przynajmniej przez jakiś czas.
Wiele z krzywych ścian było posklejanych taśmą lub powiązanych sznurkiem. Na ulicach powykrzywiane lampy gazowe wiły się na wszystkie strony, a niektóre syczały porozumiewawczo, wydzielając przy okazji dziwny, słodkawy zapach. Co jakiś czas coś gdzieś eksplodowało lub przewracało się, ale to przecież była naturalna kolej rzeczy. Nic niezwykłego - nie na osiedlu goblinów.
Nad jedną ze skalnych półek przeskoczyła fioletowa błyskawica. Ktoś zaklął głośno.
- Mówiłem ci, musisz się skoncentrować! – powiedział wąsaty troll, w luźnej, czarodziejskiej szacie. Poprawił swój długi, kolorowy szal, który znowu zaczynał się rozwijać.
- To nic nie da, Bartiani. Po prostu jesteś za szybki – odpowiedział jego przeciwnik, człowiek w czarnym płaszczu do kolan i ciemnych

1




włosach. Miał niewielkie, świeże rozcięcie na twarzy. Mimo kilku drobnych zmarszczek nadal wydawał się być młody – nie mógł mieć wiele powyżej dwudziestki.
- Mike, byłeś już naprawdę blisko – odrzekł troll i uniósł przed siebie misternie zdobioną różdżkę. – No, próbujemy jeszcze raz. Przygotuj się!
Z nieludzką prędkością machnął różdżką, a z jej czubka wystrzeliła kolejna fioletowa błyskawica.
Mike zareagował natychmiast - przywołał przed sobą niewielką czarną chmurę, ale ta po raz kolejny zamknęła się o ułamek sekundy za późno i przepuściła atak. Błyskawica smagnęła chłopaka po twarzy, robiąc na niej drugie nacięcie. Mike zaklął.
- Spróbuj się rozluźnić – powiedział Bartiani, ponownie poprawiając szal. Wygładził szare, sumiaste wąsy. – Czysty umysł, spokój, sprzyja czarowaniu.
Mike już miał zamarudzić, ale powstrzymał się. To prawda, każdy czarodziej wiedział, że spokój to podstawa, on również. Ale teraz jakoś nie do końca chciał się z tym zgodzić. Nie potrafił wyjaśnić dlaczego, ale czuł, że to nie spokój był tym czego potrzebuje.
- Tak – przytaknął mimo wszystko i

2




spróbował opanować umysł. Jego intuicje mogły być przecież błędne, natomiast Bartiani znał się na rzeczy. Był jednym z najznakomitszych czarodziejów na Atlantydzie, prawdziwym Mistrzem Magii w pełnym tych słów znaczeniu.
Mike zamknął oczy i odetchnął głęboko. Po kilku sekundach otworzył je - miał jeszcze jeden pomysł. Ćwiczył z Bartianim od miesięcy i nabrał w tym czasie wrażenia, że troll ma całkiem otwarty umysł, ale mimo wszystko nadal nie był pewny jak zareaguje.
„Cóż, chyba w końcu warto się przekonać” – pomyślał i wyciągnął zza pasa czarny nóż, wykręcając przy okazji efektownego młynka.
Wstrzymał się jeszcze przez moment i spojrzał na Bartianiego - dawał mu czas na reakcję. Widząc, że troll nie protestuje, rozciął sobie wnętrze dłoni - po całym ciele przeskoczył mu znany, nieprzyjemny, tik. Czerń budziła się wewnątrz jego ciała zachęcona ofiarą z krwi.
- Chciałbym spróbować teraz – powiedział, kiedy z kącików jego oczu zaczęły wydobywać się strużki czarnego dymu. - Możemy?
Bartiani milczał przez kilka sekund. W końcu uśmiechnął się zagadkowo i ukłonił.
- Gotowy? –

3




zapytał.
Mike skinął głową, a Bartiani bez ostrzeżenia wypalił kolejną błyskawicą... A zaraz potem kolejną!
Chłopak spodziewał się, że troll będzie chciał mu utrzeć nosa czymś więcej niż zwykłym, pojedynczym atakiem - tylko dzięki temu zdążył przywołać aż dwie czarne chmury. Pierwsza błyskawica została połknięta przez pierwszy obłok, który rozprysnął się w deszcz fioletowych iskier. Druga trafiła Mikego tuż pod żebra - była inaczej skonstruowana niż poprzednie, była szybsza, ale nie rozcinała ciała tak jak tamte. Zamiast tego go do góry. Chwilę potem Mike uderzył plecami o skalne podłoże.
- Zablokowałem ją! – wykrzyknął, nie przestając się trzymać za bolący bok. – Widziałeś? Zablokowałem!
Bartiani zmrużył oczy.
- Istotnie. – Podszedł do Mikego i pomógł mu wstać. – Wszystko w porządku?
- Tak – odparł Mike i wskazał palcem na swoją twarz. – Chodzi ci o to?
Jego twarz była zdecydowanie bardziej pomarszczona niż wcześniej. Wszyscy na Atlantydzie wiedzieli, że Mike w jakimś niewielkim stopniu korzysta z Czerni i tolerowali to, ale Ofiara Krwi, którą przed chwilą złożył… To było coś

4




zdecydowanie poważniejszego. Bartiani wygładził wąsy.
„Czarna magia wyżera jego ciało...” - Bartiani miał już okazję zobaczyć wysuszone na wiór truchła czarnoksiężników.
Mike Jeszcze raz wskazał na swoją zdeformowaną twarz i machnął ręką jakby nic niezwykłego się nie stało.
- To naprawdę nic – powiedział, wpatrując się w Bartianiego i badając jego reakcje. - Te zmiany są odwracalne. Kontynuujemy?
Troll zastanawiał się przez chwilę. W końcu uniósł różdżkę.
- Jeszcze raz – polecił. – Przygotuj się.


     ***

     
- Na wszystkie Goplany, połóż go tutaj! Szybko! – Gata jednym ruchem zgarnęła ze stołu pergaminy i puste flakoniki. Jej opadające do ramion, kasztanowe włosy w mgnieniu oka posłusznie zawiązały się w kucyk.
Bartiani położył nieprzytomnego Mikego na stole. Twarz chłopaka była przerażająca - miała nienaturalnie szary kolor i była zdeformowana, jakby stopiona. Dłonie wyglądały podobnie. Do tego jego skóra wydzielała obrzydliwy, gryzący odór.
- Co za idiota. Mówiłam mu, że ma nie przesadzać! – Młoda szeptucha wyciągała z szafek kolejne składniki, które ładowała do kamiennej

5




miseczki. Po chwili stanęła nad pacjentem, nie przestając ucierać mieszanki. – Mam tylko nadzieję, że nie jest za późno.
Bartiani obserwował w milczeniu jak młoda wiedźma rozpoczyna swoje niezrozumiałe szepty ponad ciałem chłopaka. Nabrała na palce substancji z miseczki i najpierw wysmarowała nią powieki Mikego, a potem wsadziła mu ją do ust i wnętrza nosa. Chłopak nadal pozostawał nieprzytomny, ale okropny zapach, który wydzielało jego ciało wydawał się zelżeć. A może po prostu ziołowa mieszanka Gaty nieco przytłumiła smród… Bartiani nie był pewny. Mimo całej swojej wszechstronnej wiedzy i doświadczenia, niewiele wiedział o pradawnej, dzikiej, szeptanej magii. Tak naprawdę niewielu cokolwiek o niej wiedziało. Wszyscy, którzy praktykowali takie „dzikie” czary przez wieki trzymali się z daleka od wszelkich zorganizowanych społeczności czarodziejów, które niegdyś bezwzględnie prześladowały i tępiły wszelkie odmienności od klasycznego, usystematyzowanego systemu czarodziejstwa opartego na czterech żywiołach. Poza tym nader często takie osoby okazywały się zwykłymi, niekompetentnymi wariatami i oszustami, ale Gata…

6




Gata ewidentnie była prawdziwą specjalistką w swojej dziedzinie. Jedyną na Atlantydzie. I zapewne jedną z ostatnich ocalałych na całym świecie.
- Co z nim będzie? – zapytał Bartiani. – Zanim stracił przytomność powiedział żeby go tu zabrać. Bywał już w takim stanie?
Gata nie odrywała wzroku od Mikego i nie przestawała szeptać. Po chwili odezwała się do Bartianiego, ale jej szepty nadal unosiły się w powietrzu.
- W tak złym jeszcze nie. Owszem, zaczynały się już małe deformacje, ale jeszcze nigdy coś takiego.
- Ale jesteś w stanie go wyleczyć, tak?
Gata parsknęła.
- Tu nie chodzi o wyleczenie. Każdy kawałek ciała jest zbudowany z czterech podstawowych elementów. Czerń, którą Mike przywołuje, pożera te elementy. Tu nie ma choroby, którą mogę wyleczyć.
„A on jeszcze dobrowolnie dokarmia ją swoją krwią…” - pomyślał Bartiani.
- A może można mu jakoś po prostu przekazać elementy? Uzupełnić niedobór? – Rozłożył ręce. O leczniczej magii wiedział niemal tak samo mało co o szeptanej. – Zrobić jakiś przeszczep?
Szeptucha pokręciła głową.
- To nie takie proste. Nawet gdyby chodziło tylko o jeden

7




element, gdybyśmy wprowadzili go bezpiecznie do ciała Mikego, jego organizm nadal mógłby to uznać za coś obcego. Mógłby zacząć to zwalczać, powodując jeszcze większe szkody. A przecież elementy są aż cztery, do tego w niezliczonej liczbie konfiguracji. Nie mamy szans żeby to wszystko dokładnie odwzorować. Musimy pozwolić ciału Mikego samemu się zregenerować.
- Ile to potrwa?
- Ciężko powiedzieć. Tak czy inaczej za parę godzin będzie wiadomo czy terapia jest skuteczna.
- A jeśli nie będzie skuteczna?
Gata nie odpowiedziała.
- A my możemy tylko czekać… - mruknął posępnie Bartiani.
Gata skinęła głową.

      Bartiani nie zamierzał zostawiać Mikego. Nie chodziło o to, że czuł się winny – zagłębianie się w czarnej magii było własnym wyborem chłopaka i Bartiani nie sądził, aby miał prawo w niego ingerować. Poza tym i tak pewnie nie byłby w stanie powstrzymać Mikego od ćwiczenia w sekrecie. Patrząc na ostatnie dwa dni ich wspólnego treningu, które poświęcili na prace z Czernią i biegłość z jaką Mike się nią posługiwał, chłopak musiał ćwiczyć się w tym od miesięcy.
„Zapewne od incydentu z Franzem” –

8




ocenił Bartiani. – „A ja nic nie zauważyłem…”
Franz był partnerem Mikego w wyprawach poza Atlantydę. Razem sprowadzili do miasta wielu prześladowanych na kontynencie czarodziejów – Gata była jednym z takich ocalałych. Jednak z czasem sprawy się pokomplikowały. Na kontynencie pojawił się nowy miot łowców czarownic, którzy skutecznie wychwytywali niemal każdego czarodzieja wysłanego z Atlantydy. Franz był pierwszym, a Mike ledwo uszedł z życiem z tamtego spotkania.
W związku z utratą kolejnych czarodziejów Rada Atlantydy w końcu zarządziła całkowite zamknięcie bram i wstrzymanie wszelkich wypraw na powierzchnię. Mikemu, tak jak Bartianiemu, nie podobało się to, ale musiał to jakoś przełknąć. Od wtedy miał się skupiać na treningach z Bartianim i zdobyciu swojego mistrzowskiego tytułu. Formalnie chłopak ukończył trening pod okiem samego Kreatora już wiele miesięcy wcześniej, ale aby otrzymać swój tytuł nadal musiał przeprowadzić prezentację władania co najmniej jednym z czterech żywiołów przed odpowiednią Radą Mistrzów – w tym wypadku Radą Atlantydy. Troll miał mu w tym pomóc, ale po drodze uwidocznił się

9




pewien istotny problem - we wszystkich czterech żywiołach chłopak był tragiczny.
Bartiani musiał przyznać, że Mike wcale się nie obijał. Chłopak nie opuścił żadnego treningu, do tego niewątpliwie ćwiczył samodzielnie – nie zmieniało to jednak faktu, że pozostawał beztalenciem.
„Bez talentu, wewnętrznej mocy, nawet najcięższy trening nie będzie w stanie wiele zmienić.” – Bartiani wygładził wąsy. – „A teraz jeszcze okazuje się, że chłopak interesuje się Czernią bardziej niż ktokolwiek przypuszczał. To nie spodoba się Radzie…”
Z drugiej strony, jeśli Rada zabroni Mikemu treningów z czarną magią, ten pewnie i tak znajdzie sposób żeby nadal to robić, po prostu poza wzrokiem wszystkich tak jak miało to miejsce do tej pory. Przystępując do konspiracji, Bartiani mógł przynajmniej mieć tego diabła i jego postępy na oku.
„Tak, to może być interesujące. Jeśli chłopak z tego wyjdzie i będzie chciał, będziemy kontynuować trening” – zdecydował. – „Ale najpierw i tak będzie musiał odpocząć.”

      Mike leżał na stole Gaty od dobrych trzech godzin. Bartiani zdążył w tym czasie uciąć sobie drzemkę, a

10




teraz popijał z młodą szeptuchą zaparzone przez nią zioła, spoglądając za okno chatki na spowity mrokiem las. Było w tych drzewach coś prawdziwie niepokojącego. Bartiani rzadko tu bywał, ale każda wędrówka wąskimi, wijącymi się ścieżkami tego osiedla przyprawiała go o dreszcze.
Osiedle Leśne było dwa razy mniejsze od goblińskiego, ale za to całą płaszczyznę groty pokrywała gęsta, kontynentalna puszcza, podobna do Teriańskiej. Zaczęło się od dużo mniejszej skali i nikt nie spodziewał się, że malutki, zaczarowany zagajnik wychodowany dla „dzikich” gatunków takich jak rusałki czy diabliki, przemieni się w coś tak widowiskowego. Teraz jednak nawet sufit tej groty był opleciony korzeniami, a ze skalnych ścian wyrastały potężne drzewa.
Bardziej konwencjonalne gatunki, które zdecydowały się tu zamieszkać budowały swoje chatki na ścianach lub podwieszały je pod sklepieniem, tak aby nie naruszać czcigodnej puszczy rozciągającej się poniżej. Chatka Gaty jako jedna z nielicznych została zbudowana jeszcze zanim las tak bardzo się rozrósł i znajdowała się w jego najmroczniejszym środku. Bartiani wzdrygnął się -

11




zdecydowanie nie mógłby tu mieszkać.
Szeptucha podeszła do okna i nakarmiła oczekującego tam jelenia. Troll uśmiechnął się pod nosem.
- Coś nie tak? – zapytała.
- Ależ nie, w żadnym wypadku. To po prostu… Wiesz, to bardzo niesamowite jakby się nad tym zastanowić. Jeszcze rok temu mieliśmy tylko kilka niedużych jaskiń. Mimo szczerych chęci, nie byłbym w stanie uwierzyć, że Atlantyda urośnie do takich rozmiarów. A teraz, mamy własną Pradawną Puszczę, kawałek dalej swoją grotę mają gobliny, a jeszcze kawałek dalej nieumarli. Musisz przyznać, że to dość nieprawdopodobne, nawet jak na miasto zbudowane przez czarodziejów.
- Tak. – Gata zamknęła okno i wróciła na fotel. Sięgnęła na stolik po kilka świeżo upieczonych ciasteczek. – Ale moja nauczycielka opowiadała mi, że przed katastrofą Atlantis był jeszcze bardziej niesamowity. Podobno unosił się w chmurach, na wielkich latających skałach.
- Ale nie miał lasu. – Zauważył Bartiani.
- Ani goblinów. – Gata parsknęła.
- Ani nieumarłych. – Troll pociągnął łyka herbaty. – Ale to prawda. To rzeczywiście było piękne miasto.
- Byłeś tam?
- Och,

12




niejeden raz. W stolicy mieszkały tysiące magów. Wielu studentów Askerd pochodziło właśnie stamtąd.
Gata zacisnęła wargi.
- Moja nauczycielka… Mówiła mi, że czarodzieje mieli strzec porządku na świecie. Równowagi. Że właśnie po to mieli moc – powiedziała. - Podobno magiczne szkoły zawsze miały swój kodeks, zasady, które przekazywały kolejnym pokoleniom.
Bartiani również sięgnął po ciasteczko.
- Twoja nauczycielka, jak na wiedźmę, dużo wiedziała o konwencjonalnych czarodziejach.
Gata rzuciła mu jadowite spojrzenie.
- Nie była wiedźmą – wycedziła ozięble. – Była szeptuchą. I tak, dużo wiedziała o magach. Znała nawet kilku. Podobno byli jej przyjaciółmi. Jednak jakoś żaden z nich nie przybył nam pomóc. - Wytarła łzę zanim ta zdążyła opuścić jej błękitne oko.
Troll milczał. Nie zamierzał kłamać. Wszyscy tytularni czarodzieje, Mistrzowie Magii, oficjalnie nadal wyznawali wszelkie ideały czarodziejskiej służby. Ślubowali to podczas ceremonii przyjmowania tytułu. W praktyce jednak rzeczone ideały gdzieś zanikły. Niewielu je praktykowało, a jeszcze mniej znanych mu czarodziejów podejmowało realne

13




działania, aby rzeczywiście dbać o równowagę na świecie. Te zasady, mityczna „czarodziejska służba”, były niczym więcej niż romantyczną legendą, wspomnieniem. A w tych czasach, jak smutna nie byłaby ta prawda, nie było możliwości, aby je pielęgnować. Atlantisu, latającej stolicy magii, już nie było, dawnych przywódców, autorytetów, wskazujących drogę czarodziejskim społecznościom także. Z resztą same społeczności również niemal całkowicie wyginęły. Młodziutka Atlantyda była jedną z ostatnich. Zorganizowany czarodziejski świat właściwie przestał istnieć.
Niezręczną ciszę przerwało ciężkie pukanie do drzwi. Bartiani od razu rozpoznał tą wyraźną, martwą aurę i spojrzał na nieprzytomnego Mikego. Potem przeniósł wzrok na Gatę.
- Spodziewasz się gości? – zapytał.
- Mistrz Grellgor czasem mnie odwiedza – odparła, nadal ozięble, szeptucha i spojrzała na zdeformowanego pacjenta. – Widząc go w takim stanie, na pewno domyśli się, że korzystał z Czerni.
Troll pokręcił głową.
- A potem, nasz cnotliwy, gnijący paladyn, bez wątpienia nie omieszka poinformować o tym reszty Rady... – dodał gorzko.
-

14




Przeniesiemy go do sypialni, pomóż mi!

      Dzień dobry – rozbrzmiał posępny, lodowaty głos kiedy wielka sylwetka w ciężkiej, czarnej zbroi przekroczyła próg chatki. Liczne, wyrastające z jej pancerza kolce, jak na zawołanie, roztopiły się - Upadły Paladyn nie zamierzał uszkodzić nimi wyposażenia wewnątrz chatki młodej szeptuchy. Roztaczał wokół siebie przyjemny zapach owoców cytrusowych i czegoś jeszcze, jakby… Tak, to mogła być gruszka.
– Mistrzu Bartiani – kontynuował Arcylisz Grellgor - nie spodziewałem się pana tutaj spotkać. Przepraszam jeśli wam przeszkodziłem.
- Ależ nie, to nic takiego – odparł troll i skubnął kolejne ciasteczko ze stołu. Wpatrywał się przez chwilę w miseczkę ze smakołykami po czym z zaciekawieniem spojrzał na Upadłego. Grellgor nigdy nie pokazywał się bez hełmu. – Jeśli mogę spytać, zawsze mnie to ciekawiło, jadacie takie?
- Owszem – odparł Grellgor, z każdym słowem wypuszczając przez zabudowany, rogaty hełm chmurę kryształków lodu. Dosiadł się do Bartianiego. – Nieumarli nie muszą jeść jako tako, ale ja osobiście uwielbiam wypieki Gaty. Bardzo lubię też herbatę, którą

15




robi. Ją mogę pić przez słomkę... Tak jak ludzi. – Roześmiał się posępnie, na wypadek gdyby Bartiani nie zrozumiał, że tylko żartował.
- Grellgor! – warknęła Gata, dostawiając obok trzecie krzesło dla siebie. – To wcale nie jest śmieszne.
Bartiani nawet się uśmiechnął.
- Och, przepraszam – odrzekł pokornie nieumarły. – Ale chyba nie odmówisz mi przez to swojego pysznego naparu?
Gata pokręciła głową i skierowała się do kuchni.
- Nie, zaraz coś przygotuję. Może być hibiskus? W międzyczasie powiedz co cię sprowadza. To co zawsze?
- Tak. – Grellgor sięgnął po ciasteczko i upewnił się, że nie da rady wcisnąć go pod hełmem. – To co zawsze. Muszę przyznać, że całkiem mi odpowiadały ostatnie cytrusy, ale chyba wolałem jak były z miętą. Nie obraź się, ale ta gruszka jest troszeczkę mdła.
- Więc wolisz coś co już znasz? - zawołała Gata z kuchni. - Czy może znowu spróbujemy czegoś nowego?
- Hmm… Sam nie wiem. – Nieumarły w desperacji połamał ciastko, ale w takiej formie nadal nie chciało się zmieścić pod szczelną osłoną twarzy. – Możesz mnie spróbować zaskoczyć czymś, jeśli to nie

16




problem.
Bartiani spojrzał wymownie na pogniecione ciastko trzymane w ciężkiej, opancerzonej, czarnej rękawicy.
- Jeśli chcesz, mogę się odwrócić – zaproponował.
- Mógłbyś? – spytał niepewnie nieumarły. – Wybacz, po prostu nie mogę się powstrzymać. Za wypieki Gaty mógłbym umrzeć. – Parsknął, ale Bartiani chyba nie wychwycił żartu.
- Żaden problem. – Bartiani odwrócił się i po chwili zza jego pleców dobiegło głośne chrupanie.
- No może jeszcze tylko jedno – stwierdził posępny głos. – Ale już naprawdę ostatnie. Już, dziękuję mistrzu Bartiani.
To nic. – Troll uśmiechnął się do nieumarłego kiedy ten poprawiał hełm. – Są rzeczywiście pyszne.
Gata postawiła przed Grellgorem filiżankę z herbatą i zanurzoną w niej długą słomką. W drugiej ręce trzymała niedużą butelkę. Ją również postawiła na stole i wyciągnęła korek.
- Chcesz zgadnąć co mam dla ciebie tym razem? – zapytała.
- Och nie. Wiesz, że jestem w tym fatalny – odrzekł Arcylisz i nachylił się, zaciągając się zapachem z butelki. – Jest inne niż do tej pory. Podoba mi się. Co to takiego?
Silna, słodka, ciepła i

17




przyjemna woń wypełniła całe pomieszczenie.
- Truskawka? – spróbował zgadnąć Bartiani.
- Niestety nie. – Gata zaśmiała się z dumą. – To moje najnowsze dzieło. Malina plus kilka nutek innych owoców leśnych.
Bartiani sięgnął po kolejne ciastko. Grellgor łakomie obserwował smakołyk aż ten nie zniknął pod wąsami trolla. Głośno przełknął ślinę. Nachylił się nad filiżanką i posępnie pociągnął ze słomki. Bartiani ponownie zaciągnął się zapachem unoszącym się w powietrzu.
- Bez wątpienia będziesz najlepiej pachnącym nieumarłym w okolicy! – Zaśmiał się.
Zapach śmierci i rozkładu nie był czymś co dawało się wyeliminować na dobre nawet za pomocą magii. Żeby wszelkie żywe gatunki na Atlantydzie były w stanie jakoś funkcjonować w obecności nieumarłych, trzeba było coś z owym odorem zrobić. W związku z tym każdy nieumarły obowiązkowo zażywał magiczne mikstury, które zmieniały jego zapach. Wszelkie zombie i szkielety Atlantydy rozprowadzały wokół siebie przeróżne miłe wonie. Biznes perfumeryjny w Dzielnicy Nieumarłych kwitł w najlepsze, a klienci zabijali(by) się o najnowsze mieszanki.
Niewielu

18




o tym wiedziało, ale Gata w tej branży nie miała sobie równych i Grellgor regularnie korzystał z jej usług. Oczywiście nie zamierzał nikomu zdradzać swojego sekretu.
- Bartiani, jeśli mogę – odezwał się – zależałoby mi na tym, aby moja wizyta tutaj pozostała tajemnicą.
- Jaka wizyta? – zapytał troll.
Grellgor skinął głową w wyrazie szacunku.
- Dziękuję. Skoro już rozmawiamy o tajemnicach – powiedział. – Może zechcesz mi powiedzieć co tak właściwie tutaj robisz? Wydawało mi się, że miałeś dzisiaj trenować z Mikem. – Zrobił lodowatą pauzę. – Jak było?
Bartiani szukał najbezpieczniejszej odpowiedzi. Sięgnął po herbatę, aby ukraść sobie trochę czasu na zastanowienie się.
- To interesujący chłopak - odezwał się po łyku, powoli odkładając filiżankę. Poprawił szal. – Z tego co słyszałem to ty nauczyłeś go pierwszego zaklęcia, to prawda?
- Istotnie. – Grellgor pociągnął ze słomki. - Choć jego dalszy trening to zasługa Kreatora. Największy Mag z jakiegoś powodu zdecydował się marnować dla niego swój czas. Ja, tak samo jak każdy, nie dawałem mu większych szans. Nie miał żadnego

19




magicznego talentu. Ale to się akurat nie zmieniło, prawda?
Bartiani westchnął.
- Tak, to prawda. Nadal jest fatalny.
- Ale jednak zdecydowałeś się poświęcić mu swoją uwagę?
Troll wzruszył ramionami.
- Kreatorowi się nie odmawia. Choć prawdę mówiąc, Mike zaintrygował mnie. Mimo braku mocy nadal chce trenować i daje z siebie naprawdę wszystko.
- Niewątpliwie – odparł Grellgor bez sekundy zwłoki. Wydawało się, że przez hełm wwierca w Bartianiego swoje spojrzenie. – Jest intrygujący. Nie znam nikogo innego kto byłby splugawiony czystym elementem Czerni.
- Czerń jest niebezpieczna – wycedził troll.
- Och, bez dwóch zdań. – Ton nieumarłego zmienił się na jeszcze bardziej lodowaty, a temperatura w pomieszczeniu wyraźnie się obniżyła. Herbata w filiżankach zamarzła na kamień. – Zastanawiałem się jaki związek ma twoja wizyta z tą aurą czarnej magii, która unosi się sponad tego stołu.
Bartiani zaklął w duchu. Owa aura była ledwie wyczuwalna. Wykrycie jej wymagało nie lada skupienia oraz umiejętności i właściwie nieprawdopodobne było, aby ktoś dokonał tego przez przypadek. A jednak, nie ważne jak, Grellgor

20




ją wykrył… Troll spojrzał na Gatę, zastanawiając się czy kłamanie w tej sytuacji ma sens. Wątpił, aby był w stanie przekonać przenikliwego nieumarłego jakąś trefną historią. Ale z drugiej strony - wyjawienie obecności Mikego i jego stanu najpewniej będzie skutkować tym, że rada Atlantydy, w której Grellgor również zasiada, dowie się jak bardzo chłopak zagłębia się w czarną magię. Co gorsza mistrz Tant, który przewodniczył Radzie podczas nieobecności Kreatora, miał sztywne i nieprzychylne spojrzenie na Czerń…
- Mike tu jest – wypaliła nagle Gata, pozbawiając Bartianiego dylematu. – Teraz jest nieprzytomny i czekamy aż zaczną się cofać zmiany spowodowane przez Czerń. Często trenuje czarną magię i czasem przychodzi do mnie, abym mu pomogła z negatywnymi skutkami.
Bartiani i Grellgor spojrzeli po sobie.
- No co? – Szeptucha rozłożyła ręce – Gdyby nie on, nie byłoby mnie tu. Tak samo wielu innych istot! Od dawna ćwiczy żeby stać się jeszcze potężniejszym i móc pomagać kolejnym potrzebującym na kontynencie. Jestem pewna, że ta wasza cała rada to zrozumie!
Bartiani i Grellgor spojrzeli po sobie ponownie. Oni

21




nie byli tacy pewni.
- Wydaje mi się… - odezwał się z wahaniem Bartiani, chcąc wybadać nieumarłego – że chyba lepiej będzie nie wspominać o tym Radzie.
Grellgor westchnął, ścinając szronem blat stołu.
- Nie, musimy im powiedzieć. Czy nam się to podoba czy nie, powinniśmy być względem siebie uczciwi. Budując to miasto na gruzach stolicy dawnych magów nie powinniśmy powielać ich błędów.
Troll pokręcił głową. Nie chciał, ale musiał się zgodzić. Do diabła, musiał trafić na prawdopodobnie jedynego nieumarłego, który ślepo wyznaje te dawne, romantyczne, naiwne zasady.
- Gdzie on teraz jest? – zapytał Arcylisz.
- Kto? – odezwał się Mike, otwierając drzwi od sypialni. Nadal był nieco blady, ale wszystkie zmarszczki i zniekształcenia cofnęły się.
Bartiani pokiwał głową w geście uznania dla umiejętności Gaty.
- Cóż – rzekł Grellgor – spodziewałem się czegoś znacznie gorszego.
Troll tylko wzruszył ramionami.

     
***

      Na samym dnie Nieskończonego Oceanu znajdowała się główna dzielnica Atlantydy. Wspaniałe, białe, oświetlone mnóstwem latających latarni i magicznych kul, parowo-magiczne miasto było

22




oddzielone od wody za pomocą wielkiej przezroczystej sfery. Niektóre budynki były magicznie splecione za pomocą specjalnych rytuałów, jeszcze inne sprowadzono tutaj z kontynentu Annium za pomocą teleportacji, ale zdecydowaną większość udało się zbudować konwencjonalnie, dzięki ogromnemu zaangażowaniu goblinów. O dziwo te złośliwe istoty były w stanie wznosić smukłe, dokładne, zachwycające budowle z równie niewiarygodną łatwością co swoje krzywe chatki – same jednak brzydziły się w nich mieszkać.
Z tego gęsto zabudowanego, ale w zdecydowanej większości nadal niezamieszkałego miasta wyrastało mnóstwo pojedynczych wież. W jednej z nich mieszkał Bartiani. Siedział teraz na najwyższym piętrze, spisując przy biurku księgę, nad którą pracował od jakiegoś czasu. Po jego izbie włóczyło się kilka mechanicznych kotów. Jeden leżał spokojnie na biurku, ale zerwał się nagle, kiedy przez okno wleciał mechaniczny orzeł.
Ptak strzelił parą z pleców i wysunął z pyska niewielkie zawiniątko. Troll przyjął list i przeczytał.
- A więc to dzisiaj – mruknął, zamknął księgę i wstał, aby się ubrać. Nie licząc kotów

23




mieszkał sam i nie musiał chodzić w ubraniu jeśli nie było takiej niezbędnej potrzeby. Ale teraz taka potrzeba zaszła, musiał się udać po Mikego.

     Troll schodził wydrążonym w skale i gruzie korytarzem prowadzącym do podziemnych części miasta. Niegdyś Atlantyda składała się tylko z kilku małych jaskiń i Mike miał izbę właśnie w jednej z nich. Zamieszkał tam kiedy wspaniałej dzielnicy pod wielką sferą czy którejkolwiek z wielkich grot nie było jeszcze nawet w fazie najśmielszych marzeń. Wraz z rozrostem Ukrytego Miasta większość z tych jaskiń została porzucona, ale Mikemu pasowało mroczne odosobnienie jakie zapewniało to miejsce. Mimo, że mógłby dostać którykolwiek z tysięcy pustych apartamentów w górnej części, chłopak nie chciał się przenosić.
Ukryta za górami zapomnianych skrzyń i zwojów izba Mikego była skromna. W pomieszczeniu lewitowało kilka magicznych kul, które oświetlały biurko, łóżko, szafę i niewielką biblioteczkę. Troll przyjrzał się półce z książkami uważniej - wydawało się, że Mike zdobył kilka nowych pozycji od kiedy Bartiani ostatni raz go odwiedził.
- Nie ma tam nic ciekawego –

24




powiedział Mike, ubierając swój długi czarny płaszcz. – Kilka, mało interesujących, personalnych ksiąg magii, jedna praca mistrzowska sprzed dwóch wieków i dokumentacje kilku eksperymentów.
Surowy zakaz opuszczania Atlantydy skutkował mnóstwem wolnego czasu, którego Mike nie zamierzał marnować. Jeśli akurat nie trenował, wyszukiwał wśród mieszkańców Atlantydy wszelkie zbędne magiczne księgi, które potem uważnie egzaminował.
- Szkoda – burknął Bartiani i staksował Mikego wzrokiem. – Liczyłem, że znajdę tam księgę jakiegoś czarnoksiężnika. Nadal szukasz czegoś takiego, prawda?
- O co ci chodzi – obruszył się Mike. – Od naszego ostatniego treningu nie używałem Czerni. Tak jak chciałeś. Teraz mi jeszcze powiesz, że nie mogę nawet o tym czytać?
- Mike, przede wszystkim niczego ci nie zabroniłem. Powiedziałem jedynie, że mała przerwa dobrze by ci zrobiła.
- Tak jak ci obiecałem, do czasu zebrania z Radą nie używam czarnej magii, ale Bartiani, mam już tego serdecznie dość. To cały tydzień wyjęty z treningu. Siedem zmarnowanych dni!
Troll westchnął.
- Nie dało się tego zorganizować wcześniej. Mistrz Gaig

25




ledwie co wrócił z… Pewnej misji.
- I pewnie nie możesz mi powiedzieć co to takiego?
Bartiani wzruszył ramionami.
- Dzisiaj wszystko się wyjaśni – dodał łagodnie.
- Tak, jestem pewny – zamarudził Mike. – Znając Tanta, będzie chciał monitorować każdy mój trening. Albo przydzieli do tego, któregoś ze swoich rąbniętych akolitów!
- Może nie będzie aż tak źle. Może uda się przekonać Radę żeby nadzorował to ktoś inny, może nawet ja. Bądźmy dobrej myśli.
- W nosie mam dobre myśli! Zostałem na Atlantydzie tylko po to żeby sprowadzić tu jak najwięcej czarodziejów z kontynentu. A Tant musiał wprowadzić ten cholerny zakaz, jakby to miało cokolwiek załatwić! Poza tym chyba sami powinniśmy najlepiej wiedzieć co jest dla nas dobre i kiedy możemy opuszczać miasto! Nie wiem jak ty, ja mam własny rozum. I jestem pewny, że co tydzień na kontynencie umierają magowie, którym moglibyśmy pomóc. Których moglibyśmy uratować gdyby nie ten pieprznięty zakaz. Gdyby nie Tant. Do tego teraz będzie chciał monitorować mój trening? To jakaś kpina!
Bartiani bezsilnie rozłożył ręce.
- Decyzja będzie należeć do całej rady, nie

26




tylko do Tanta.
- Przestań pieprzyć. – Mike machnął ręką. – Wiesz dobrze jak bardzo wszyscy liczycie się ze zdaniem Tanta.
- Rozumiem twoją frustrację, ale rada nie podejmuje decyzji komukolwiek na złość. Robi to co uważa za najlepsze dla miasta. Nie zapominaj też, że jej członkowie naprawdę znają się na rzeczy. Tant był prawą ręką Bolosa…
- Moim zdaniem jest archaiczny w swoich decyzjach – przerwał trollowi Mike. - Jego pomysły może miałyby sens kilka lat temu, kiedy wszystko wyglądało inaczej. Kiedy magów było wielu i nikt na nas nie polował! Jednak są nieadekwatne do sytuacji jaka ma miejsce dzisiaj. Dzisiaj każdy odnaleziony mag jest na wagę złota.
Bartiani nie mógł się nie zgodzić. Postanowił powstrzymać się od komentarza i sięgnął po książkę z półki.
- Może uda się przekonać większość rady do naszych racji – powiedział.
- I ty naprawdę w to wierzysz?
Troll zamknął książkę i westchnął.
- Cóż… Bądźmy dobrej myśli. Spokój to podstawa.
Mike parsknął, pokręcił głową i odetchnął głęboko.

      W samym centrum głównej dzielnicy mieściła się Świątynia Czterech Elementów.

27




Sprowadzony z kontynentu strzelisty budynek stanowił siedzibę Rady Atlantydy, a zarazem centrum kontroli całego miasta. Mimo, że ów kult dzisiaj był już właściwie wymarły, wybór tej budowli był zupełnie nieprzypadkowy. To miało być najlepsze miejsce na symboliczne zjednoczenie się wszystkich ocalałych czarodziejów, niezależnie od środowiska z jakiego pochodzili. Rzeczona religia była niegdyś wśród „cywilizowanych”, „zorganizowanych” magów powszechna i była główną przyczyną tego, że przez wieki „dzicy” czarodzieje woleli trzymać się z daleka od zorganizowanych czarodziejskich środowisk takich jak miasta czy szkoły. Samotność czy wygnanie były niewątpliwie lepsze niż tortury i śmierć w męczarniach.
Chichotem losu – który jak praktyka pokazuje niemal zawsze zdarza się w takich sytuacjach - większość współczesnych wyznawców religii Czterech Elementów została zaszczuta na kontynencie za samą umiejętność czarowania i zginęła śmiercią, której nie powstydziłaby się zapewnić „heretykom” czy innym wyznawcom tego wszystkiego co dawniej uznawała za „nienaturalne”.
Umieszczenie w tym budynku siedziby Rady,

28




w której skład wchodził chociażby nieumarły, diablik czy goblin miało przypieczętować zupełnie przeciwną, otwartą filozofię, która obowiązywała na Atlantydzie.
Wielka sala na najwyższym piętrze świątyni nie miała ścian, jedynie kolumny podtrzymujące sufit. Rozciągał się stąd doskonały widok na całą, wspaniałą, główną dzielnicę i znajdujący się za wielką barierą czarny ocean.
Zdecydowana większość miejsc przy długim stole pozostawała pusta. Kiell, Dedai oraz kilku innych Mistrzów zasiadających w Radzie wyruszyło wraz ze zwierzchnikiem wszystkich czarodziejów, Kreatorem, aby przeciwstawić się Czarnoksiężnikowi Zamkniętemu w Lodzie, który miał być powodem ponownego pojawienia się na kontynencie smoków. Mimo, że od ich wyjazdu minęło już ponad pół roku, według przewidywań wyprawa i tak miała zająć co najmniej dwa razy tyle. Podczas ich nieobecności Rada musiała obradować w okrojonym składzie.
Na skraju stołu zasiadał mistrz paladyn Gaig - krasnolud w błyszczącej zbroi, zastępca Dedai i przedstawiciel ludu z Bractwa Wygnanych. Obok niego siedział jego przyjaciel i prawa ręka, gnom, genialny golemolog,

29




doktor Nito, reprezentujący to samo Bractwo. Kolejne trzy miejsca były wolne, a następne zajął mistrz Bartiani, wywodzący się z Tajemnego Uniwersytetu Askerd. Po nim znowu kilkuosobowa pustka, a dalej siedział elf z gładko zaczesanymi w tył jasnymi włosami, w staromodnej luźnej szacie - Tant. Jego sąsiad, usadowiony na kilku dodatkowych poduszkach diablik, miał tylko kilkanaście centymetrów wzrostu - to był mistrz Bel’bub. Obok niego znajdowało się kolejne kilka pustych miejsc, które kończyły się na nieumarłym w potężnej, czarnej zbroi i hełmie z wielkimi rogami, Arcyliszu Grellgorze. Siedzący zaraz obok niego, pomarszczony czerwony goblin, był już ostatni w rzędzie - Mamnon, reprezentant Metropolji Goblinuf, ubrany był w schludny garnitur i wielki, błyszczący cylinder. Jako jedyny nie był tytularnym Mistrzem Magii, ale przewodził wszystkim goblinom sprowadzonym na Atlantydę, które czciły go niczym bóstwo.
Mike stanął naprzeciwko stołu i zasiadającej za nim, tymczasowo siedmioosobowej, Rady. Ukłonił się. Rada odwzajemniła ukłon, choć Mamnon stracił przy okazji cylinder, który spadł mu z głowy ukazując placek łysiny i

30




potoczył się po całej sali. Goblin szybko zeskoczył z krzesła, dogonił uciekiniera i wrócił na swoje miejsce, a następnie dumnie poprawił się w fotelu.
- Może przejdziemy od razu do rzeczy – zaproponował mistrz Gaig – bez zbędnych uprzejmości.
Mike skinął głową.
- Praktykowanie czarnej magii jest na Altantydzie zakazane – przemówił Tant. – Dobrze o tym wiesz, Mike. Wszyscy razem ustanawialiśmy te nieliczne zasady, które tu obowiązują. I żadna z nich nie powstała bez uzasadnienia.
Mike ponownie skinął głową. Od początku brał udział w organizacji funkcjonowania Atlantydy. Był tu kiedy było ich tylko kilku i kiedy mieli do dyspozycji tylko trzy nieduże jaskinie, które cudem zabezpieczali przed wodą. Był tu kiedy wątpili, że utrzymają nawet to. Był zanim nastąpił Konwent, zanim przyłączyli się do nich Gaig, Bartiani, Bel’bub, Grellgor, Mamnon. Był zanim pojawili się inni czarodzieje czy dziesiątki innych zwyczajniejszych mieszkańców, zanim miasto tak się rozrosło. Dopiero później trzeba to było jakoś usystematyzować i powołano Radę Atlantydy. Chłopakowi z resztą również zaproponowano w niej miejsce. To

31




jednak zabierałoby mu zbyt wiele czasu i kompletnie uniemożliwiłoby mu wyprawy na kontynent - a one były jedynym powodem, dla którego zdecydował się zostać na Atlantydzie i nie wyruszył na wyprawę przeciw Czarnoksiężnikowi Zamkiętemu w Lodzie, wraz ze swoim dawnym mistrzem, Kreatorem.
- Nie robiłem tego dla przyjemności – odparł Mike. – Cokolwiek nie myślicie o czarnoksięstwie, korzystanie z Czerni wymaga dużo więcej poświęcenia niż klasyczne czarowanie.
Tant zmrużył oczy.
- Czy ty próbujesz porównać te plugawe czary do klasycznej magii? Cztery podstawowe elementy budują ten świat, Czerń natomiast go pożera.
Mike pokręcił głową, ważąc słowa.
- Nie zamierzałem nikogo urazić – powiedział ze spokojem. – Chciałem tylko uzmysłowić wam, że nie robię tego dlatego, że mam taką zachciankę. Nie robię tego dla siebie. W obecnej sytuacji, kiedy mamy tak ograniczone zasoby, a świat poza Atlantydą właściwie się wali, musimy wykorzystać wszystko co mamy. Nie wspominając o tym, że pojawili się wrogowie, przeciwko którym musimy odkryć nowe metody walki. Całkowicie inne niż klasyczna magia.
Tant złączył czubki palców.

32





– Mówisz o twojej ostatniej wyprawie na kontynent, tak?
- Tak. To był wykwalifikowany łowca czarownic, a nie byle awanturnik bawiący się antymagią. Tacy radzą sobie z wszelkimi klasycznymi czarami na pstryknięcie palcem. Musimy szukać nowych rozwiązań. Innych niż wszystko czego łowcy czarownic spodziewają się po czarodziejach. I niestety innych niż wszystko do czego się przyzwyczailiśmy.
- I twoim zdaniem takim rozwiązaniem jest czarna magia? – zapytał mistrz Gaig.
- Na przykład. – Mike wzruszył ramionami. – Ale nie sądzę żeby nawet ona sama wystarczyła i na pewno nie byłaby moim pierwszym wyborem. Myślę, że musimy zmienić całą politykę jaką mamy wobec przysposabiania nowych czarodziejów. Powinniśmy zmniejszyć nacisk jaki kładziemy na klasyczny trening i skierować go na dzikie czary i technomagię. Sprowadziliśmy na Atlantydę wielu mistrzów nie-klasycznego czarowania. Wiele magicznych istot, które zupełnie wymykają się temu jak do tej pory rozumieliśmy magię. – Spojrzał na diablika i ukłonił się. Bel’bub odwzajemnił ukłon. - Wykorzystajmy to. Zamiast skupiać się na klasycznych, uczmy się takich czarów.
-

33




Nie jestem pewny czy jest taka potrzeba – odparował Tant, marszcząc brwi. – Klasyczny trening oparty na czterech elementach to podstawa. A dzikie czary potrafią wyrwać się spod kontroli. Często powodują więcej szkody niż pożytku.
Mike parsknął.
- Taka podstawa zapędzi nas w kozi róg – tłumaczył rzeczowym tonem. - Z resztą o magii opartej na czterech żywiołach mówiono niegdyś podobnie. Ona również może przynieść szkody, po prostu przyzwyczailiście się do niej. Ale opierając się tylko na niej, nie będziemy w stanie podjąć żadnej walki z tymi nowymi łowcami.
- Na razie nie planujemy podejmować walki – odrzekł Tant. – Dopóki nie powróci Kreator, powinniśmy zachować spokój i nie ryzykować życiem kolejnych wykwalifikowanych czarodziejów, których tak bardzo potrzebujemy żeby zapewnić miastu dalsze funkcjonowanie.
Mike zacisnął pięści.
- Do licha, Tant. Na kontynencie umierają dziesiątki czarodziejów, którzy, jeśli tak bardzo chcesz, mogliby stać się wykwalifikowani. Jeśli to ma dla ciebie znaczenie, bez problemu mogliby zdobyć twoje zakichane tytuły, czasem nawet z miejsca, bez przeszkolenia. Polują na nich jak

34




bydło, a oni nie mają do kogo zwrócić się o pomoc!
Tant nachylił się nad stół.
- Każda nasza wyprawa na kontynent wiąże się z ryzykiem – cedził słowa. – Do tego ryzyko rośnie, a nagroda maleje. Czy twoja ostatnia wyprawa niczego cię nie nauczyła?
- Nagroda? – warknął Mike, a tuż przy jego skórze pojawił się łagodny, ciemny dym. – To są ludzie, do wszystkich diabłów! Nie przedmioty! Jesteśmy czarodziejami, mamy obowiązek im pomóc, a nie się chować!
- Zaraz, spokojnie – mistrz Bartiani próbował załagodzić sytuację. Reszta obserwowała z zainteresowaniem. – Wysłuchajmy swoich racji. Nie ma powodu, aby się unosić.
- Zamiast na emocjach – odezwał się lodowaty, nieumarły głos. – Skupmy się na konkretach. Zebraliśmy się tu, aby rozważać używanie czarnej magii przez Mikego. Teraz zmieniliśmy temat na naszą politykę wobec wypraw poza Atlantydę. Owszem, ma to pewien związek z treningami naszego młodego „czarnoksiężnika”, ale czy zamierzamy zmienić cokolwiek w zakazie opuszczania miasta? Czy ktokolwiek chciałby zmienić swój głos w tej sprawie?
Grellgor rozejrzał się po członkach rady. Niektórzy

35




kręcili głowami, ale poza tym nie było reakcji.
- Podejmujemy decyzje wspólnie, a następnie wspólnie ich przestrzegamy – kontynuował z lodowatym spokojem Grellgor – Nadal uważam, że zakaz jest zły, ale wygląda na to, że pozostaje w mocy. Skoro tak, nie ma sensu kontynuować dyskusji w tej sprawie. Osobiście bardzo chętnie podejmę ten temat ponownie, ale teraz wróćmy do tematu naszego dzisiejszego spotkania. Bez nerwów. Bez kłótni.
Wszyscy pokiwali głowami.
- Mike, naprawdę rozumiem twoje przesłanki – odezwał się Tant – ale obawiam się, że nie możemy tolerować na Atlantydzie czarnej magii. To niesie ze sobą niebezpieczeństwa na jakie nie możemy sobie pozwolić. Jeśli stracisz nad tym kontrolę, możesz sprowadzić na to miasto zagładę, a my nie mamy planu awaryjnego, kolejnego miejsca gdzie moglibyśmy uciec jeśli coś pójdzie nie tak. Dużo potężniejsi magowie od ciebie próbowali kontrolować Czerń i wszyscy tak samo zawodzili.
Gaig zachichotał.
- Niektórzy całkiem spektakularnie! Słyszałeś o Otchłani Zaxxadazu?
Po twarzy Tanta przeskoczył cień uśmiechu.
Ryzyko, które podejmujesz nie jest tego warte –

36




powiedział.
Bartiani westchnął. Bel’bub i mistrz Gaig pokiwali głowami.
- I co w takim razie proponujesz – wycedził przez zaciśnięte zęby Mike.
- Obawiam się, że jest tylko jedno rozwiązanie. – Tant wygładził włosy. – Bezwarunkowo musisz zaprzestać jakichkolwiek praktyk z Czernią. Nawet najmniejszych.
- Mistrzu Tant, chyba idziesz trochę za daleko – natychmiast zareagował Bartiani. – Do tej pory drobne czary Mikego nikomu nie przeszkadzały. Gdyby nie on, Atlantydy by dzisiaj nie było w takim kształcie!
- Mistrzu Bartiani – odezewał się mistrz Gaig – rozumiemy i doceniamy wszystko co zrobił Mike, ale dobrze wiesz, że mistrz Tant ma rację. Nie możemy robić w tej sprawie wyjątków. Jeśli dopuścimy jeden przypadek czarnoksięstwa, dlaczego nie miałyby pojawić się kolejne?
- A wszyscy przecież mamy być równi wobec zasad… - dodał, jakby ze smutkiem, Grellgor.
Mike nie miał słów. Poczuł się jakby trafił go piorun. Nie, jakby błyskawica zawinęła się w kształt dłoni i spoliczkowała go, paraliżując przy tym całe jego ciało. Spodziewał się czegoś złego, ale kompletne pozbawienie go korzystania z Czerni? Nie,

37




tego było już za dużo. Czuł jak narasta w nim gniew - póki co z całej siły starał się go powstrzymać.
„- Banda przestraszonych, leniwych dziadów” – pomyślał. – „Macie obowiązek dbać o równowagę magii na świecie, ale wolicie siedzieć tu i nic nie robić. Odwrócić głowę od tego co się dzieje. Od tego, że magowie na kontynencie zaraz bezpowrotnie wyginą. Wolicie chować się pod wodą i czekać na nie wiadomo co…”
Wiedział, że taki komentarz nic nie da. Nie przekona tym rady do swoich racji, a co najwyżej wprawi ich w zakłopotanie - wtedy zaś ich umysły prawdopodobnie będą starały się wyprzeć prawdę i odpowiedzialność. Nie, Kreator na pewno nie tak by to rozegrał. Musiał wymyślić coś innego. Odetchnął głęboko.
- Franz, Marakki, Harland, Har’Vi, Verdu… – wymienił. – Oni wszyscy już nie wrócą. Zginęli za to w co wierzyli, a wierzyli w zasady, które niegdyś mieli czarodzieje.
- Według „zasad”, o których mówisz – przemówił Tant – praktykowanie czarnej magii jest czymś nieakceptowalnym. I nie bez powodu taki stan był utrzymywany przez wieki.
- Nie odwracaj kota ogonem, Tant – odparł Mike,

38




wbijając w elfa nienawistne spojrzenie. – Najważniejsze, pierwszorzędne, nawet w czasach twojej ślepej religii, ZAWSZE dla czarodziejów było, aby chronić tych, którzy tego potrzebują i zachować równowagę magii. Niezależnie od ceny jaką mieli za to zapłacić. – Uśmiechnął się złośliwie. – Twój mistrz również w to wierzył. Ciekawe czy byłby z ciebie dumny.
Coś drgnęło na twarzy Tanta.
- Mój mistrz zadbałby w pierwszej kolejności o bezpieczeństwo tych, za których jesteśmy odpowiedzialni. Nie narażałby ich na zbędne ryzyko tylko po to, aby jeden mag bez talentu mógł przez moment nie czuć się bezużyteczny.
Mike zacisnął pięść mocniej. Czubki jego palców zapłonęły czarnym ogniem.
- Jako czarodzieje jesteśmy odpowiedzialni za wszystkich – wycedził. – Nie tylko za mieszkańców Atlantydy.
- Mike – odezwał się Bartiani – proszę cię, uspokój się. Rozumiemy twoje argumenty. Brzmią znakomicie, ale są nierealne. Nie jesteśmy w stanie zapewnić bezpieczeństwa całemu światu, zwłaszcza teraz kiedy czarodzieje są słabsi niż kiedykolwiek. Musimy myśleć praktycznie!
- Naczytałeś się dawnych legend i bajek

39




– dodał z pogardą Tant – i marzy ci się, aby świat wyglądał tak jak w nich. Ale nie wygląda. Do tego nie każdemu pisane jest być główną postacią w takiej bajce. Nie każdy czarodziej może być potężny. Niektórzy pozostaną słabi i muszą to zaakceptować. A niektórzy nie zostaną nawet słabymi czarodziejami.
- Mistrzu Tant – zagrzmiał mistrz Gaig – chyba trochę się zapędzasz!
- Tak… - mruknął elf. – Chyba masz rację, mistrzu Gaig. Przepraszam. Ciebie też przepraszam, Mike.
Wnętrze Mikego płonęło, ale powstrzymał się od komentarza. Najchętniej rozerwałby teraz Tanta na kawałeczki. Kawałek po kawałku, odrywałby każdą cząstkę jego ciała tak powoli, jak to tylko byłoby możliwe, aby zachować elfa przy życiu.
- Czyli jak rozumiem – odezwał się Grellgor – mistrz Tant uważa, że powinniśmy kategorycznie zabronić korzystania z czarnej magii, tak?
Elf skinął głową.
- Bezwzględnie.
- W takim wypadku chyba powinniśmy przejść do głosowania – oznajmił Gaig i uniósł rękę. – Ja również uważam, że nie możemy pozwalać na czarnoksięstwo na Atlantydzie. Wybacz chłopcze, to byłby niebezpieczny

40




precedens. Jestem za zakazem.
- Zaraz – wtrącił się, milczący do tej pory, doktor Nito. – Mistrzu Gaig, zgadzam się z twoim rozumowaniem, ale musisz pamiętać, że obaj jesteśmy tu w imieniu Dedai i Bractwa. Nie jesteśmy tu w imieniu twojego zakonu paladynów, ani nawet po prostu w twoim czy moim. Obawiam się, że Dedai miałaby inne zdanie w tej kwestii.
Krasnolud opuścił rękę i zastanowił się.
- Tak, chyba masz rację – powiedział. – Ale nie jestem pewny czy Dedai byłaby twardo przeciwko temu zakazowi.
- Ja również – gnom skinął głową – dlatego wydaje mi się, że najuczciwszym będzie wstrzymać się z naszymi głosami.
Mistrz Gaig przytaknął.
- Tak. Bractwo Wygnanych wstrzymuje się od głosu.
Mike odetchnął i powędrował wzrokiem dalej. Nadal był wściekły, ale chociaż odrobinę mniej.
- Ja jestem przeciw – odezwał się stanowczo Bartiani. – Nawet jeśli uważacie, że nie powinniśmy korzystać z wiedzy, której nie rozumiemy i której się boimy, to moim zdaniem nie powinniśmy tego odbierać Mikemu. Chociażby za to wszystko co zrobił dla tego miasta, do diabła! Możemy to monitorować, uczyć się, może nawet

41




zrozumieć.
„Dokładnie” – pomyślał Mike. Chociaż jedna osoba rozumiała, że ucieczka nie jest wyjściem. Jedna osoba rozumiała potencjał jaki może kryć się w Czerni i jak wielkim marnotrawstwem byłoby bezmyślne odrzucenie jej.
- Jestem za zakazem – krótko oznajmił Tant i uniósł rękę.
- Ja również jestem za– dodał jego sąsiad, Bel’bub. Unosząc króciutką kończynę.
- Ja jestem przeciw! – natychmiast wyrwał się Mamnon, jeszcze przed Grellgorem. – Chłopaku, nie powinni ci mówić co możesz robić. Siedzieliby tylko tutaj i gadali zamiast działać. Typowi czarodzieje! ¬– Goblin ściągnął cylinder i splunął do wnętrza. – Tfu, tchórze!
Bartiani uśmiechnął się pod wąsami i poprawił szal.
- Dwa głosy, które się wstrzymały, dwa głosy za i dwa głosy przeciw – oznajmił z satysfakcją. – Został jeszcze mistrz Grellgor. Wygląda na to, że ma decydujący głos.
Upadły Paladyn westchnął, wypuszczając z hełmu chmurę lodu. Rozejrzał się po członkach Rady, a potem przeniósł wzrok na Mikego.
- Zasługi Mikego dla Atlantydy są nieocenione – powiedział. – Moim zdaniem zasługuje na specjalne

42




traktowanie i nie powinniśmy ograniczać jego możliwości. Tym bardziej, że właśnie przy udziale czarnej magii sprowadził tu tak wielu zarówno czarodziejów jak i nie-czarodziejów. Bez niego i jego umiejętności opartych na Czerni niewątpliwie dopadłoby ich Cesarstwo, łowcy czarownic, smoki czy po prostu zwykli bandyci.
Bartiani odchylił głowę do tyłu. Mike rozluźnił się.
- Jednak… - ciągnął Grellgor – wspólnie ustaliliśmy, że mamy wszystkich traktować równo. Mimo, że nie zgadzam się z tym podejściem, mimo, że sam uważam inaczej, muszę to uszanować. Nawet jeśli Mike jest w stanie kontrolować Czerń, kolejni czarodzieje mogą podejmować podobne jemu próby i zawodzić. Mogą sprowadzić na to miejsce zagładę, której nie będziemy w stanie powstrzymać. Dopuszczenie precedensu i przyzwolenie na czarnoksięstwo jest bardzo nierozsądnym ryzykiem i stawia na szali wszystko co wypracowaliśmy. Rozumiem wasze argumenty i obawy. – Powoli, wbrew sobie, uniósł rękę. – Głosuję za bezwzględnym zakazem zaproponowanym przez mistrza Tanta.
Mikemu zwiotczały ręce. Brakowało mu słów.
- To znaczy – podjął mistrz Gaig – że każde

43




kolejne złamanie tego zakazu będzie bezwzględnie karane wydaleniem z Atlantydy. Przykro mi, chłopcze.
Mamnon chciał się wyrwać do komentarza, ale Grellgor powstrzymał go.
- Robicie błąd! – Bartiani aż wstał ze wściekłości. – Ten chłopak zrobił dla tego miejsca więcej niż ktokolwiek z was! A wy macie czelność karać go w ten sposób!
Troll podszedł do sparaliżowanego Mikego i poklepał go po ramieniu. Następnie bez słowa, kręcąc tylko głową, wyszedł z sali.
Kolejny podniósł się Grellgor, również podszedł do chłopaka.
- Wybacz – powiedział z lodowatym żalem. – Naprawdę nie chciałem tego. Musiałem.
- Rozumiem – odparł cicho Mike.
- Hej, czarodzieju! - zawołał ironicznie Tant. – Jak tam twój tytuł, kiedy kolejne podejście do prezentacji? Mam nadzieję, że tym razem przygotowałeś dla nas coś więcej niż spektakularną porażkę. Ile ich już było, trzy? Cztery?
Grellgor odwrócił hełm w jego kierunku, powietrze i blat przed elfem ścięła warstwa szronu.
Tant jednak miał słuszność i Mike dobrze to wiedział. Jeśli chodzi o konwencjonalne czary chłopak nie był nawet blisko czegokolwiek co można byłoby

44




uznać za potwierdzenie Mistrzostwa. Nie bez powodu do wszystkich swoich zaklęć dodawał element Czerni – musiał. Jego talent, w którymkolwiek z żywiołów był znikomy, właściwie nie istniał. Tylko dlatego Mike skierował się ku Czerni. A teraz miał być pozbawiony nawet tego.
- JESZCZE SŁOWO – wyartykułował nienawistnie Arcylisz.
Tant zamilkł, a Grellgor ponownie spojrzał na Mikego.
– Chodźmy – rzekł łagodnie nieumarły. - To spotkanie dobiegło końca. To nie jest miejsce dla takich jak ja czy ty.
Opuścili salę. Kiedy schodzili po kamiennych schodach, Mike wydawał się być nieprzytomny.
- Musisz uważać – podjął po kilku piętrach Grellgor. – Tant będzie miał na ciebie oko. Będzie czuwał nad tym czy nie łamiesz zakazu i będzie czekać na okazję.
- Wiem.
- Teraz muszę cię zostawić. – Grellgor położył lodowatą rękawicę na ramieniu Mikego. – Ale wpadnę wieczorem do twojej izby. Zobaczę czy wszystko w porządku.
Chłopak nie odpowiedział. Było mu wszystko jedno. Teraz już nic nie miało znaczenia.

     (…)

45




Wyrazy: Znaki: